Nie ma czego włożyć do garnka

Nie ma czego włożyć do garnka

Jak wynika z badania „Jakość życia w Polsce. Edycja 2015” Głównego Urzędu Statystycznego, w 2015 r. w 5,4 proc. gospodarstw domowych brakowało pieniędzy na jedzenie, a 37,9 proc. nie stać było choć na tydzień wakacji.

Jak podaje GUS, badanie prezentuje zestaw podstawowych wskaźników umożliwiających ocenę ważnych obszarów jakości życia. W opracowaniu zwarte są najbardziej aktualne dane odnoszące się przede wszystkim do lat 2014-2015.

W 2014 r. w ubóstwie skrajnym, czyli na poziomie minimum egzystencji (oznacza to wydatki ok. 6,5 tys. zł rocznie) żyło 7,4 proc. osób. Minimum egzystencji obliczane jest przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Uwzględnia tylko te potrzeby, których zaspokojenie nie może być odłożone w czasie, a konsumpcja niższa od tego poziomu prowadzi do biologicznego wyniszczenia.

W 2014 r. dochód rozporządzalny w polskim gospodarstwie domowym wynosił średnio 1712 zł. To bieżące dochody pomniejszone o zaliczki na podatek dochodowy i składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne; w jego skład wchodzą pieniądze, ale i spożycie naturalne (np. jabłka w własnego sadu) oraz towary i usługi otrzymane nieodpłatnie.

Tylko 12,6 proc. gospodarstw oceniło, że pieniędzy wystarcza im na wiele, bez specjalnego oszczędzania, lub że mogą sobie pozwolić na pewien luksus. Zdecydowana większość (31,7 proc.) bardzo oszczędnie gospodaruje budżetem, lub nie wystarcza im pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb.

W 2015 r. w 5,4 proc. gospodarstw brakowało pieniędzy na żywność. Jak wyjaśnił GUS, są to gospodarstwa, w których – z powodów finansowych – nie wszystkie osoby dorosłe mogły pozwolić sobie na jedzenie mięsa, drobiu, ryb lub wegetariańskich odpowiedników oraz świeżych owoców i warzyw co drugi dzień.
W 2015 r. 17,7 proc. osób uznawało, że żyją w mieszkaniach zbyt małych na swoje potrzeby.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Ulga za etat

Ulga za etat

Szykują się rewolucyjne zmiany. Rząd chce wspierać firmy, które podwyższą pracownikom pensje i przyjmą ich na umowy o pracę.

Wsparcie zatrudniających będzie możliwe, jeśli związki zawodowe i pracodawcy zgodzą się na zawarcie umowy społecznej. „Firmy, które do niej przystąpią, będą mogły liczyć na preferencje, np. ulgę podatkową lub w opłacaniu składek na ZUS” – wyjaśnia Stanisław Szwed, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej. W zamian przedsiębiorca musiałby zatrudniać na umowach o pracę, a przede wszystkim podwyższyć wynagrodzenia pracownikom.

Resort planuje także inne zmiany:

– Powołanie komisji kodyfikacyjnej prawa pracy, która przygotuje projekt nowego kodeksu pracy – takie rozwiązanie rząd uzależnia od zgody partnerów społecznych. „Obecne przepisy dotyczące zatrudnienia są zbyt skomplikowane. Pomysł przygotowania nowego KP. jest interesujący, ale prowokuje pytania, np. o to, czy indywidualne i zbiorowe prawo pracy powinny być uregulowane odrębnie” – podkreśla Paweł Śmigielski, ekspert OPZZ.

Wprowadzenie 12-złotowej minimalnej stawki godzinowej dla zleceniobiorców – propozycje w tym zakresie przewidują także, że w pierwszym roku pracy zatrudnionemu przysługiwałoby 100 proc., a nie jak obecnie 80 proc. minimalnego wynagrodzenia. Inaczej może być też ustalana coroczna podwyżka najniższej płacy (tak aby osiągnęła ona poziom połowy przeciętnej pensji).

Ograniczenie zatrudnienia przez agencje pracy tymczasowej w obecnej formule – ze względu na nadużywanie tej formy zatrudnienia.

Na prowincji trudniej?

Na prowincji trudniej?

Na wsiach jest o wiele mniej przychodni zdrowia niż w miastach. W dodatku nie wszyscy korzystają z wizyt u lekarzy. Co czwarty mieszkaniec polskiej wsi nigdy nie był u żadnego specjalisty.

Jak pisze „Dziennik Wschodni”, takie wnioski płyną z najnowszego raportu fundacji Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej. Okazuje się też, że na przestrzenni ostatnich lat stan zdrowia mieszkańców wsi ulega systematycznej poprawie. Jeśli porównamy średnią długość życia czy śmiertelność niemowląt, różnic między wsią a miastem praktycznie nie znajdziemy. Mimo tego – jak wskazują autorzy raportu „Stan zdrowia ludności wiejskiej w Polsce” – w wielu innych aspektach dotyczących służby zdrowia, jak dostęp do aptek i przychodni, różnice dalej są widoczne.

Jak podają autorzy raportu, najmniej przychodni zdrowia w przeliczeniu na 10 tysięcy mieszkańców jest w północno-zachodniej części kraju. „W takich województwach jak pomorskie, zachodniopomorskie, wielkopolskie i kujawsko-pomorskie przypada na tę liczbę mieszkańców mniej niż 2,5 przychodni” – czytamy w raporcie EFRWP. Najlepsza sytuacja jest na terenie województwa śląskiego – ponad 4 przychodnie.

Województwem, gdzie w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest najmniej aptek i punktów aptecznych, jest zachodniopomorskie. Na 10 tysięcy mieszkańców jest tam tylko 1,3 apteki. Pod tym względem najlepiej jest na Śląsku, gdzie na 10 tysięcy mieszkańców przypada 3 apteki. „Należy jednak pamiętać o specyfice tego silnie zurbanizowanego województwa – jest ono relatywnie niewielkie, a odsetek osób mieszkających na wsi najmniejszy sposób wszystkich województw” – czytamy w raporcie.

Mieszkańcy wsi rzadziej niż mieszkańcy miast korzystają z porad lekarzy, zarówno pierwszego kontaktu, jak i specjalistów. „Trzeba jednak zauważyć, że niekorzystanie z wizyt lekarskich dotyczy przede wszystkim mężczyzn – szczególnie tych mieszkających na wsi” – piszą autorzy. Z danych wynika, że blisko 35 procent mężczyzn mieszkających na wsi w ciągu ostatniego roku nie było ani razu u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Mężczyźni, którzy mieszkają na terenach wiejskich, nie korzystają też z porad specjalistów. Blisko co czwarty mieszkaniec wsi nigdy u specjalisty nie był. Wśród najczęściej podawanych przyczyn rezygnacji z wizyty u lekarza wśród mieszkańców wsi jest brak pieniędzy. Z kolei mieszkańcy miast wskazują, że powodem jest długa lista oczekujących.

Narośl na zdrowej gospodarce

Narośl na zdrowej gospodarce

9 proc., czyli 2 mln Polaków, zadeklarowało pracę w tzw. szarej strefie, przy czym w 54 proc. przypadków oznaczało to wypłatę części wynagrodzenia w sposób niezarejestrowany, a w 42 proc. – pracę najemną bez umowy – wynika z raportu „Shadow Economies in the Baltic Sea Region 2015”.

„9% spośród ankietowanych osób w Polsce zadeklarowało pracę przynajmniej częściowo „na szaro”; tylko na Białorusi odsetek ten był równie wysoki. Praca „na szaro” w Polsce, podobnie jak w innych krajach regionu, częściej oznaczała legalną pracę z częścią wynagrodzenia wypłacaną „pod stołem” niż pracę bez żadnej umowy” – czytamy w komunikacie poświęconym raportowi, cytowanym przez portal Onet. Na Litwie i Łotwie odsetek ten wyniósł 8%, w Estonii 6%, a w Szwecji jedynie 3%.

Raport „Shadow Economies in the Baltic Sea Region 2015” („Szara strefa gospodarki w regionie nadbałtyckim w 2015 r.”) powstał dzięki badaniom ankietowym przeprowadzonym w sześciu państwach: Polsce, Litwie, Łotwie, Estonii, Szwecji i Białorusi.