Przepis na zniszczenie skarbu

Przepis na zniszczenie skarbu

Na Wiśle może powstać dziewięć dodatkowych zapór. Inwestor twierdzi, że to niezbędne, by wytwarzać prąd i żeglować po rzece na skalę gospodarczą. Organizacje ekologiczne ostrzegają przed igraniem z naturą. Nieregulowana Wisła to jeden z największych skarbów przyrodniczych Polski.

Inżynier budownictwa wodnego Janusz Granatowicz w grupie Energa odpowiedzialny jest za projekt budowy nowego stopnia na Wiśle na wysokości wsi Siarzewo, nieopodal Ciechocinka. Byłaby to konstrukcja podoba do tej, która od czterdziestu lat działa we Włocławku. Powstałby tam też nowy zbiornik wodny. Do końca roku Bydgoska Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska powinna wydać decyzję środowiskową, która jest pierwszym etapem na długiej drodze zdobywania wszelkich pozwoleń. Określa ona ramy, w których inwestycja będzie najmniej szkodliwa dla środowiska.

Inwestycja budzi już opór osób, które nie chcą na Wiśle kolejnej betonowej barykady. Okolice Ciechocinka staną się miejscem starcia dwóch sił: zwolenników i przeciwników budowy.

Według inwestora warta 3,5 mld zł inwestycja ma służyć produkcji prądu, ale również utrzymaniu bezpieczeństwa Włocławka. – „Od 25 lat słyszę, że zapora we Włocławku się rozpada. Jeśliby się tak stało, to ludzie powinni pójść do więzień za to, że dopuścili do takiej sytuacji. Ale oczywiście tak się nie dzieje, bo stopień we Włocławku jest remontowany i nie grozi mu katastrofa” – mówi Jacek Bożek, prezes Klubu Gaja, jednej z najstarszych polskich organizacji ekologicznych. Jego zdaniem argument o katastrofie to wybieg. – „W PRL planowano budowę kanału centralnego, który przerzucałby wodę ze zbiornika we Włocławku przez Łódź z powrotem na ubogi w wodę Śląsk. Nie liczono się z przyrodą. Od tamtej pory dużo się zmieniło, poznaliśmy – za sprawą doświadczeń innych krajów – jak na przyrodę wpływa regulowanie rzek, jak zachowuje się rzeka w ciągu 50 lat działania tamy” – dodaje Bożek. Przykład? Niemcy za ciężkie pieniądze przywracają naturze ogromne odcinki Renu, następuje renaturalizacja rzek, bo ich regulacja wywoływała u naszych sąsiadów ogromne powodzie.

Oprócz tego nieregulowana Wisła to po prostu skarb przyrodniczo-krajobrazowy. Dziki charakter rzeki sprawia, że jest ona siedliskiem tysięcy roślin i zwierząt, wartościowym ekosystemem i korytarzem ekologicznym. W wielu krajach Zachodu, gdzie środowisko naturalne rzek zostało znacznie przekształcone, zazdrości się Polakom naturalnego charakteru Wisły. Tam, po latach prostowania i betonowania koryt rzecznych oraz przegradzania ich tamami, coraz częściej odchodzi się od tego scenariusza, bo korzyści – finansowe, ekologiczne i rekreacyjne – z pozostawienia rzek w stanie zbliżonym do naturalnego są większe niż z inwestycji hydroenergetycznych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Tania praca, niska płaca

Tania praca, niska płaca

Wchodzący w życie z 1 stycznia 2016 r. rządowy program pomocowy „Praca dla młodych” ma blaski i cienie. Na pierwszy rzut oka założenia wyglądają nieźle: firmy, które zatrudnią pracowników poniżej 30. roku życia, będą mogły starać się o refundację części kosztów poniesionych na wynagrodzenia oraz składki na ubezpieczenia społeczne. Po zatrudnianiu ich przez rok na preferencyjnych warunkach, będą musieli przedłużyć umowę o kolejny rok, już z własnych środków. „Bez dodatkowych gwarancji dotyczących celów społecznych, jakie mają być realizowane za pomocą tych środków, powstaje ryzyko, że cały projekt będzie wielkim transferem pieniędzy dla biznesu” – mówi profesor Leokadia Oręziak.

W ramach programu łącznie powstać ma 100 000 nowych miejsc pracy, z czego w 2016 r. ok. 30 000. Skorzystać z nich będą mogły osoby poniżej 30. roku życia. W pierwszej kolejności będę brani pod uwagę absolwenci dopiero wchodzący na rynek pracy. Beneficjentem wsparcia są pracodawcy, którzy będą mogli przez rok korzystać z usług pracownika na preferencyjnych warunkach.

Pracodawca za zatrudnienie młodej osoby będzie otrzymywał przez rok comiesięczny zwrot w wysokości najniższego wynagrodzenia – 1850 brutto, ok. 1360 zł netto. Takie wynagrodzenie za pracę będzie też otrzymywać zatrudniona osoba, nie ma więc mowy o wyższych zarobkach. Przez kolejne 12 miesięcy pracodawca będzie miał obowiązek nadal zatrudniać takiego pracownika, ale już ze swoich środków. Dostanie dostęp do Krajowego Funduszu Szkoleniowego i pieniędzy na podnoszenie kwalifikacji zatrudnionych. Można się jednak spodziewać, że wynagrodzenie młodego pracownika będzie w drugim roku pracy także wynosiło 1360 zł, co pracodawca będzie motywował koniecznością samodzielnego opłacenia składek, które w poprzednim roku opłacano z programu. Młodzi ludzie kierowani są zatem do dwuletniej pracy za bardzo niewielkie pieniądze.

W ustawie zawarte jest zabezpieczenie polegające na wyeliminowaniu pracodawców, którzy w ciągu 6 miesięcy wstecz od złożenia wniosku zredukowali etaty. Zatem pracodawca, który najpierw zwolni pracownika, a potem będzie starał się o ponowne zatrudnienie w ramach programu, straci prawo do refundacji kosztów. To plus programu – taki zapis ma chronić rynek pracy przed „innowacyjnymi” pomysłami właścicieli firm, którzy mogliby zwolnić „starych” pracowników, by zatrudnić nowych na dofinansowaniu.

Łącznie na program mają być przeznaczone 3 miliardy złotych. Rząd ocenił, że w 2016 r. możliwe jest sfinansowanie wydatków na refundację w kwocie nieprzekraczającej 700 milionów złotych, a w kolejnych latach do 1 mld 50 mln zł. Środki na wsparcie młodych na rynku pracy zostaną rozdzielone pomiędzy poszczególne województwa. Wysokość kwoty, jaka przypadnie na konkretny PUP, będzie zależała m.in. od liczby zarejestrowanych bezrobotnych na 30 września 2015 r.

Prof. Leokadia Oręziak ocenia program: „Młodym na rynku pracy po prostu trzeba pomóc, lepszy więc taki projekt niż żaden. „Praca dla młodych” może częściowo złagodzić problem wchodzenia na rynek pracy absolwentów i da choć części z nich stabilne zatrudnienie. To kropla w morzu, ale konieczna. Gdyby miało się okazać, że przedsiębiorcy wolą zwalniać dotychczasowych pracowników i pracownice, by na ich miejsce zatrudnić tych objętych rządowymi dopłatami do płacy i kosztów pracy – to tylko pokazałoby, jak instrumentalnie traktujemy dziś w Polsce pracowników i jak daleko posunięte są patologie naszego rynku. Trzeba też lepiej określić, kto ma być odbiorcą pomocy z Funduszu Pracy – małe i średnie firmy czy duże korporacje? Tylko płacący podatki w Polsce czy wszyscy? Bez dodatkowych gwarancji dotyczących celów społecznych, jakie mają być realizowane za pomocą tych środków, powstaje ryzyko, że cały projekt będzie wielkim transferem pieniędzy dla biznesu. Największą barierą rozwoju Polski są dziś standardy pracy. Młodym ludziom oferuje się pracę nieoskładkowaną, nisko płatną i niedającą stabilności – a przez niski udział płac i podatków w PKB także niekorzystną dla całości systemu. A przecież pieniądze, które biorą się z dobrej pracy, i tak trafią z powrotem na rynek. Stabilność przyniesie więcej dobrego niż dalsze dopłaty i obniżki kosztów dla przedsiębiorców, choć ci nigdy przecież nie przestaną się ich domagać”.

Małe i zapomniane

Małe i zapomniane

Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła stan budynków, zbiorów oraz sposób zarządzania muzeami samorządowymi. Wyniki są druzgocące: kontrolerzy wytykają samorządom m.in. złe ewidencjonowanie i zabezpieczenie muzealiów, a także brak planów ewakuacji w przypadku pożaru. Izba sugeruje konieczność pomocy finansowej ze strony Ministerstwa Kultury. Na sprawy kultury w samorządach od początku ich działalności wydawane są najmniejsze środki – zostaje na nią 1-2% budżetu, jest w ogonie wszelkich wydatków.

NIK zdecydowała o kontroli muzeów samorządowych po pierwszym etapie, jakim były kontrole doraźne, dotyczące ochrony i stanu zbiorów placówek państwowych. Zrealizowano je w III i IV kwartale 2014 r. w 22 jednostkach. Było to 11 muzeów oraz 11 samorządów, które są organizatorami tych muzeów. Badanie dotyczyło lat 2012-2014.
„Nieprawidłowości spotkaliśmy we wszystkich skontrolowanych muzeach. Nie znalazło się chociażby jedno muzeum, które pod każdym względem uzyskałoby pozytywną ocenę” – podkreśla Mirosław Woźniak z kieleckiej delegatury NIK. „Negatywnie oceniamy ewidencjonowanie zbiorów i zabezpieczenie obiektów, dbałość o ich stan, również z punktu widzenia prawa budowlanego, a także prowadzenie bieżącej działalności muzeów”.

NIK stwierdza, że w dziesięciu muzeach ewidencjonowano zabytki niezgodnie z przepisami odpowiedniego rozporządzenia. W dziewięciu placówkach nieprawidłowo przeprowadzono inwentaryzację zbiorów. Większość muzeów nie przestrzegało przepisów rozporządzenia w sprawie przenoszenia muzealiów w przypadku udostępnianiu muzealiów poza teren muzeum. „To bardzo ważne, bo muzealia nieskatalogowane mogą być wywiezione z muzeum i sprzedane bez żadnej kontroli” – zaznacza NIK.

Skontrolowane muzea były nieprawidłowo zabezpieczone przed pożarem, części zabytków zgromadzonych w magazynach nie zapewniono właściwego stanu ich zachowania i bezpieczeństwa. W przypadku blisko połowy muzeów nie opracowano planu ochrony muzeum oraz nie opracowano bądź nie aktualizowano planu ewakuacji zbiorów.

Chociaż w latach 2012-2014 zwiększyły się wydatki budżetowe na muzea (z 52,7 do 53,2 mln zł), zmniejszył się udział tych wydatków w ogólnych budżetach tych samorządów (z 6,8 proc. do 5,8 proc.).

Jak zauważa Piotr Szpanowski z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ponad 80% muzeów w Polsce to muzea publiczne, z czego ok. 80% to placówki samorządowe. „Minister kultury ma tylko ogólny nadzór nad muzeami w Polsce. Nadzorowanie muzeów samorządowych różnych szczebli jest zadaniem przerastającym możliwości samego ministra, dlatego raport NIK jest bardzo cenny. Jeżeli organizatorzy samorządowi mają problem z fizycznym zabezpieczeniem muzeów, Narodowy Instytut Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów jest naturalnym ich sprzymierzeńcem i partnerem” – wyjaśnia. Na sprawy kultury w samorządach od początku ich działalności wydawane są najmniejsze środki – zostaje na nią 1-2% budżetu, jest w ogonie wszelkich wydatków.

Komunalne gorsze?

Komunalne gorsze?

Jak podaje GUS, w pierwszych trzech kwartałach 2015r. oddano do użytku 101420 mieszkań, tj. o 1278 lokali (1,3 proc.) więcej niż rok wcześniej. Niestety, po przeanalizowaniu rozkładu charakteru tych lokali okazuje się, że wzrost dotyczy tylko nowych mieszkań budowanych na sprzedaż lub wynajem na rynku prywatnym. Mieszkań komunalnych, czynszowych i spółdzielczych oddano za to do użytku mniej niż przed rokiem.

Jak wynika z kwartalnego zestawienia Głównego Urzędu Statystycznego „Budownictwo mieszkaniowe I-III kwartał 2015 r.”, spadek liczby mieszkań w stosunku do pierwszych trzech kwartałów 2014 r. nastąpił w budownictwie spółdzielczym – o 1349 mieszkań, komunalnym – o 567 mieszkań oraz społecznym czynszowym – o 393 mieszkania.

Według GUS w strukturze mieszkań oddanych do użytku zwiększył się udział mieszkań realizowanych w budownictwie indywidualnym (o 1,7 proc.) oraz przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem (o 0,6 proc.). Zmniejszył się udział budownictwa spółdzielczego (o 1,3 proc.), komunalnego (o 0,6 proc.) i społecznego czynszowego (o 0,4 proc.). Udział budownictwa zakładowego pozostał na poziomie 0,3 proc.

Przeciętny czas trwania budowy nowych budynków innych niż indywidualne wyniósł 22,3 miesiąca (wobec 24,9 miesiąca przed rokiem) – podaje urząd. Skrócił się on w budownictwie komunalnym – do 17,6 miesiąca (o 5,3 miesiąca), społecznym czynszowym – do 16,3 miesiąca (o 4,1 miesiąca) oraz przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem – do 22,4 miesiąca (o 2,6 miesiąca).