Na prowincji trudniej?

Na prowincji trudniej?

Na wsiach jest o wiele mniej przychodni zdrowia niż w miastach. W dodatku nie wszyscy korzystają z wizyt u lekarzy. Co czwarty mieszkaniec polskiej wsi nigdy nie był u żadnego specjalisty.

Jak pisze „Dziennik Wschodni”, takie wnioski płyną z najnowszego raportu fundacji Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej. Okazuje się też, że na przestrzenni ostatnich lat stan zdrowia mieszkańców wsi ulega systematycznej poprawie. Jeśli porównamy średnią długość życia czy śmiertelność niemowląt, różnic między wsią a miastem praktycznie nie znajdziemy. Mimo tego – jak wskazują autorzy raportu „Stan zdrowia ludności wiejskiej w Polsce” – w wielu innych aspektach dotyczących służby zdrowia, jak dostęp do aptek i przychodni, różnice dalej są widoczne.

Jak podają autorzy raportu, najmniej przychodni zdrowia w przeliczeniu na 10 tysięcy mieszkańców jest w północno-zachodniej części kraju. „W takich województwach jak pomorskie, zachodniopomorskie, wielkopolskie i kujawsko-pomorskie przypada na tę liczbę mieszkańców mniej niż 2,5 przychodni” – czytamy w raporcie EFRWP. Najlepsza sytuacja jest na terenie województwa śląskiego – ponad 4 przychodnie.

Województwem, gdzie w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest najmniej aptek i punktów aptecznych, jest zachodniopomorskie. Na 10 tysięcy mieszkańców jest tam tylko 1,3 apteki. Pod tym względem najlepiej jest na Śląsku, gdzie na 10 tysięcy mieszkańców przypada 3 apteki. „Należy jednak pamiętać o specyfice tego silnie zurbanizowanego województwa – jest ono relatywnie niewielkie, a odsetek osób mieszkających na wsi najmniejszy sposób wszystkich województw” – czytamy w raporcie.

Mieszkańcy wsi rzadziej niż mieszkańcy miast korzystają z porad lekarzy, zarówno pierwszego kontaktu, jak i specjalistów. „Trzeba jednak zauważyć, że niekorzystanie z wizyt lekarskich dotyczy przede wszystkim mężczyzn – szczególnie tych mieszkających na wsi” – piszą autorzy. Z danych wynika, że blisko 35 procent mężczyzn mieszkających na wsi w ciągu ostatniego roku nie było ani razu u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Mężczyźni, którzy mieszkają na terenach wiejskich, nie korzystają też z porad specjalistów. Blisko co czwarty mieszkaniec wsi nigdy u specjalisty nie był. Wśród najczęściej podawanych przyczyn rezygnacji z wizyty u lekarza wśród mieszkańców wsi jest brak pieniędzy. Z kolei mieszkańcy miast wskazują, że powodem jest długa lista oczekujących.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Narośl na zdrowej gospodarce

Narośl na zdrowej gospodarce

9 proc., czyli 2 mln Polaków, zadeklarowało pracę w tzw. szarej strefie, przy czym w 54 proc. przypadków oznaczało to wypłatę części wynagrodzenia w sposób niezarejestrowany, a w 42 proc. – pracę najemną bez umowy – wynika z raportu „Shadow Economies in the Baltic Sea Region 2015”.

„9% spośród ankietowanych osób w Polsce zadeklarowało pracę przynajmniej częściowo „na szaro”; tylko na Białorusi odsetek ten był równie wysoki. Praca „na szaro” w Polsce, podobnie jak w innych krajach regionu, częściej oznaczała legalną pracę z częścią wynagrodzenia wypłacaną „pod stołem” niż pracę bez żadnej umowy” – czytamy w komunikacie poświęconym raportowi, cytowanym przez portal Onet. Na Litwie i Łotwie odsetek ten wyniósł 8%, w Estonii 6%, a w Szwecji jedynie 3%.

Raport „Shadow Economies in the Baltic Sea Region 2015” („Szara strefa gospodarki w regionie nadbałtyckim w 2015 r.”) powstał dzięki badaniom ankietowym przeprowadzonym w sześciu państwach: Polsce, Litwie, Łotwie, Estonii, Szwecji i Białorusi.

Rodzina nie dla biednych?

Rodzina nie dla biednych?

Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad zmianą przepisów, która sprawi, że sądy nie będą mogły odbierać rodzicom dzieci z powodu biedy. Projekt ustawy ma być gotowy do końca grudnia.

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki mówi, że wypracowywane rozwiązania mają być podobne do obowiązujących w Niemczech, gdzie nie istnieje możliwość odbierania dzieci w oparciu o tzw. kryterium biedy. Zwraca uwagę, że na nieletnich umieszczanych później w ośrodkach opiekuńczych państwo wydaje duże kwoty, które przekazane bezpośrednio rodzinie pozwoliłyby jej wyjść z ubóstwa.

Według wiceministra, odebranie dziecka powinno być ostatecznym rozwiązaniem, stosowanym jedynie wobec rodzin patologicznych. Tymczasem, jak mówią statystyki, tylko w 2013 roku co piąte dziecko zostało oderwane od rodziców z tzw. przesłanek socjalnych.

Wydawałoby się, że ubóstwo to powód do wsparcia rodziny, a nie przekazania jej najmłodszych członków do domu dziecka. Bywa jednak tak, że dla sądu bieda może stać się argumentem do wydania takiej właśnie decyzji. Od emocjonalnej więzi z rodzicami ważniejsze jest, by dziecko było najedzone, porządnie ubrane i miało miejsce do nauki. I choć od ponad roku asystenci pomagać mają potrzebującym rodzinom oraz chronić je przed tak drastycznymi rozwiązaniami, nadal zdarzają się sytuacje, gdy brak środków do życia równa się utracie dzieci. Kiedy zaś ruszy machina systemu, wyrwanie się z jej trybów graniczy z cudem. I nawet jeżeli posłanie dzieci do domu dziecka lub rodziny zastępczej ma stać się dla rodziców motywacją do zmiany na lepsze, odzyskanie potomstwa bywa bardzo trudne. Szczególnie dla osób, które nie radzą sobie nie tylko z rolą rodzica, lecz także sami ze sobą.

Z oficjalnych danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika zaś, że 771 dzieci w zeszłym roku przebywało w pieczy zastępczej z powodu biedy i niezaradności życiowej ich rodziców.

Cuchnący biznes

Cuchnący biznes

Firma Nestlé, właściciel takich marek jak Winiary, Friskies, Gerber czy Princessa, kupowała produkty od dostawców, którzy wykorzystywali pracę niewolników. Sieć przeprasza, ale to nie pierwszy taki przypadek w jej historii.

Koncern już w ubiegłym roku zamówił u organizacji Verité raport na temat warunków, w jakich pracują tajscy rybacy. Łowione przez nich ryby i skorupiaki Nestlé wykorzystuje m.in. do produkcji karmy dla kotów. Firma zleciła prywatne dochodzenie po tym, jak sprawę zaczęły nagłaśniać za pośrednictwem agencji Associated Press organizacje pozarządowe. W sierpniu tego roku grupa klientów Nestlé, kupujących karmę Fancy Feast, złożyła w sądzie w Los Angeles pozew przeciwko koncernowi. Twierdzili, że nie kupowaliby jej, gdyby wiedzieli, że w produkcji wykorzystywana jest praca współczesnych niewolników. Chodzi o współpracę Nestlé z firmą Thai Union, od której koncern kupuje ponad 13 mln kilogramów składników karmy. Tajska firma sprowadza pracowników z dużo biedniejszej Birmy czy Kambodży, a później zmusza do płacy z fatalnych warunkach i płacenia haraczy za „pośrednictwo pracy” .Wielu z pracujących na prowizorycznych kutrach i w portach pracowników ulega wypadkom lub ginie, a zwłoki wyrzucane są do morza. „Czasami sieć jest za ciężka i robotnicy są przez nią wciągani do wody, w której po prostu znikają. Gdy ktoś umiera, to po prostu wyrzuca się ciało do wody. Niektórzy wypadli za burtę. Ja miałem wypadek na łodzi. Krążek linowy spadł na mnie i prawie złamał mi ramię” – opowiada Birmańczyk, który pracował na łodzi, ale udało mu się uciec.

Pracownicy łodzi rybackich są do Tajlandii przywożeni przez handlarzy ludźmi na podstawie fałszywych dokumentów. Kiedy wsiadają na łodzie, papiery są im odbierane. Pracują często po 16 godzin dziennie, przez cały tydzień. Za dnia łowią ryby, a nocą naprawiają sieci i sortują połów. Jeśli im się poszczęści, dostaną jakiekolwiek pieniądze. Znaczna część jednak może tylko o tym pomarzyć i pracują za darmo, wykonując tym samym pracę niewolniczą.

Ujawnione w poniedziałek wyniki raportu organizacji Verité potwierdzają więc już znane fakty. Nestlé zapowiedziała, że opublikuje cały raport online, jak również ogłosi strategię rozwiązania problemu. Firma obiecała, że wprowadzi nowe wymogi dla dostawców i będzie ich szkoliła z zakresu praktyk przestrzegania praw człowieka. Do pracy na teren portów i łowisk ma jednocześnie wysłać zewnętrznych audytorów. O odszkodowaniach dla pokrzywdzonych na razie nie ma mowy.

Dla Nestlé tajska afera to déjà vu. Koncern już w 2005 r. został pozwany w USA przez International Labour Rights Fund za wykorzystywanie dzieci afrykańskich do prac na plantacjach kakao. Pracowały one po 80-90 godzin tygodniowo. Wiceszef koncernu Magdi Batato zapowiedział po opublikowaniu raportu, że Nestlé zobowiąże się do wyeliminowania pracy przymusowej w branży rybnej w Tajlandii, przypomina to jednak bliźniaczo sytuację po pożarach w bangladeskich fabrykach odzieżowych, gdy producenci ubrań bili się w piersi i zapewniali o swojej woli radykalnej zmiany warunków pracy na lepsze. Skończyło się na obietnicach.