Tani dach nad głową?

Tani dach nad głową?

Rząd rusza z programem budowy tanich mieszkań na wynajem. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa chce wykorzystać do tego programu państwowe grunty, należące m.in. do PKP i poczty. Właśnie zaczęły się ich inwentaryzacje.

Minister infrastruktury Kazimierz Smoliński mówi, że grunty zostaną uzbrojone ze środków unijnych. Potem powstaną na nich przyjazne niezamożnym lokatorom mieszkania. Koszt budowy ma wynosić tylko 2-3 tysiące zł za metr kwadratowy. Potem chętni będą mogli je tanio wynająć, a część płaconego przez nich czynszu będzie zapisywana na poczet przyszłego wykupu. „Jeżeli ktoś przestanie płacić, może uzyskać zwrot wpłaconych pieniędzy” – dodaje minister.

W wywiadzie udzielonym radiostacji RFM FM minister mówi: „Ludzie niezamożni, których nie stać na kupno, nie stać na wzięcie kredytu w banku, mają ogromny problem. Tu jest największe wyzwanie przez państwem, by zapewnić mieszkania osobom, które nie są w stanie sobie z tym poradzić (…) Wystarczy, że bezpłatnie przeznaczymy na to grunty od Skarbu Państwa. W tej chwili robimy kwerendę w ministerstwach, ile tych gruntów Skarbu Państwa jest, które mogłyby być przeznaczone na budownictwo. To są grunty agencji, to są grunty PKP, poczty, agencje wojskowe mają grunty. (…) Przy tak niskim koszcie budowy uzyskamy niski czynsz, często poniżej kosztu rynkowego. Dołóżmy do tego jeszcze dodatki mieszkaniowe dla niektórych, jak na zachodzie. U nas te dodatki są symboliczne, będą więc musiały ulec zwiększeniu. To wszystko współgra z programem 500 złotych na dziecko. To jest 17 miliardów złotych, które w tym roku wpłynie do polskich gospodarstw domowych, w przyszłym roku to już będzie ponad 20 miliardów. Znaczna część tej kwoty będzie przeznaczana na zapłatę czynszu. To też nam pomoże w tym systemie tanich mieszkań”.

Program ma ruszyć w 2017 r., ale już do połowy bieżącego roku ministerstwo chce mieć gotowy plan i budżet.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Skrócić drabinę

Skrócić drabinę

Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy, ostro wypowiada się o dysproporcjach pomiędzy zarobkami szeregowych pracowników i kierowników oraz akcjonariuszy. Jego zdaniem należy zakazać wypłacania dywidend, jeśli personel danej firmy nie otrzymuje wynagrodzeń pozwalających na przeżycie.

„Pozwalająca na przeżycie pensja” (ang. living wage) to nie to samo, co pensja minimalna. Zgodnie z najprostszą definicją, jest to wynagrodzenie pozwalające pracownikowi na zapewnienie sobie podstawowych dóbr – jedzenia i dachu nad głową, potrzebnych, by „móc wieść życie na akceptowalnym poziomie” (wyjaśnienie podajemy za słownikiem Merriam Webster).

Lider laburzystów chce, by szefowie firm mieli zakaz wręczania inwestorom „oficjalnych zwrotów” w postaci dywidend, jeżeli, aby osiągnąć zysk, muszą polegać na taniej sile roboczej. Mówi: „Tylko pracodawcy, którzy mają zyski, będą wypłacali dywidendy. Jeśli jednak, by te zyski osiągnąć, opierają się na taniej pracy, myślę, że pojawia się tutaj pytanie, czy to model biznesowy, na którego istnienie powinniśmy przymykać oko”.

Proponuje także, by ustalić współczynnik rozdźwięku, jaki może występować pomiędzy wynagrodzeniami za pracę wykonywaną na najwyższych i najniższych stanowiskach w tej samej firmie. Dzięki temu pensje szefów nie mogłyby przekroczyć ustalonego limitu.

Do wygłoszenia przemówienia na temat drastycznych różnic w zarobkach pomiędzy „dołem” a „górą” skłoniły Corbyna wyniki badań, które ujawniły, że najlepiej opłacani pracownicy Wielkiej Brytanii zarobili przeciętną pensję roczną pomiędzy 1 a 5 stycznia 2016 roku.

Inspektor nie puka dwa razy

Inspektor nie puka dwa razy

Czeka nas zmiana na lepsze, jeśli chodzi o nadzór nad warunkami zatrudnienia: inspektorzy pracy będą wreszcie mogli kontrolować firmy „na legitymację”, czyli bez siedmiodniowego uprzedzenia. Kontrole PIP bez zapowiedzi zdecydowanie zwiększą skuteczność działań inspekcji pracy.

Jak pisze portal wyborcza.biz, w piątek szefowa PIP Iwona Hickiewicz podpisała pismo, z którego wynika, że zmianie ulegnie dotychczasowa interpretacja przepisów obowiązująca w inspekcji pracy. Do tej pory inspektorzy wchodzący do firm na kontrolę musieli z siedmiodniowym wyprzedzeniem.informować przedsiębiorcę o zamiarze jej wszczęcia.

Nie jest to pomysł nowy. Już we wrześniu 2015 r., składając w sejmie sprawozdanie z działania inspekcji za rok 2014, Hickiewicz mówiła o konieczności wprowadzenia niezapowiedzianych kontroli. Według niej radykalnie zwiększyłoby to ich skuteczność.

Inspektorzy pracy przeprowadzili w 2014 r. 90,1 tys. kontroli u ponad 72,7 tys. pracodawców i innych podmiotów, na rzecz których pracę świadczyło 3,7 osób. Dopatrzyli się aż 91,8 tys. wykroczeń przeciwko prawom pracowników i odzyskali na rzecz prawie 83 tys. pracowników niewypłacone wynagrodzenia i inne świadczenia ze stosunku pracy na kwotę 105,5 mln zł. Strach pomyśleć, jaka byłaby skala wykrytych wykroczeń oraz szkód, gdyby kontrole nie były przeprowadzane po wcześniejszej zapowiedzi.

Inspektorzy pracy od dawna wskazywali, że zapowiadanie kontroli umożliwia nieuczciwym przedsiębiorcom tuszowanie naruszeń prawa i sprawia, że ich praca staje się nieskuteczna. Skąd jednak wziął się obowiązek wysyłania zawiadomień? W całej Europie inspektorzy pracy wchodzą na kontrole do firm bez uprzedzenia. Kierują się przy tym konwencją nr 81 Międzynarodowej Organizacji Pracy, czyli prawem międzynarodowym, które nadaje im uprawnienie do przeprowadzania kontroli w dowolnym terminie i czasie. W Polsce panowało jednak zamieszanie, bo część przedsiębiorców chcących uniknąć kontroli powołuje się na ustawę o swobodzie działalności gospodarczej, która ogranicza czas i liczbę kontroli w podmiotach.

Konwencję stosowano też zbyt literalnie: w odniesieniu do sklepów i punktów handlowych, a z wyłączeniem zakładów usługowych. Tym samym np. pracownik magla, który zgłosił do PIP problem związany z czasem lub warunkami pracy, mógł czekać na inspektora w nieskończoność, bo kontrola musiała się najpierw zapowiedzieć, a jego pracodawca mógł nie odebrać listu.

Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP od wielu lat apelowało, aby wzorem całej Europy kierować się prawem międzynarodowym, które ma prymat nad ustawami krajowymi. Ostatecznie udało się. Danuta Rutkowska, rzeczniczka PIP, mówi: „Przyjęliśmy, zgodnie ze stanowiskiem rządu, że konwencja nr 81 MOP ma zastosowanie do wszystkich przedsiębiorców objętych zakresem działania PIP. Inspektor pracy nie będzie więc musiał stosować niektórych przepisów ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, m.in. zawiadamiać o zamiarze wszczęcia kontroli. Ma to na celu zwiększenie skuteczności działania PIP”.

Azja na polskich półkach?

Azja na polskich półkach?

Właściciel Biedronki chce wybudować w Polsce fabrykę gotowych dań i założyć firmę, która ma sprowadzać żywność z Azji. „Nie jest to dobry kierunek. To my chcielibyśmy być eksporterem żywności do Chin, a nie odwrotnie” – mówi szef Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Według informacji portalu money.pl, spółka, do której należy sieć Biedronka ogłosiła niedawno, że zakłada firmę Asia Style. Firma o nowym biznesie rozmawiać nie chce, wiadomo więc tylko tyle, ile ujawniła we wniosku do UOKiK: Asia Style to wspólne przedsięwzięcie Jeronimo Martins (właściciela Biedronki) oraz firmy Vershold z Hongkongu.

Ta druga spółka specjalizuje się w imporcie do Europy produktów z Chin. Jej wiceprezesem jest Juan Giralt – były szef portugalskiej firmy Jeronimo Martins Distribuicao, jednej ze spółek właściciela Biedronki. Na swojej stronie firma chwali się, że dla sieci handlowych z kilku krajów europejskich oraz USA i Brazylii sprowadza towary wyprodukowane w Chinach, Wietnamie czy Indiach. Vershold na zlecenie dyskontu sprowadza z Azji głównie różnego rodzaju tani sprzęt elektroniczny: sokowirówki, żarówki, zegarki, szczoteczki do zębów czy też narzędzia.

„Możemy potwierdzić, że rozważamy zawiązanie spółki joint venture z Jeronimo Martins Polska, która wybuduje fabrykę świeżych posiłków” – mówi Juan Giralt. Firma czeka na zgodę UOKiK, gdyż musi jako lider rynku zgłaszać tam swoje nowe plany biznesowe. „Przedmiotem działalności będzie świadczenie usług sprzedaży hurtowej oraz obsługi importu produktów oraz półproduktów spożywczych, jak również produkcja azjatyckich dań gotowych oraz ich dystrybucja” – czytamy w piśmie do instytucji. Z danych Polskiej Klasyfikacji Działalności wynika, że Asia Style ma się przede wszystkim zajmować „produkcją pozostałych artykułów spożywczych, gdzie indziej niesklasyfikowanych”, ale także produkcją napojów oraz transportem morskim, kolejowym, drogowym. Spółkę zarejestrowano w Warszawie w październiku zeszłego roku.

Andrzej Gantner, szef Polskiej Federacji Producentów Żywności, jest sceptyczny wobec nowego pomysłu Biedronki. „Nie jest to dobry kierunek. To my chcielibyśmy być eksporterem żywności do Chin, a nie odwrotnie” – mówi.

Już obecnie jednak sprzedawane w Polsce produkty żywnościowe wcale nie muszą pochodzić z naszego kraju. „Jeśli ktoś myśli, że fasola, groszek czy pomidory w puszkach pochodzą od polskich rolników, a w najgorszym przypadku europejskich, to jest w błędzie. Większość sprowadzamy z Azji” – twierdzi Leszek Ślazyk, który jest doradcą polskich firm w kontaktach z chińskim biznesem. Według danych GUS, w 2014 r. sprowadziliśmy z Chin pomidory w puszkach za 86 mln zł, przy ogólnym imporcie na poziomie 300 mln zł. Ślazyk twierdzi, że polscy dostawcy żywności do Biedronki mają się czego obawiać. „Chodzi o wyeliminowanie poddostawców i zaoszczędzenie” – przekonuje.