Komunalne gorsze?

Komunalne gorsze?

Jak podaje GUS, w pierwszych trzech kwartałach 2015r. oddano do użytku 101420 mieszkań, tj. o 1278 lokali (1,3 proc.) więcej niż rok wcześniej. Niestety, po przeanalizowaniu rozkładu charakteru tych lokali okazuje się, że wzrost dotyczy tylko nowych mieszkań budowanych na sprzedaż lub wynajem na rynku prywatnym. Mieszkań komunalnych, czynszowych i spółdzielczych oddano za to do użytku mniej niż przed rokiem.

Jak wynika z kwartalnego zestawienia Głównego Urzędu Statystycznego „Budownictwo mieszkaniowe I-III kwartał 2015 r.”, spadek liczby mieszkań w stosunku do pierwszych trzech kwartałów 2014 r. nastąpił w budownictwie spółdzielczym – o 1349 mieszkań, komunalnym – o 567 mieszkań oraz społecznym czynszowym – o 393 mieszkania.

Według GUS w strukturze mieszkań oddanych do użytku zwiększył się udział mieszkań realizowanych w budownictwie indywidualnym (o 1,7 proc.) oraz przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem (o 0,6 proc.). Zmniejszył się udział budownictwa spółdzielczego (o 1,3 proc.), komunalnego (o 0,6 proc.) i społecznego czynszowego (o 0,4 proc.). Udział budownictwa zakładowego pozostał na poziomie 0,3 proc.

Przeciętny czas trwania budowy nowych budynków innych niż indywidualne wyniósł 22,3 miesiąca (wobec 24,9 miesiąca przed rokiem) – podaje urząd. Skrócił się on w budownictwie komunalnym – do 17,6 miesiąca (o 5,3 miesiąca), społecznym czynszowym – do 16,3 miesiąca (o 4,1 miesiąca) oraz przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem – do 22,4 miesiąca (o 2,6 miesiąca).

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pracodawcy pod lupą

Pracodawcy pod lupą

Inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy przeprowadzą w 2016 roku 80 tys. kontroli. Będą sprawdzać przede wszystkim prawidłowość zawierania umów cywilnoprawnych. Na pierwszy ogień pójdzie budownictwo.

W Sejmie odbyło się wczoraj posiedzenie Rady Ochrony Pracy. Głównym tematem posiedzenia był program Państwowej Inspekcji Pracy na lata 2016-2018. Przedstawiła go Iwona Hickiewicz, Główny Inspektor Pracy. Jak podkreśliła, w czasie prac nad programem uwzględniono propozycje związków zawodowych, organizacji pracodawców, ministerstw i urzędów centralnych, a także organów kontroli warunków pracy.

Priorytetem pozostaje problematyka nawiązywania i rozwiązywania stosunku pracy, ze szczególnym uwzględnieniem zagadnienia nadużywania umów prawa cywilnego, a także czasu pracy, w tym w warunkach zagrożenia szkodliwymi czynnikami środowiska zawodowego. Nadal kontrolować będziemy, czy przestrzegane jest prawo wobec pracowników tymczasowych” – mówi Iwona Hickiewicz.

Inspektorzy przeprowadzą w 2016 roku 80 tys. kontroli. Sprawdzać będą przede wszystkim prawidłowość zawierania umów cywilnoprawnych, stosowanych często w warunkach właściwych dla stosunku pracy. Jako pierwsze skontrolują budownictwo. Tę branżę czekają kontrole w 2016 roku. Rok później PIP zbada warunki pracy w gastronomii i hotelarstwie, a w 2018 roku weźmie się za agencje ochrony osób i mienia. „To branże szczególnie zagrożone naruszeniami prawa w tym zakresie” – twierdzi Hickiewicz. PIP będzie też kontrolowała, czy zakłady pracy przestrzegają znowelizowanych przepisów o umowach terminowych, które wejdą w życie w pierwszej połowie 2016 roku.

Nowy program PIP na lata 2016-2018 przewiduje też działania w skali lokalnej. Te będą realizowane przez okręgowe inspektoraty. Do ich zadań będzie należało przeprowadzanie kontroli. m.in. w oczyszczalniach ścieków, w zakładach produkujących wyroby metalowe, samochodowych zakładach naprawczych, zakładowych bocznicach kolejowych, zakładach rolnych. Kontrole kompleksowe zaplanowano też w podmiotach gospodarczych świadczących usługi dla energetyki zawodowej, zakładach zajmujących się wydobyciem i przeróbką kopalin pospolitych, w podmiotach prowadzących działalność gospodarczą w regionach turystycznych. Pod lupę inspektorów zostaną wzięte podmioty organizujące wypoczynek dla dzieci i młodzieży, baseny i parki wodne.

Macierzyństwo na śmieciówce

Macierzyństwo na śmieciówce

Według wyników badania „Ocena warunków łączenia pracy zawodowej z rodziną w krajach Unii Europejskiej”, Polki uważają swoją sytuację zawodowo-rodzinną za jedną z najgorszych na kontynencie. Gorzej oceniają swoje perspektywy jako matek na rynku pracy tylko Rumunki i Greczynki. Najpewniej czują się Dunki i Szwedki.

Polska jest jednym z krajów, których spadek dzietności dotyka najbardziej. W 1990 r. statystyczna Polka rodziła ponad dwójkę dzieci. 20 lat później już tylko 1,3 dziecka. W obliczu kulejącej demografii w 2016 r. poszerzy się grono osób z prawem do urlopu macierzyńskiego. Ale wciąż liczna jest grupa kobiet, które prawa do świadczeń macierzyńskich nie mają wcale.

Dwa lata temu Anna Kurowska z Instytutu Polityki Społecznej i Ewelina Rosłanowska ze Szkoły Głównej Handlowej zbadały, jakie czynniki mają wpływ na decyzję o urodzeniu dziecka. Puenta ich badań to: „Dla polskich kobiet, które weszły na rynek pracy, zatrudnienie jest warunkiem, a nie barierą dla posiadania dzieci”. Według badaczki Anny Matysiak z SGH strategia „najpierw praca, potem dziecko” silniej dotyczy drugiego dziecka, koniecznego dla zastępowalności pokoleń.

„W Polsce dyskusja nie dotyka sedna problemu. Cały czas rozmawiamy o wydłużaniu albo skracaniu urlopu macierzyńskiego. O tym, że blisko 30 proc. kobiet wcale nie nabywa tych praw, nie mówi się wcale” – komentuje dr Elżbieta Korolczuk, socjolożka zajmująca się polityką społeczną.

Według badań w Warszawie 85 proc. matek, które urodziły dziecko, pobiera zasiłek macierzyński. Ale już w Podlaskiem, Lubelskiem czy na Podkarpaciu – tylko ok. 65 proc. Te dane są wymowne – w województwach, w których bezrobocie jest największe, a umowy śmieciowe najbardziej rozpowszechnione, wiele matek po prostu nie nabywa prawa do żadnych świadczeń – rocznie jest ich ok. 125 tys.

Umowa-zlecenie jest umową cywilnoprawną i nie obowiązują przy niej przepisy kodeksu pracy. Kobieta dostanie tylko to, na co umówi się z pracodawcą – czyli najczęściej nic. Na wieść o ciąży zatrudniający po prostu nie przedłuży z nią umowy. O płatnym urlopie może pomarzyć. Jeśli osoba na zleceniu odprowadza dobrowolne składki chorobowe, przysługuje jej prawo do zasiłku. Praktycznie jednak trzeba mieć sporo szczęścia, żeby pracując na zlecenie, załapać się na zasiłek. No i nie zawsze jest gdzie z takiego urlopu wrócić. Ciężarna na umowie o pracę jest chroniona podczas całej ciąży, ma prawo do urlopu macierzyńskiego, a po urlopie wraca do pracy. Ciężarnej na zleceniu ochrona nie przysługuje. Osoba na zleceniu może zostać zwolniona w każdej chwili – bez podania przyczyny. Tymczasem prawa do zasiłku macierzyńskiego nabywa się, gdy składka chorobowa odprowadzana jest… w dniu porodu. Nawet jeśli kobieta zwolniona w piątym czy szóstym miesiącu ciąży znajdzie nową pracę, zazwyczaj już nie uda jej się odprowadzać składek przez wymagane prawem 90 dni.

O ile na zleceniu jest możliwość opłacania składki i dogadania się z pracodawcą, o tyle na nieoskładkowanym „dziele” ciężarna nie ma nawet takiej możliwości. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na pytanie o ochronę ciąży kobiet zatrudnionych na umowę o dzieło odpowiada: „Osoby stale wykonujące umowy o dzieło mogą rozważyć możliwość prowadzenia działalności gospodarczej – wówczas będą miały możliwość przystąpienia do ubezpieczenia chorobowego dobrowolnie”.

„To kuriozalna odpowiedź. Osoby pracujące na umowach śmieciowych najczęściej pracują za kwotę równą lub niższą płacy minimalnej. Dla nich nawet minimalny koszt prowadzenia działalności jest zaporowy. To sankcjonowanie przez państwo obchodzenia prawa” – ocenia dr Korolczuk.

W styczniu 2016 r. w życie wejdzie nowe świadczenie rodzicielskie, które ma objąć także kobiety na innych umowach niż umowa o pracę – bezrobotne, studentki, osoby na umowach o dzieło – dostaną 1 tys. zł miesięcznie na dziecko.

Doktor Elżbieta Korolczuk podsumowuje problem: „System jest nieprzejrzysty, rozeznanie się w zasadach wymaga kompetencji. Mnoży się zasady, w efekcie duża część osób nie jest w stanie zorientować się, co im przysługuje”.

Ludzie chcą pociągów

Ludzie chcą pociągów

Pasażerowie z Sądecczyzny są przerażeni – od 15 grudnia likwidowane jest aż sześć połączeń kolejowych na trasie Tarnów-Nowy Sącz-Krynica-Zdrój. Marszałek Małopolski uważa je za nierentowne. Dla wielu pasażerów kolej to jedyny środek transportu pozwalający na dojazd do pracy. Zbierają więc podpisy pod petycją na rzecz utrzymania dotychczasowego rozkładu jazdy.

Jak pisze „Gazeta Krakowska”, sądeccy kolejarze na wieść o planach marszałka zawiązali Obywatelski Komitet Obrony Połączeń Kolejowych na Sądecczyźnie. Wysyłali petycję, pikietowali, a w swoje działania zaangażowali parlamentarzystów. „Nic to jednak nie dało. Marszałek jest głuchy na nasze argumenty” – ubolewa Andrzej Cebula, przedstawiciel komitetu. „Likwidując połączenia, zmniejsza konkurencyjność Przewozów Regionalnych. Będziemy tracić kolejnych pasażerów, a z rozkładu znikną następne połączenia” – martwi się kolejarz.

„Na tej trasie nie brakuje pasażerów, więc nie rozumiem dlaczego likwidują nam połączenia” – dziwi się Bogumiła Hycnar, która pociągiem do Nowego Sącza jeździ od 31 lat. „Najgorsze jest to, że po korekcie rozkładu jazdy nie będę miała jak dojechać do pracy. Liczę jednak na to, że mój pociąg wróci” – dodaje. Jazda pociągiem jest wygodniejsza niż autobusem, trwa krócej, nie trzeba stać w korkach.

Jedynym minusem Przewozów Regionalnych, o jakim mówią pasażerowie, jest rozkład jazdy. „Jego zmiany zdarzają się nawet co kilka miesięcy. I, niestety, zawsze na gorsze. Z rozkładu znikają połączenia o dogodnych porach” – ubolewa Krzysztof Łabuda z Łomnicy-Zdroju. „To denerwuje i dezorientuje pasażerów. Niektórych zniechęca”.

W październiku ówczesny marszałek Małopolski Marek Sowa likwidację sześciu połączeń tłumaczył ograniczonymi możliwościami finansowymi Województwa Małopolskiego. Dodał do tego wysokie koszty uruchomienia pociągów, niską frekwencję pasażerów przekładającą się na niewystarczające dochody i, w konsekwencji, wzrastający deficyt . Stwierdził, że kursy pociągów mogłyby zostać utrzymane, gdyby dołożyły się do nich samorządy lokalne. Dzięki takiemu rozwiązaniu powróciły na tory zlikwidowane trzy lata temu połączenie Oświęcim-Kraków. „Obowiązkiem województwa jest finansowanie przewozów regionalnych. Nie można więc wymagać pieniędzy od samorządów” – uważa Andrzej Cebula. „Boimy się, że w najbliższych latach na Sądecczyźnie całkowicie znikną połączenia kolejowe”.

O przywrócenie połączeń nadal walczy obywatelski komitet.  Złożył do Urzędu Transportu Kolejowego skargę na działania marszałka. Podkreślił w niej, że połączenia zlikwidowano mimo sprzeciwu społeczeństwa.