Zapłacą jak należy?

Zapłacą jak należy?

Sieć sklepów Ikea podnosi stawkę godzinową do 15 zł, czyli do poziomu postulowanego przez związki zawodowe.

Decyzja zapadła w ubiegłym roku, w życie weszła natomiast w styczniu 2016. Co ciekawsze, koncern nie stosuje umów cywilnoprawnych, a więc stawkę tę będą otrzymywali pracownicy zatrudnieni na etatach. Kwota 15 zł za godzinę oznacza, że osoba pracująca w 40-godzinnym wymiarze czasu pracy zarobi minimum 2,4 tys. zł brutto. To więcej niż pensja minimalna, bo ta wynosi od początku 2016 r. 1850 zł brutto.

15 zł na godzinę to więcej niż nowy projekt rządowy, zakładający opłacanie pracowników kwotą 12 zł za 60 minut pracy. Z dobrej wiadomości na temat Ikei cieszy się na łamach serwisu trybuna.eu Jan Guz, przewodniczący OPZZ: „Ikea wprowadza w życie postulat OPZZ! Od 1 stycznia wszyscy pracownicy sklepów zarabiają minimum 15 zł na godzinę. Okazuje się, że można!”.

Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej środowiska lewicowe i związkowcy, m.in. z OPZZ proponowali stawki minimalne na poziomie 12 zł dla pracowników etatowych i 15 zł dla tych na umowach cywilnoprawnych. „Proponujemy wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej wysokości 12 zł dla umów etatowych – w wymiarze miesięcznym byłoby to około 2 tys. zł, czyli 50 proc. średniego wynagrodzenia. Natomiast minimalna stawka godzinowa dla umów cywilnoprawnych powinna wynosić przynajmniej 15 zł brutto” – mówił jesienią Jan Guz.

Koncern meblowy ma niestety także na sumieniu ciemne sprawki. W 2011 r. wyszło na jaw, że firma unika płacenia znacznej części należnych podatków, gdyż rozlicza się za pośrednictwem specjalnej fundacji, działającej na terenie Liechtensteinu. Trzy lata później pękła kolejna bomba: tym razem Ikea była wymienia w jednym rzędzie z innymi koncernami, które dzięki tajemniczym spółkom-córkom założonym w Luksemburgu unikały odprowadzania podatków w Europie. Sprawą zajęła się Komisja Europejska.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Oświadczenie Stowarzyszenia „Obywatele Obywatelom” w sprawie wydania książki „Dekada ajentów”

Oświadczenie Stowarzyszenia „Obywatele Obywatelom” w sprawie wydania książki „Dekada ajentów”

Drodzy Darczyńcy i Czytelnicy/Czytelniczki!

Z przykrością informujemy, że Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” nie będzie wydawcą książki Joanny Jurkiewicz „Dekada ajentów”. Decyzję tę podjęła Autorka, a my przyjęliśmy ją ze zrozumieniem.

Po zakończeniu kampanii Autorka prowadziła dalsze badania do książki i intensywnie pracowała nad „Dekadą ajentów” po to, by tekst w momencie wydania był możliwie najbardziej aktualny. Za sprawą członków Stowarzyszenia i korektora spoza organizacji, pracujących społecznie, książka przeszła pełny cykl redakcyjny i kilka etapów korekty. Miała gotową okładkę, pozostał tylko skład, który również nieodpłatnie mieli wykonać fachowcy związani ze stowarzyszeniem. Treść książki została poddana ekspertyzom prawnym, które miały na celu zabezpieczenie Autorki i Stowarzyszenia przed ewentualnymi roszczeniami. Ostatnia, rozstrzygająca ekspertyza była w toku w momencie podjęcia decyzji przez Autorkę.

Wszystkie nagrody, które stowarzyszenie przekazało Darczyńcom w podziękowaniu za wpłaty na książkę, opłacając koszty produkcji i przesyłki z naszych skromnych środków, nie podlegają oczywiście zwrotowi. Prosimy, by potraktować je jako zadośćuczynienie za to, że nie wywiązaliśmy się ze złożonej wspólnie z Autorką obietnicy dostarczenia książki.

Zwroty wpłat zostaną dokonane po przesłaniu niezbędnych informacji (imię, nazwisko, nr rachunku bankowego, nazwa banku) na adres dekadaajentow@soo.org.pl. Dziękujemy wszystkim Darczyńcom, którzy takie informacje już przesłali.

Ubolewamy, że inicjatywa wydania książki przez nasze stowarzyszenie zakończyła się niepowodzeniem. Bardzo prosimy o przyjęcie podziękowań za Wasze zaangażowanie w akcję oraz przeprosin, że nie przyniosło ono spodziewanych owoców.

Nie wiemy, jakie będą dalsze losy „Dekady ajentów” i czy kiedykolwiek zostanie ona opublikowana. Liczymy jednak na to i nadal popieramy projekt wydania tej książki.

Z wyrazami szacunku,

Zarząd Stowarzyszenia
„Obywatele Obywatelom”

Polska – Słowacja, zła komunikacja

Polska – Słowacja, zła komunikacja

Rusza nowa kampania społeczna na rzecz przełamania problemów komunikacyjnych polsko-słowackiego pogranicza. Poza nielicznymi wyjątkami, obecnie z Polski na Słowację nie da się dojechać inaczej, niż własnym samochodem. Przez polsko-słowackie przejścia kolejowe nie jeżdżą już żadne pociągi pasażerskie, a lokalnych transgranicznych połączeń autobusowych jest zaledwie kilka.

Chce to zmienić portal „Port Europa”, który postanowił zainicjować kampanię społeczną pod nazwą „Polska – Słowacja”. Dlaczego niemal nic z Polski na Słowację nie jeździ? Połączeń kolejowych nie ma ze względu na fatalny stan torów po polskiej stronie – jedynym sposobem na zmianę tej sytuacji jest realizacja dawno potrzebnej inwestycji w magistralę kolejową Kraków – Podłęże – Piekiełko z odgałęzieniem na Muszynę i Zakopane. Z autobusami sprawa jest bardziej złożona. Mamy do czynienia z klasycznym błędnym kołem: skoro nie ma jak dojechać, to ludzie nie podejmują pracy czy nauki po drugiej stronie granicy, co w warunkach UE bez granic jest na pozostałych pograniczach rzeczą naturalną. Nie ma autobusów – więc nikt nie jeździ. Nikt nie jeździ – więc nie ma popytu na uruchomienie takich przewozów.

Jak informuje portal, polscy przewoźnicy busowi z Zakopanego i okolic przyznają, że klienci często pytają o możliwość zawiezienia ich do basenu w Orawicach, nad Jezioro Orawskie czy w słowackie Tatry Wysokie. Mimo dużego popytu, polski przewoźnik nie może jednak ich tam zawieźć – bo to już inny kraj, choć unijny. Uruchomienie regularnej linii autobusowej do przygranicznych słowackich miejscowości wiąże się natomiast z niemiłosierną biurokracją. Prawo nie rozróżnia, czy jest to linia Warszawa – Paryż czy lokalna, choć formalnie międzynarodowa linia busowa z Zakopanego do położonego kilka kilometrów od granicy kurortu Orawice. Jedna i druga formalnie jest taką samą linią międzynarodową, a jej uruchomienie wiąże się z takimi samymi uciążliwościami biurokratycznej natury.

W tej sytuacji praktycznym rozwiązaniem wydaje się dojazd polskim busem do miejscowości przygranicznej, przejście pieszo na drugą stronę i skorzystanie tam ze słowackiego lokalnego autobusu. W ten sposób Polacy już od lat podróżują nie tylko do przygranicznych miejscowości, ale także do Bratysławy, Koszyc, czy nawet na Węgry lub do Wiednia. Podróż wygląda następująco: należy dostać się do Zakopanego, następnie wsiąść w busa jadącego do Morskiego Oka i wysiąść na Łysej Polanie, przejść trzysta metrów na słowacką stronę i tam wsiąść w słowacki autobus jadący do Popradu – gdzie można już się przesiąść na dalekobieżny autobus czy pociąg choćby do Bratysławy (a stamtąd do Wiednia, Budapesztu), Pragi, Koszyc lub Bańskiej Bystrzycy.

I tu pojawia się problem – chociaż rozkłady jazdy polskich i słowackich autobusów lokalnych powstają w porozumieniu z władzami publicznymi (na Słowacji na poziomie Krajów Samorządowych, w Polsce – powiatów), nikt ich nie koordynuje. Można więc przyjechać do miejscowości przygranicznej – i czekać aż dwie, trzy godziny na słowacki autobus. Albo odwrotny przykład: poza sezonem, w okresie jesiennym, kiedy autobusy kursują rzadko, ostatni słowacki autobus powrotny przyjeżdża na Łysą Polanę jakieś 40 minut po odjeździe ostatniego polskiego busa. Jeżeli spóźnimy się na autobus odjeżdżający z Tatrzańskiej Łomnicy około godziny 16, następny jest dopiero około 19 – i zostajemy w nocy na pustej i zimnej Łysej Polanie, skąd możemy co najwyżej próbować złapać stopa lub przemaszerować 20 km pieszo do Zakopanego.

Co proponuje nowa inicjatywa? Po pierwsze: polskie i słowackie organy samorządu terytorialnego, w gestii których jest ustalanie rozkładów jazdy na dotowane lokalne linie autobusowe, powinny koordynować między sobą rozkłady jazdy. Tak aby można było dojechać do granicy, przejść na drugą stronę – i za kilkanaście minut pojechać dalej. I po drugie, najważniejsze: postuluje, aby rząd Rzeczpospolitej Polskiej zawarł z Republiką Słowacką umowę międzynarodową, na mocy której krajowi przewoźnicy mogliby wykonywać przewozy traktowane jako przewozy krajowe nie tylko na obszarze swojego kraju, ale także do 5 – 10 lub 15 km w głąb sąsiedniego kraju. Albo do pierwszej najbliższej większej miejscowości, szczegółowo wyznaczonej w umowie. I co w tym wszystkim najważniejsze, aby ta zasada dotyczyła także lokalnych przewozów użyteczności publicznej, dotowanych przez samorządy (powiat, kraj samorządowy), które powinny kończyć się nie w ostatniej miejscowości w danym kraju (jak to jest dzisiaj), ale w pierwszej miejscowości kraju sąsiedniego.

W najbliższych dniach organizatorzy kampanii wyślą małopolskim, śląskim i podkarpackim parlamentarzystom prośbę o wystosowanie interpelacji w tej sprawie. Identyczną prośbę skierują do parlamentarzystów słowackich, a o rezultatach będą na bieżąco informować na łamach portalu „Port Europa” oraz na Facebooku – na stronie kampanii społecznej „Polska – Słowacja”: www.facebook.com/polskaslowacja

Niespodziewany koniec szpitala

Niespodziewany koniec szpitala

W błyskawicznym tempie, bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, Sejmik Samorządowy Województwa Śląskiego przegłosował uchwałę dotyczącą zbycia 100 proc. udziałów samorządu w Szpitalu Chorób Płuc w Siewierzu. Szpital zajmuje się leczeniem chorób płuc, a przede wszystkim diagnostyką i leczeniem gruźlicy. To jedna z zaledwie kilku placówek tego typu w województwie śląskim.

Jak informuje portal www.solidarnosckatowice.pl, Małgorzata Grabowska, przewodnicząca „Solidarności” w służbie zdrowia w Zawierciu podkreśla, że uchwała o sprzedaży udziałów siewierskiego szpitala została przegłosowana przez radnych śląskiego sejmiku 21 grudnia. Zaledwie kilka dni wcześniej, 17 grudnia, jej projekt został przepchnięty aż przez trzy sejmikowe komisje: Komisję Polityki Społecznej i Ochrony Zdrowia, Komisję Rozwoju i Zagospodarowania Przestrzennego oraz Komisję Budżetu, Skarbu i Finansów. „Sprawa została załatwiona w ciągu niespełna tygodnia w okresie przedświątecznym, kiedy nikt nie spodziewał się, że coś takiego może się zdarzyć. 15 grudnia Zarząd Województwa zdecydował o przyjęciu projektu uchwały dotyczącej sprzedaży udziałów siewierskiego szpitala, a 21 grudnia było już po jej przegłosowaniu. O tym, że pojawiły się jakiekolwiek plany dotyczące przekształceń właścicielskich w tej placówce, strona społeczna w ogóle nie została poinformowana, nie przeprowadzono też żadnych konsultacji na ten temat. Nie wiadomo, czy szpital nadal będzie się zajmował leczeniem chorób płuc oraz jaka przyszłość czeka pracowników placówki. Nie podjęto żadnych działań, żeby przygotować pakiet gwarancji pracowniczych dla załogi” – mówi Grabowska.

Pracownicy szpitala o wszystkim dowiedzieli się przez przypadek i poinformowali związkowców „Solidarności”. Grabowska podkreśla, że związkowcy są przeciwni sprzedaży szpitala prywatnemu inwestorowi: „Placówka nie przynosi strat. W ostatnich latach została zrestrukturyzowana i bardzo dobrze wyposażona. Ma za sobą trudny okres ogromnego zadłużenia. Na prostą udało się wyjść dzięki wysiłkowi dyrekcji i ogromnym wyrzeczeniom załogi, brakowi podwyżek wynagrodzeń i rezygnacji z części świadczeń z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych”.

Decyzja radnych Sejmiku Województwa Śląskiego jest dla związkowców niezrozumiała, zwłaszcza że jeszcze kilka tygodni temu minister zdrowia Konstanty Radziwiłł apelował do samorządowców, żeby powstrzymali się od tego typu działań, ponieważ planowana jest zmiana ustawy o działalności leczniczej. Zawarty ma w niej zostać zapis stanowiący, że w przypadku jakichkolwiek przekształceń placówek ochrony zdrowia większościowy pakiet udziałów powinien zostać w rękach samorządów. „Tutaj trudno nie odnieść wrażenia, że komuś bardzo zależy na szybkim i cichym przejęciu siewierskiego szpitala” – dodaje przewodnicząca.

Źródło: http://www.solidarnosckatowice.pl/pl-PL/jaka_przyszlosc_czeka_szpital_i_jego_pracownikow.html