Uleczyć Polskę B

Uleczyć Polskę B

Jesteśmy świadkami pogłębiającego zadłużania się poszczególnych szpitali powiatowych – twierdzi Związek Powiatów Polskich. Starostowie zarzucają resortowi zdrowia, że powiatowe lecznice nie mogą liczyć na takie samo traktowanie jak szpitale wojewódzkie czy kliniczne.

Jak informuje Portal Samorządowy, Związek Powiatów Polskich z dużym niepokojem przygląda się dotychczasowej polityce Ministerstwa Zdrowia oraz Narodowego Funduszu Zdrowia wobec szpitali powiatowych. „Szpitale te są położone najbliżej pacjenta i jako takie powinny odgrywać kluczową rolę w zaspokajaniu potrzeb zdrowotnych wspólnot lokalnych. Wbrew temu, dotychczasowa polityka prowadzi do marginalizowania roli szpitali powiatowych, połączonego ze znaczącym pogarszaniem się ich sytuacji finansowej” – twierdzi w swoim stanowisku ZPP.

Starostowie przyznają, że placówki ochrony zdrowia nie muszą przynosić zysku, jednak nie mogą też generować strat, gdyż budżet poszczególnych powiatów – dysponujących niewielkim odsetkiem dochodów własnych – w żaden sposób nie jest w stanie ich permanentnie pokrywać. „Tymczasem jesteśmy obecnie świadkami pogłębiającego zadłużania się poszczególnych placówek – podobnie jak w latach 2000-2004” – alarmuje Ludwik Węgrzyn, prezes ZPP.

ZPP domaga się przede wszystkim jednoznacznego określenia roli, jaką w systemie ochrony zdrowia powinny pełnić szpitale powiatowe oraz urealnienia wyceny poszczególnych świadczeń i równego traktowania wszystkich podmiotów udzielających świadczeń szpitalnych. „Obecne preferencyjne traktowanie szpitali wojewódzkich i klinicznych oraz udzielanych w nich świadczeń powoduje znaczący deficyt środków w poszczególnych szpitalach powiatowych. Oceniamy, że dla uniknięcia strat konieczne byłoby podniesienie wysokości kontraktów (bez zwiększania liczby świadczeń i nakładania nowych obowiązków, w tym w zakresie podwyżek) o 25%. Dotyczy to również kontraktów dotyczących nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej” – wyliczają przedstawiciele powiatów.

ZPP w swoim stanowisku porusza też kwestię podwyżek dla pielęgniarek. „Domagamy się zabezpieczenia środków na podwyżki dla pielęgniarek z innego źródła niż ogólna pula środków pozostających aktualnie w dyspozycji Narodowego Funduszu Zdrowia. „Znalezienie” pieniędzy na podwyżki w puli środków, które miały trafić do podmiotów leczniczych z tytułu udzielonych świadczeń, oznacza w praktyce zaspokajanie roszczeń płacowych jednej grupy społecznej nie kosztem obiecującego te podwyżki rządu, ale samorządu terytorialnego – na co w żaden sposób nie możemy się zgodzić. Domagamy się jednocześnie zmiany zasad wypłaty środków na podwyżki tak, aby były one przekazywane zaliczkowo – z wyprzedzeniem. Obecny system wymusza na szpitalach powiatowych nawet kilkudziesięciodniowe kredytowanie wypłaconych w ramach wynagrodzeń podwyżek” – czytamy w stanowisku Związku.

ZPP chce ponadto jednoznacznego uregulowania zasad finansowania świadczeń udzielanych ze względu na zagrożenie życia lub zdrowia. Obecne przepisy prawa nakładają bowiem obowiązek udzielenia takich świadczeń, nie dając jednocześnie żadnej  gwarancji zwrotu rzeczywiście poniesionych w związku z nimi kosztów.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

„Zdrowy” jak Polak

„Zdrowy” jak Polak

Leczenie po polsku: żadnych badań, zaleceń ani długofalowej pomocy. Raport z kontroli NIK analizującej opiekę nad 300 tys. pacjentów w podstawowej opiece zdrowotnej przytacza wstrząsające dane i fakty.

Jak informuje portal forsal.pl, według raportu medycy w przychodni nie robią badań profilaktycznych, nie rozmawiają z chorymi o zagrożeniach chorobami cywilizacyjnymi, nie mierzą, nie ważą, nie zalecają diety, nie wspomagają w walce z paleniem. Zgodnie z założeniami to właśnie w najbliższej przychodni powinno się wykrywać choroby, tak, by móc szybko, jeszcze na tym etapie, wdrożyć leczenie i zapobiec hospitalizacji. Do zadań lekarzy pierwszego kontaktu należy też wytypowanie najbardziej zagrożonej grupy i udzielenie jej wsparcia. Tymczasem, choć Polakom zagraża wiele chorób cywilizacyjnych, między innymi choroby układu krążenia, które stanowią przyczynę śmierci ponad 45 proc. społeczeństwa, lekarze pierwszego kontaktu nie informują pacjentów, jak im zapobiegać. Powinni rozmawiać z chorym o diecie, badać poziom cholesterolu, a potem pilnować, czy pacjent chudnie i jakie ma wyniki badań, by w razie czego móc odpowiednio wcześnie rozpocząć terapię.

Tymczasem, choć np. profilaktyka chorób układu krążenia jest wyceniana osobno (48 zł za poradę), to liczba porad z roku na rok maleje. W 2014 r. wizyt było o 26 proc. mniej niż w 2012 r. Skorzystało z nich zaledwie 3 proc. Polaków kwalifikujących się do takich badań.

Lekarze bronią się, mówiąc, że nie wystarcza im czasu na sprawowanie kompleksowej opieki nad grupą przyporządkowanych im pacjentów. „Jesteśmy przesadnie obciążeni biurokracją” – uważa Tomasz Latos, lekarz rodzinny.

Cios w banksterów

Cios w banksterów

W tym tygodniu weszła w życie nowelizacja ustawy o prawie bankowym, likwidująca Bankowy Tytuł Egzekucyjny.

„Wreszcie kredytobiorcy w Polsce, zarówno przedsiębiorcy, jak i osoby fizyczne, wyzwalają się ze swoistej „przemocy”, jaką banki często wobec nich stosowały” – komentuje europoseł PiS Zbigniew Kuźmiuk. Wspomniana nowelizacja ustawy o prawie bankowym wprowadza ustawowy obowiązek dla banków (i SKOK-ów) w zakresie restrukturyzacji zadłużenia kredytobiorców i pożyczkobiorców. Oznacza to, że jeżeli kredytobiorca będzie się opóźniać ze spłatą zobowiązania z tytułu udzielonego kredytu, bank będzie zobowiązany do wezwania go do zapłaty, wyznaczając termin nie krótszy niż 14 dni. Jednocześnie w wezwaniu musi się znaleźć informacja o możliwości złożenia przez kredytobiorcę wniosku o restrukturyzację zadłużenia.

Po 1945 r. nadano NBP i innym znacjonalizowanym bankom prawo do jednostronnej egzekucji należności od klienta. Przetrwało on do niedawna w niemal niezmienionej formie: bank wystawiał tytuł egzekucyjny, sąd na tajnym posiedzeniu (klient nie miał możliwości obrony) nadawał mu w ciągu 3 dni klauzulę wykonalności – i do akcji wkraczał komornik. Procedura jednostronnej egzekucji bankowej nie miała odpowiednika w innych państwach.

W relacjach z kredytobiorcami BTE zapewniał bankowi gigantyczną przewagę. Klient, który chciał pożyczyć pieniądze, poddawał się w oddzielnym oświadczeniu bankowej egzekucji do kwoty podanej w tym dokumencie. Jeśli przestawał spłacać dług (przy czym interpretacja, co znaczy „przestać spłacać” należała już wyłącznie do banku), można było w banalnie prosty sposób wypowiedzieć mu kredyt, idąc z BTE do sądu. Ten z pozoru niewinny papierek, podpisany w banku wraz z górą innych oświadczeń, sam w sobie jest już urzędowym tytułem egzekucyjnym, który sąd musi zbadać tylko pod kątem formalnym, a nie merytorycznym. Sąd nie wnikał zatem w strukturę i historię zadłużenia czy warunki umowy. Sędzia sprawdzał dane osobowe dłużnika oraz podpisy i upewniał się, czy od daty wypowiedzenia umowy kredytowej nie minęło 10 lat. Jeśli wszystko było w porządku pod kątem formalnym, po prostu przystawiał pieczątkę na gotowcu przygotowanym przez bankowy dział windykacji. O tym, że windykacyjny młot poszedł w ruch, dłużnik dowiadywał się dopiero od komornika i miał siedem dni na złożenie odwołania.

Organizacje konsumenckie, a nawet część prawników, od dawna krytykowały BTE za rażącą dysproporcję, jaką wprowadza w relacjach klienta z bankiem. Eksperci zwracali uwagę, że za pomocą tego samego przepisu bank może egzekwować pieniądze zarówno od klienta, który przestał w ogóle spłacać dług, jak i od kogoś, kto wpadł w finansowe tarapaty i płaci systematycznie tylko tyle, ile aktualnie jest w stanie.

Nie ma czego włożyć do garnka

Nie ma czego włożyć do garnka

Jak wynika z badania „Jakość życia w Polsce. Edycja 2015” Głównego Urzędu Statystycznego, w 2015 r. w 5,4 proc. gospodarstw domowych brakowało pieniędzy na jedzenie, a 37,9 proc. nie stać było choć na tydzień wakacji.

Jak podaje GUS, badanie prezentuje zestaw podstawowych wskaźników umożliwiających ocenę ważnych obszarów jakości życia. W opracowaniu zwarte są najbardziej aktualne dane odnoszące się przede wszystkim do lat 2014-2015.

W 2014 r. w ubóstwie skrajnym, czyli na poziomie minimum egzystencji (oznacza to wydatki ok. 6,5 tys. zł rocznie) żyło 7,4 proc. osób. Minimum egzystencji obliczane jest przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Uwzględnia tylko te potrzeby, których zaspokojenie nie może być odłożone w czasie, a konsumpcja niższa od tego poziomu prowadzi do biologicznego wyniszczenia.

W 2014 r. dochód rozporządzalny w polskim gospodarstwie domowym wynosił średnio 1712 zł. To bieżące dochody pomniejszone o zaliczki na podatek dochodowy i składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne; w jego skład wchodzą pieniądze, ale i spożycie naturalne (np. jabłka w własnego sadu) oraz towary i usługi otrzymane nieodpłatnie.

Tylko 12,6 proc. gospodarstw oceniło, że pieniędzy wystarcza im na wiele, bez specjalnego oszczędzania, lub że mogą sobie pozwolić na pewien luksus. Zdecydowana większość (31,7 proc.) bardzo oszczędnie gospodaruje budżetem, lub nie wystarcza im pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb.

W 2015 r. w 5,4 proc. gospodarstw brakowało pieniędzy na żywność. Jak wyjaśnił GUS, są to gospodarstwa, w których – z powodów finansowych – nie wszystkie osoby dorosłe mogły pozwolić sobie na jedzenie mięsa, drobiu, ryb lub wegetariańskich odpowiedników oraz świeżych owoców i warzyw co drugi dzień.
W 2015 r. 17,7 proc. osób uznawało, że żyją w mieszkaniach zbyt małych na swoje potrzeby.