Pracownik na żądanie

Pracownik na żądanie

Pracują na telefon – muszą czekać na sygnał od szefa, stawić się w firmie i wtedy rozpocząć wykonywanie zadań. Jeśli mają szczęście, mogą przepracować nawet pełny wymiar czasu w danym okresie (np. 40 godzin w tygodniu). Ale równie dobrze może zdarzyć się miesiąc, w którym pracodawca nie zadzwoni i nie zarobią ani grosza. Rynek pracowników jednorazowych, tymczasowych i pracujących tylko na sygnał niestety poszerza się.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, w Polsce, która jest europejskim liderem pod względem stosowania czasowego zatrudnienia, najczęściej polega to na zastępowaniu umów o pracę kontraktami cywilnoprawnymi lub samozatrudnieniem.

Ta niestałość zatrudnienia zyskuje jednak w ostatnich latach kolejny odcień. Nie chodzi już tylko o to, aby firma była jak najluźniej związana z kimś, kto dla niej wykonuje zadania. Idealny pracownik to taki, który wykonuje obowiązki tylko wtedy, gdy zatrudniający tego potrzebuje. Sposobów jest wiele – firma może skorzystać z usług agencji pracy tymczasowej i „wypożyczać” pracowników niezbędnych w danej chwili. Może stosować elastyczny czas pracy, czyli coraz powszechniejsze rozwiązania umożliwiające dostosowanie godzin wykonywania obowiązków do potrzeb firmy. Niedawno wprowadzoną metodą jest tzw. umowa zero godzin (0 hours contract). Zatrudnionych na jej podstawie wzywa się do pracy tylko wtedy, gdy firma ich potrzebuje i płaci im się tylko za przepracowany czas. To forma zatrudnienia stosowana jest w niektórych krajach zachodnioeuropejskich, ale pierwsze przypadki jej wykorzystywania odnotowano już także w Polsce. Polega ono na tym, że obie strony nie ustalają wymiaru czasu pracy, przez jaki dana osoba ma wykonywać obowiązki. Podwładni zobowiązują się być do dyspozycji firmy i świadczyć pracę w razie zgłoszenia takiej potrzeby przez pracodawcę.

Taki rodzaj kontraktu stał się szczególnie popularny w Wielkiej Brytanii w okresie ostatniego kryzysu ekonomicznego. Z danych brytyjskiego urzędu statystycznego (ONS) wynika, że na koniec 2014 r. w takiej formie zatrudnionych było 700 tys. osób. W niektórych branżach (np. gastronomii i hotelarstwie, ochronie zdrowia, edukacji) tacy pracownicy stanowili bądź stanowią już ponad 10 proc. wszystkich zatrudnionych, a w niektórych firmach – nawet 90 proc. ogółu załogi (np. w McDonald’s i Sports Direct). Wzmaga się jednak krytyka takiego zatrudnienia. Podnoszony jest przede wszystkim zarzut, że jest to rozwiązanie asocjalne. Wiele firm ze względów wizerunkowych deklaruje, że nie stosuje takich umów.

Ta szczególna asocjalność przejawia się przede wszystkim w tym, że zatrudnionym na podstawie kontraktu zero godzin nie przysługuje choćby minimalna gwarancja zarobków. Jeśli szef nie zleci pracy przed dłuższy okres, pracownik – który musi przecież pozostawać w jego dyspozycji – nie otrzyma wynagrodzenia (zdarza się też, że firmy – wbrew przepisom – nie płacą takim osobom wynagrodzenia za czas urlopu). To oznacza ogromne ryzyko dla podwładnego i sprawia mu szereg problemów w życiu codziennym.

Jednocześnie możliwość stosowania takich umów wpływa na cały rynek pracy. Brytyjskie związki zawodowe, które przeciwstawiają się kontraktom zero godzin, podkreślają, że firmy wykorzystują prawo do wprowadzenia takich kontraktów jako formę presji na zatrudnionych (grożą ich stosowaniem, jeśli pracownicy nie ograniczą swoich żądań odnośnie np. wynagrodzenia lub warunków pracy).

A jak jest w Polsce? „Taka forma wykonywania obowiązków nie jest możliwa na podstawie umowy o pracę. Zatrudniający musi bowiem wskazać wymiar godzin, które podwładny ma przepracować, oraz przedstawić mu harmonogram pracy” – tłumaczy prof. Arkadiusz Sobczyk z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeśli zatrudniony nie wypracuje umówionego wymiaru, trzeba mu wypłacić wynagrodzenie przestojowe. W praktyce jednak firmy próbują obchodzić prawo. Przypadki pracy na wezwanie się zdarzają – ujawnił je m.in. Okręgowy Inspektorat Pracy w Katowicach.

Polscy pracodawcy stosują np. umowy na część etatu. W praktyce zlecają następnie pracę w większym wymiarze, więc – w zależności od potrzeb firmy – zatrudnieni dłużej wykonują obowiązki. Innym sposobem jest bardzo rozpowszechnione podpisanie umowy cywilnoprawnej zamiast tej o pracę. W tym przypadku nie jest konieczne wskazywanie czasu, jaki musi przepracować zatrudniony (nie obowiązują go też dobowe i tygodniowe normy czasu pracy i odpoczynku). „Jednak i w takiej sytuacji praca na telefon budzi wątpliwości. Firma musi liczyć się z zarzutem, że jej działania są niezgodne z zasadami współżycia społecznego lub z samą naturą stosunku cywilnoprawnego. Swoboda umów nie jest przecież nieograniczona” – zauważa prof. Pisarczyk z Uniwersytetu Warszawskiego. „Jednocześnie pozostawanie w dyspozycji pracodawcy – czyli podporządkowanie jego decyzjom – sugeruje, że w takim przypadku mamy do czynienia ze stosunkiem pracy, a nie cywilnoprawnym”.

Inną metodą na sięganie po pracownika w razie potrzeb jest elastyczny czas pracy. Pod tym szeroko rozumianym pojęciem kryją się różne systemy organizowania godzin wykonywania obowiązków. Jest więc np. system przerywanego czasu pracy albo pracy weekendowej (w ramach której obowiązki świadczy się tylko w piątki, soboty, niedziele i święta). Teoretycznie rozwiązania te mają służyć firmom i zatrudnionym. Te pierwsze mają swobodniej organizować pracę (nie tylko w ramach sztywnych dniówek), a ci drudzy – łatwiej godzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi. W praktyce równowaga nie jest zachowana. Elastyczne rozwiązania mogą bowiem stać się sposobem na dopasowanie czasu pracy do potrzeb firmy kosztem zatrudnionego.

Za umożliwieniem zatrudniania w Polsce na zasadach zbliżonych do umów zero godzin opowiadali się pracodawcy. W 2012 r. proponowali wprowadzenie do kodeksu pracy umowy o pracę dorywczą, zgodnie z którą zatrudniony zobowiązywałby się do wykonywania obowiązków przez określony czas każdego miesiąca (maksymalnie 5 dni, za wynagrodzeniem nie wyższym niż połowa płacy minimalnej). Takie propozycje na forum senackiej Komisji Rodziny i Polityki Społecznej przedstawiła wówczas Konfederacja Lewiatan. Postulaty te nie zyskały jednak aprobaty związków zawodowych i rządu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Śmieciówki do kosza

Śmieciówki do kosza

Zarząd Dróg Miejskich w Warszawie walczy z umowami śmieciowymi. Właśnie ogłosił pierwszy przetarg, który uwzględnia liczbę osób zatrudnionych przez wykonawcę na podstawie umowy o pracę. Od stycznia klauzule społeczne mają obowiązywać we wszystkich przetargach.

Według informacji portalu warszawa.wyborcza.pl, ZDM Warszawa będzie promować wykonawców, którzy zatrudniają na umowę o pracę. W ogłoszonym właśnie przetargu „Na ochronę obiektów i mienia ZDM w 2016 r.” wprowadziło dodatkowe kryterium, tzw. klauzulę społeczną. „Zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych, przy przetargach możliwe jest wprowadzenie kryterium dodatkowego, poza kryterium ceny” – tłumaczy rzeczniczka ZDM, Karolina Gałecka. Dodatkowe punkty dostaną te firmy, które będą zatrudniać będą na umowę o pracę. Im więcej osób zatrudnią na umowę o pracę w pełnym wymiarze godzin, tym więcej punktów dostanie ich oferta. Gałecka zapowiada, że od stycznia klauzulę społeczną będą zawierały wszystkie przetargi ZDM. „To nie tylko kwestia umów. Dzięki temu możemy promować firmy, które zatrudniają osoby niepełnosprawne czy bezrobotnych” – dodaje rzeczniczka. „Podstawowym kryterium przetargu pozostaje cena, ale punkty przyznawane za oba kryteria będą się sumować” – wyjaśnia.

To nie jedyna stołeczna spółka, która walczy ze śmieciówkami. Zarząd Transportu Miejskiego uwzględnił ostatnio kryterium zatrudnienia w przetargu dla prywatnych firm, które będą obsługiwać miejskie autobusy. „Nie dopuszczamy umów śmieciowych, bo to się wiąże z przekraczaniem czasu pracy, czyli ze spadkiem bezpieczeństwa pasażerów” – mówił Piotr Izdebski z ZTM.

Klauzule wspierające osoby zagrożone wykluczeniem mają stać się normą w przetargach ogłaszanych przez stołeczny ratusz. Zarządzenie w tej sprawie podpisała we wrześniu prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Koniec oszustw?

Koniec oszustw?

Raty „zero procent”, kredyty za darmo i brak prowizji – takie hasła już niedługo znikną z reklam banków i firm pożyczkowych. Według propozycji UOKiK w reklamach trzeba będzie podać wszystkie opłaty uwzględnione w całkowitym koszcie kredytu oraz rzeczywistą roczną stopę oprocentowania. Propozycja zakłada, że zachęta do zaciągnięcia kredytu i informacje o jego warunkach mają zająć w reklamie tyle samo czasu.

„Dzisiaj w przekazach marketingowych banków przeważają hasła reklamowe, które nie mają wartości informacyjnej dla klientów” – mówiła w programie #dziejesięnażywo Dorota Karczewska, wiceprezeska Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK chce to zmienić i pracuje nad ustawą, która zmusi banki do zmiany sposobu reklamowania produktów.

Proponowane przepisy stanowią, że przed zawarciem umowy klient będzie musiał dostać zestaw informacji dotyczących najważniejszych cech oferowanego kredytu, na przykład, poza oprocentowaniem, zasad spłaty czy opisu skutków braku płatności. Wszystkie te informacje będą musiały być wpisane w treść właściwej umowy.

Jak czytamy w projekcie założeń do nowej ustawy, obecnie obowiązujące przepisy są stosowane przez kredytodawców w zbyt dowolny sposób. Dlatego konieczne jest doprecyzowanie wymagań, tak, by klient miał większą możliwość porównania ofert i wyboru najlepszej dla siebie. Uwagi do polskich rozwiązań miała też Komisja Europejska. Projekt je uwzględnił. Ustawa o kredycie konsumenckim stosuje się tylko do kredytów o wartości niższej niż 255 550 złotych. To oznacza, że kredyty hipoteczne będą musiały zostać uwzględnione w innych przepisach. Jak zapewnia wiceprezes UOKiK – kredytobiorcy nie pozostaną na lodzie.

Czekając na zabieg

Czekając na zabieg

Biorąc pod uwagę kolejki do operacji zaćmy i protezy stawu biodrowego, jesteśmy na ostatnim miejscu w klasyfikacji OECD. Dysproporcje są dramatyczne: w Holandii na usunięcie zaćmy czeka się miesiąc. W Polsce średnio o ponad rok dłużej (dokładnie 414 dni). Tak samo jest przy zabiegu usprawniającym chodzenie: na nowe kolano czekamy 469 dni, podczas gdy w Holandii czy Danii niecałe dwa miesiące.

Jak pisze „Dziennik Gazeta Prawna”, analizując czas oczekiwania, autorzy raportu OECD wzięli pod lupę właśnie te zabiegi. Z jednej strony nie należą do procedur ratujących życie. Z drugiej – powodują niezadowolenie chorych oraz ból i niepełnosprawność, są zatem miernikiem jakości życia. Przyczyn długiego czasu oczekiwania w Polsce jest kilka. Brakuje odpowiedniego finansowania, mamy też złą organizację systemu ochrony zdrowia.

W roku 2013 przeprowadzano 186 tys. operacji usuwania zaćmy. Fundusz zwracał wówczas za takie zabiegi (wraz z wszczepieniem nowej soczewki) ok. 3 tys. zł. Operacja była wykonywana w ramach opieki szpitalnej. Tańszą opieką ambulatoryjną (wykonanie zabiegu w ciągu jednego dnia) objęto zaledwie 27 proc. przypadków. Pod względem tej proporcji ponownie znajdowaliśmy się na ostatnim miejscu w OECD. Średnio w 83 proc. przypadków zabieg wykonuje się jednego dnia. W Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Estonii, Holandii, Szwecji czy Danii, a nawet Czechach, w ponad 96 proc. jest to tylko kilkugodzinny zabieg, po którym pacjent od razu wraca do domu. Dzięki przepisom unijnym pozwalającym na leczenie transgraniczne za pieniądze z NFZ, część pacjentów z zaćmą pojechała do Czech. Przygraniczne kliniki już dostosowały swoje usługi do naszych potrzeb, zatrudniając polskojęzycznych pracowników oraz organizując transport. Koszty operacji (dzięki temu, że cena jest podobna do polskiej) pokrywa NFZ. W efekcie od stycznia do września tego roku na leczenie do Czech wyjechało 2,5 tys. osób.

Jeszcze większy problem jest z endoprotezoplastyką. To o wiele poważniejsza i kosztowniejsza operacja. Musi być wykonywana w szpitalu. Nie da się wyjechać (za pieniądze z funduszu) za granicę. Według danych Fundacji Watch Health Care z sierpnia 2015 r., która monitoruje sytuację, na nowe kolano czekało się 67,5 miesiąca (ponad pięć lat). W sierpniu 2014 r. było to 38 miesięcy. Przy biodrze okres ten wynosi 61 tygodni. Minister zdrowia Marian Zembala próbował wprowadzić zmiany i pod koniec września tego roku NFZ przekazał dodatkowe pieniądze na endoprotezoplastykę – dodatkowe 76 mln zł. Środki pozwolą na dodatkowe sfinansowanie leczenia blisko 11 tys. pacjentów.

W ostatnich trzech miesiącach również NFZ analizował zmiany w długości kolejek, sprawdzając, czy operacje są w terminie i czy wykonuje się tyle zabiegów, ile zaplanowano. Ministerstwo Zdrowia planowało również zmienić zasady weryfikacji stanu pacjenta co pół roku. W przypadku pogorszenia zdrowia i czasu oczekiwania dłuższego niż rok, lekarz miałby szukać szybszego terminu w innym ośrodku. Jednak zdaniem ekspertów to zmiany powierzchowne, które bez dodatkowego finansowania nie zmienią sytuacji.