Kolejowa niegospodarność

Kolejowa niegospodarność

Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie organizację i funkcjonowanie grupy PKP. Zakup pociągów pendolino został przez nią nazwany w pokontrolnym raporcie „niegospodarnym”.

Kontrolerzy prześwietlali spółki PKP od września 2013 r. do maja 2014 r. Badaniami objęto lata 2010–2013, ale w informacji o raporcie izba uwzględnia w niektórych punktach także okres późniejszy. Zakup przez PKP Intercity pociągów pendolino, których maksymalna prędkość eksploatacyjna to 250 km/godz., był – zdaniem NIK – działaniem niegospodarnym. Doszło do niego mimo nieprzystosowania torów PKP do prędkości powyżej 200 km/h. Jak podkreśla NIK, pendolino nie będą mogły w najbliższych latach wykorzystywać swoich możliwości. „Z uwagi na posiadane parametry cena pendolino jest znacznie wyższa od ceny pociągów jeżdżących z prędkością maksymalną 200 km/h, a koszty serwisowania pendolino ponad dwa razy przekraczają wydatki z tego tytułu na pociągi produkowane w Polsce i osiągające prędkości do 190 km/h” – mówi Tomasz Emilian, dyrektor departamentu infrastruktury w NIK.

Zdaniem NIK, spółki PKP działały w sposób niegospodarny, np. PKP Energetyka najpierw wdrożyła siedem projektów inwestycyjnych we własne źródła wytwarzania: elektrociepłownie i bioelektrownie, a kiedy już wydała na nie prawie 3,5 mln zł, zrezygnowała z nich z powodu większego zadania: modernizacji sieci trakcyjnej dla pendolino.

Izba podkreśla też, że pociągi wytwarzane są we Włoszech, a udział strony polskiej ogranicza się do wykonywania uzupełniających elementów: urządzeń SHP, okablowania, sprzęgów i skrzynek trakcyjnych.

NIK stwierdziła też niepełne zabezpieczenie interesów państwa w procesie przygotowawczym do prywatyzacji spółek PKP Energetyka, TK Telekom i PKP Informatyka. „W raporcie postulowaliśmy zapewnienie decydującego wpływu państwa na zarządzanie infrastrukturą energetyczną, telekomunikacyjną i informatyczną niezbędną do prowadzenia ruchu kolejowego w przypadku wdrożenia procesu prywatyzacji tych spółek” – podkreśla Tomasz Emilian.

Od czasu zakończenia kontroli dwie ze spółek zostały sprzedane. Dla NIK sprawa nie jest jednak zamknięta. Trwa inna kontrola – procesu prywatyzacji – w celu sprawdzenia jej poprawności i realizacji wniosku pokontrolnego z tego raportu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Za chlebem

Za chlebem

Co szósty Polak (16 proc.) deklaruje, że w ostatnim dziesięcioleciu pracował za granicą, jak wynika z najnowszego badania CBOS. Ośrodek przypomina, że według danych GUS, w 2014 roku ponownie, po znaczącym spadku w latach 2008-2010, zwiększyła się liczba Polaków przebywających poza krajem. Najważniejszym czynnikiem motywującym do poszukiwania tam pracy są niskie zarobki na miejscu.

Wyjazdy do pracy za granicą dotyczą głównie osób młodych. W grupie wiekowej 25-34 lata w ciągu ostatniej dekady poza Polską pracowała prawie co trzecia osoba (30 proc.). Za granicą pieniądze zarabiało także 21 procent badanych w wieku 35-44 lata. Osobiste doświadczenia migracyjne częściej mają mężczyźni (20 proc.) niż kobiety (13 proc.). Za granicą pracowały bądź pracują częściej niż przeciętnie osoby legitymujące się wykształceniem zasadniczym zawodowym (20 proc.). W szczególności są to także robotnicy wykwalifikowani (30 proc.) oraz niewykwalifikowani (32 proc).

Emigracja zarobkowa dotyczy także bezrobotnych. Prawie co trzecia osoba (30 proc.) bez pracy zadeklarowała, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat zarabiała lub zarabia za granicą.
Najbardziej popularnymi kierunkami wyjazdów zarobkowych pozostają Niemcy (40 proc. deklarujących pracę za granicą), Wielka Brytania (25 proc.) oraz Holandia (13 proc).
Najważniejszym czynnikiem motywującym do poszukiwania pracy poza krajem są niskie zarobki na miejscu. Taką deklarację złożyło 56 procent respondentów.

Najczęściej pełną gotowość do wyjazdu za granicę deklarują osoby w wieku 18-24 lata (32 proc. ankietowanych). To grupa osób, które chcą pracować za granicą, są w trakcie poszukiwań zajęcia albo pracują już poza Polską.

Na szarym końcu

Na szarym końcu

Polska znalazła się na przedostatnim miejscu w UE w zaprezentowanym w piątek w Brukseli unijnym rankingu jakości transportu w krajach wspólnoty. Od zeszłego roku przeskoczyliśmy o jedno miejsce, wyprzedzając Rumunię. W rankingu prowadzi Holandia.

Jak informuje portal biznes.pl, w przygotowanym przez KE zestawieniu wykorzystano dane m.in. Eurostatu, Europejskiej Agencji Środowiska czy Światowego Forum Ekonomicznego. Porównano w nim wyniki państw członkowskich w 29 kategoriach związanych z transportem. W obrębie większości z tych kategorii wyróżniono pięć krajów, które osiągnęły najlepsze wyniki oraz pięć z wynikami najgorszymi.

Najlepsze wyniki osiągnęła Holandia, będąca w pierwszej piątce krajów w 16 kategoriach. Na kolejnych miejscach uplasowały się Szwecja, Finlandia, Wielka Brytania i Dania. Polska w 14 kategoriach znalazła się pośród 5 najsłabiej radzących sobie państw, a jedynie w 3 kategoriach pośród 5 najlepszych. W związku z tym zajęliśmy 27. miejsce w całej UE. Tuż przed nami uplasowała się Grecja, Włochy i Chorwacja, za nami znalazła się Rumunia.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo drogowe, Polska zdaniem Komisji poczyniła pewne postępy, jednak nadal liczba śmiertelnych ofiar wypadków na drogach w naszym kraju jest wyższa od unijnej średniej. Pod względem jakości dróg znaleźliśmy się na 25. miejscu, zostawiając za sobą jedynie Bułgarię, Łotwę i Rumunię (dane dotyczą lat 2013-2014). Polska jest też czwarta od końca, jeśli chodzi o jakość infrastruktury lotniczej, a także kolejowej.

Pomimo słabego ogólnego rezultatu z zestawienia wynika, że konsumenci w Polsce są raczej zadowoleni z transportu miejskiego i lotniczego (ich satysfakcja jest powyżej unijnej średniej). Zadowolenie z transportu kolejowego jest jednak najniższe w UE.

Czarna owca OECD?

Czarna owca OECD?

Autorzy raportu OECD „Health at a Glance 2015” („Rzut oka na zdrowie”) wzięli pod lupę stan zdrowia i jakość opieki nad pacjentami w krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Wnioski są miażdżące: w podsumowaniu blisko 300-stronicowego raportu piszą, że w większości krajów rosną długość życia, jakość opieki i dostęp do nowoczesnych leków. Jednym z niewielu wyjątków – wymienionym explicite w krótkim wstępie – jest jednak Polska.

Oto niektóre cytaty z raportu: „We wszystkich państwach OECD, z wyjątkiem Grecji, USA i Polski, istnieje powszechny dostęp do służby zdrowia”, „Dzięki wcześniejszej diagnozie w większości państw zwiększyła się długość przeżycia przy zachorowaniu na raka. Wyjątkiem są Polska i Chile”. Przyglądając się kolejnym aspektom opieki medycznej, które zostały zestawione w tej publikacji, można zauważyć, jak bardzo Polska odstaje od pozostałych państw OECD, szczególnie europejskich. Na przykład jeśli chodzi o wydatki na zdrowie przedstawiane jako procent PKB zanotowaliśmy w ostatnich latach największy wzrost, a pomimo to w Europie jesteśmy z naszymi nakładami na leczenie na szarym końcu. Jeśli z kolei przyjrzymy się źródłom finansowania leków, okazuje się, że współpłacenie chorego, czyli to, co zostawia w aptece pacjent, jest w Polsce najwyższe.

Szwankuje również sama organizacja systemu opieki medycznej – lekarzy i pielęgniarek jest po prostu za mało. Nawet jeśli brak personelu medycznego nie jest zauważalny na co dzień, to zdaniem polskich ekspertów dlatego, że większość lekarzy pracuje na kilka zmian, obsadzając w ten sposób więcej niż jeden etat. Tym bardziej że w Polsce leczenie jest tylko jednym z obowiązków lekarza – w innych państwach istnieją natomiast różnego rodzaju „pomocnicy medyczni”, którzy zastępują specjalistów w opiece nad pacjentem niewymagającym zabiegów medycznych czy odciążają go w prowadzeniu dokumentacji. W Polsce osób pełniących taką funkcję brak.

Słabo wypadamy również w tych obszarach, które nie zależą bezpośrednio od pieniędzy. Wydawać by się mogło, że jest nie najgorzej, jeżeli na pytanie, czy lekarz poświęca wystarczającą ilość czasu choremu, blisko 60 proc. pacjentów odpowiada twierdząco. Niestety, dane międzynarodowe psują nasze dobre samopoczucie, bo taki wskaźnik plasuje nas na ostatnim miejscu w zestawieniu. Średnio ok. 85 proc. pacjentów w przebadanych państwach OECD jest usatysfakcjonowanych kontaktem z lekarzem, a w wielu państwach europejskich ten wskaźnik zadowolenia przekracza 90 proc.

Autorzy raportu OECD zwracają też uwagę, że nasz system jest źle zbudowany – podczas gdy kraje rozwinięte, w których opieka zdrowotna jest dobrze oceniana przez pacjentów, stawiają na lekarzy pierwszego kontaktu, w Polsce rozwinięte jest lecznictwo szpitalne. Mamy całkiem sporą liczbę łóżek przypadających na jednego pacjenta. To oznacza, że zamiast zapobiegać, stawiamy na leczenie ciężkich chorób w zaawansowanym już stadium. Jednym słowem: na medycynę interwencyjną, czyli najtrudniejszą, najkosztowniejszą i mało rokującą dla samego chorego. A że nie tędy droga, potwierdzają dane dotyczące przeżywalności chorych na raka. Pod względem umieralności na tę chorobę zajmujemy 30 miejsce na 34 badane kraje. Umierają u nas 234 osoby na 100 tysięcy mieszkańców. 50 proc. Chorujących na raka jelita nie przeżywa po wykryciu choroby pięciu lat, a właśnie przeżycie tego okresu jest uważane za sukces w walce z chorobą.

Jest jednak również kilka obiecujących informacji. Nie najgorzej wygląda u nas opieka nad pacjentami z chorobami serca oraz nad noworodkami: częściej przeżywają i mają dobrą masę urodzeniową. W przypadku najmłodszych cieszyć może też niewysoki w porównaniu z innymi krajami odsetek dzieci otyłych.