Płaćmy w kraju

Płaćmy w kraju

Przedsiębiorcy, którzy zaczęli prowadzić działalność gospodarczą za granicą, by płacić mniejsze składki na ubezpieczenia społeczne, muszą liczyć się z tym, że ZUS zgłosi się po zaległości – nawet do pięciu lat wstecz.

Według informacji „Rzeczpospolitej”, Sąd Najwyższy orzekł, że ZUS może sprawdzać takie firmy i jeśli uzna, że ich zagraniczna działalność jest fikcyjna, egzekwować zapłatę składek. Jako przykład może posłużyć historia przedsiębiorcy, który kilka lat temu zgłosił, że pracuje w Anglii i że tam zamierza opłacać składki. ZUS wszczął postępowanie sprawdzające i zażądał dowodów na przejazdy do Londynu oraz na wynajęcie tam mieszkania. Okazało się, że firmy, w których pracował Polak, są fikcyjne. Ubezpieczyciel postanowił wyegzekwować zaległe wpłaty. Nie pomogło odwołanie się do Sądu Najwyższego – ten przyznał rację egzekwującemu.

ZUS może więc sprawdzać tych, którzy fikcyjnie „zatrudnili się” bądź zarejestrowali firmę poza granicami kraju. Jest to proceder nienowy, a korzystają na nim głównie pośrednicy, którzy pomagają Polakom zawierać umowy na Litwie, w Czechach czy w Anglii.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Uczelnie pod wozem?

Uczelnie pod wozem?

Związkowcy alarmują, że rząd przeznaczy na szkolnictwo wyższe o ok. 229 mln zł mniej niż w poprzednim roku. Oznacza to, że rektorzy mogą odbić sobie straty, obniżając pracownikom płace.

Jak informuje portal gazetaprawna.pl, po trzech latach kolejnych podwyżek dla pracowników publicznych szkół wyższych, ich wynagrodzenia mogą zmaleć. W latach 2013–2015 poprzedni rząd przeznaczył ok. 5,8 mld zł na wzrost pensji akademików. Mimo że pula pieniędzy na dotację podstawową dla uczelni ma być powiększona o podwyżki, które były przyznawane w latach ubiegłych, to rektorzy nie są zobowiązani przeznaczać ich na utrzymanie wyższych płac. Łączna suma środków na szkolnictwo wyższe w 2016 r. zaś topnieje, mogą więc obcinać pensje pracownikom. „Obawiamy się, że uczelnie będą mogły starać się właśnie w ten sposób rekompensować straty” – mówi Bogusław Dołęga, przewodniczący Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność”.

Łączne wydatki na szkolnictwo wyższe zaplanowane na 2016 r. stanowią 15,78 mld zł i są niższe o 229,6 mln zł, tj. o 1,4 proc., od wydatków przewidzianych na ten cel w ustawie budżetowej na rok 2015.

Fundusz płac może być pierwszym miejscem, w którym rektorzy będą próbowali szukać oszczędności. „Główny kłopot polega na tym, że część uczelni przyznawała pieniądze na wzrost wynagrodzeń w formie dodatków do pensji, a nie podwyższała podstawy wynagrodzenia. Oznacza to, że teraz wystarczy jedynie zrezygnować z wypłaty dodatków” – mówi Janusz Rak, prezes Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Katarzyna Zawada z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego uspokaja: „Możemy rozwiać obawy związków zawodowych. Zgodnie z art. 93 ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym wydatki budżetu państwa planowane na finansowanie działalności uczelni publicznych są corocznie waloryzowane. Dodatkowo w dotacji podstawowej zostaną także uwzględnione skutki podwyżek przekazanych przez MNiSW na zwiększenie wynagrodzeń pracowników uczelni publicznych w latach 2013–2015, analogicznie jak były uwzględniane przy określaniu dotacji podstawowych w latach 2014 i 2015”.

Nie oznacza to jednak, że w niektórych uczelniach dotacja nie będzie mniejsza. Kwota ta, ustalona dla poszczególnych placówek na 2016 r., będzie wynikała bowiem z algorytmicznego podziału. „Oznacza to, że w wyniku tego podziału część uczelni może otrzymać dotację podstawową na poziomie wyższym, a część na poziomie niższym niż ubiegłoroczny” – dodaje Katarzyna Zawada.

Związkowcy nie są przekonani do prawdziwości jej słów. Janusz Rak mówi, że w latach 2013-2015 pieniądze na podwyżki dla akademików były asygnowane z rezerwy celowej, która mogła być wydana tylko na wzrost płac. W tym roku szkoły wyższe otrzymują je w ramach dotacji, a w tej nie jest wskazane, jaka pula środków ma trafić na utrzymanie wyższych pensji przyznanych w latach ubiegłych. „Nie byłoby problemu, gdyby poprzedni rząd nie pozostawiał tylko do decyzji uczelni, w jaki sposób będzie przyznawała podwyżki. Związkowcy apelowali wówczas, aby rektorzy byli zobowiązani zawierać porozumienia w tej sprawie z przedstawicielami pracowników. Tak się jednak nie stało” – dodaje.

Kilof zamiast dzieciństwa

Kilof zamiast dzieciństwa

Do produkcji baterii do smartfonów oraz innych nowoczesnych urządzeń elektronicznych potrzebny jest kobalt. Ten zaś często wydobywany jest w afrykańskich kopalniach, które zatrudniają dzieci. Istnieją podejrzenia, że Apple, Microsoft, Samsung i inni korzystają z usług firm stosujących wątpliwe moralnie metody.

Jak pisze portal csr.forbes.pl, Amnesty International oraz African Resources Watch opracowały wspólny raport, z którego wynika, że w kopalniach Demokratycznej Republiki Konga przy wydobyciu kobaltu pracują nawet siedmioletnie dzieci, często po 12 godzin dziennie. Według organizacji Unicef w 2012 roku w tym kraju pracowało 40 tys. dzieci, z czego wiele w kopalnictwie. Jak informują w raporcie obie organizacje, chińska firma Huayou Cobalt kontrolująca w tym kraju główne kopalnie kobaltu sprzedaje surowiec producentom baterii bezpośrednio powiązanym z 16 dużymi międzynarodowymi markami, takim jak Apple, Microsoft, Samsung, Sony czy Vodafone. A to właśnie te kopalnie są szczególnie znane z zatrudniania dzieci, płacenia pracownikom głodowej stawki i niedbania o podstawowe wymogi bezpieczeństwa.

Kobalt staje się coraz bardziej pożądanym minerałem – używa się go głównie do produkcji litowych baterii do smartfonów. Rynek jego wydobycia jest jednak w Afryce zupełnie nieregulowany. Demokratyczna Republika Konga wielokrotnie była krytykowana za przyzwolenie na zatrudnianie w kopalniach dzieci oraz panujące w nich fatalne warunki pracy. Spółki nie przeprowadzają żadnych kontroli w kopalniach, udając, że nie widzą problemu.

Kryterium niesprawiedliwości

Kryterium niesprawiedliwości

Kryterium dochodowe stosowane w programie 500+ zaprzecza powszechności tego rozwiązania, twierdzi „Solidarność”. Związek nie zgadza się na ograniczenie wsparcia na pierwsze dziecko wśród rodzin najmniej zamożnych przy jednoczesnym wsparciu dzieci w rodzinach najzamożniejszych.

Związek zawodowy wskazuje w swej opinii na temat rządowego programu, że tylko 31 proc. rodzin otrzyma pieniądze na pierwsze dziecko. Prezydium NSZZ „Solidarność” wydało kilka dni temu stanowisko, w którym podkreślono, że związek popiera główny cel programu 500+, ale uważa, że „zaproponowane rozwiązania mogą mieć mocno ograniczone efekty, a zdefiniowane cele mogą być trudne do osiągnięcia”.

Związek pisze: „Ustanowienie kryteriów dochodowych uprawniających do świadczenia na pierwsze dziecko zaprzecza uznaniu tych rozwiązań za powszechne. Projektodawca w uzasadnieniu wykazuje, że przy kryterium określonym na poziomie 800 zł na członka rodziny (1200 zł, gdy w rodzinie jest dziecko niepełnosprawne) jedynie 31 proc. wszystkich rodzin otrzyma świadczenie na pierwsze dziecko”.

„Solidarność” zwraca także uwagę, iż ustalona kwota uprawniająca do świadczenia jest niższa niż minimum socjalne dla rodzin z jednym dzieckiem, które wynosi ok. 880 zł lub 935 zł (w zależności od wieku dziecka), a to – jak napisano w opinii – oznacza brak wsparcia dla rodzin z jednym dzieckiem o dochodach poniżej minimum socjalnego, czyli żyjących na granicy ubóstwa. W takiej samej sytuacji znajdą się samotni rodzice, których dochody przekraczają nieznacznie wartość wynagrodzenia minimalnego. Związek napisał w swoim stanowisku, że nie zgadza się na ograniczenie wsparcia na pierwsze dziecko wśród rodzin najmniej zamożnych przy jednoczesnym wsparciu dzieci w rodzinach najzamożniejszych.

Program „Rodzina 500 plus” ma zacząć działać od 1 kwietnia. Zakłada on przekazywanie nieopodatkowanych 500 zł na każde drugie i kolejne dziecko w rodzinie, bez dodatkowych warunków. Rodziny o niskich dochodach otrzymać mają wsparcie także na pierwsze dziecko.