Polak nie chce wracać

Polak nie chce wracać

Za granicami kraju przebywa w celu zarobkowym już 2,3 mln Polaków. Fala emigracji trwa od 2004, nasila się zaś od 2007 r. Powstały niedawno raport NBP pod tytułem „Transfery z tytułu pracy Polaków za granicą w świetle badań” wykazuje, że przesłali oni przez ten czas do kraju aż 39 mld euro. W tym samym czasie w ramach funduszy unijnych napłynęło do nas prawie 140 mld euro. Transfery finansowe od imigrantów stanowią więc równowartość niemal 28 proc. środków unijnych.

O raporcie pisze portal forsal.pl, który opublikował wywiad z jego autorką, Izą Chmielewską. Mówi ona, że pracujący za granicą Polacy zazwyczaj chcą tam zostać: chęć pozostania w Wielkiej Brytanii deklaruje 54 proc. emigrantów, 40 proc. chce pozostać w Niemczech, a 34 proc. w Holandii. Powodem są zazwyczaj dużo wyższe od polskich zarobki.

Średnia miesięczna pensja Polaka na Wyspach Brytyjskich wynosi 1294 funty. „Porównanie wynagrodzeń w Polsce, szczególnie na wsiach i w małych miasteczkach, do potencjalnych zarobków za granicą, jest głównym motywem wyjazdu. Wiadomo, że ta różnica musi być na tyle duża, aby emigranci decydowali się na rozłąkę z rodziną i mogli część pieniędzy przysłać z powrotem, niejako rekompensując w budżetach domowych ubytek ich polskich pensji, jeśli takie w ogóle mieli” – mówi Chmielewska.

Wartość przeciętnego przelewu wysyłanego przez emigrantów pozostającej w Polsce rodzinie to aż 400 funtów (dane za 2014 r.). Według raportu to równowartość połowy miesięcznego dochodu rozporządzalnego w polskim gospodarstwie domowym. Środki te trafiają w większości do małych miejscowości i na tereny wiejskie. Przeznaczane są od razu na bieżące wydatki, a nie na oszczędności, co pokazuje, że są to dla obdarowywanych rodzin kwoty znaczące, niezbędne.

Ankietowani przez Chmielewską podczas badań niezbędnych do powstania raportu deklarowali, że gdyby mieli wrócić do kraju i podjąć pracę, oczekiwaliby wynagrodzenia rzędu 5000 zł netto.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pracodawco, wstydź się

Pracodawco, wstydź się

Ujawniono tzw. listę wstydu, czyli spis placówek publicznych, które wynagradzają pracowników poniżej pensji minimalnej. Na liście znajdują się m.in. sądy i znane instytucje kulturalne.

Spis stworzyli przedsiębiorcy z Konfederacji Lewiatan. Zawarli w nim nazwy podmiotów, które nie respektują przepisów i „zarządzają” swoim budżetem w taki sposób, że wyłonieni w przetargach pracownicy nie mają zagwarantowanych płac w wysokości przynajmniej minimalnego wynagrodzenia.

O sprawie pisze Portal Samorządowy. Zamieszcza on listę przykładowych podmiotów, które w budżetach na usługi nie uwzględniły płacy minimalnej i wyceniły roboczogodzinę pracownika ochrony poniżej ustawowej płacy minimalnej (ceny podane bez VAT). Są na niej Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Toruniu, który płacił od 5,51 do 5,95 zł (stan na lipiec 2015), Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, który oferował 6,88 zł i nie wymagał zatrudnienia pracowników w oparciu o umowy o pracę (czerwiec 2015) oraz Warszawski Urząd Dozoru Technicznego, płacący 7,17 zł i uznający kryterium ceny za mające wagę 95%, a zatrudnianie na etat – 5 proc. (czerwiec 2015). Mało płaciły także Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy, Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim, Sąd Rejonowy w Legnicy oraz Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, Wydział fizyki Uniwersytetu Warszawskiego i Filharmonia Gorzowska. Przeciętna kwota za godzinę pracy to od 5 do 7,70 zł.

Puste gabinety

Puste gabinety

Polska jest na szarym końcu w Unii Europejskiej jeśli chodzi o liczebność zawodu lekarza. Na tysiąc mieszkańców przypada u nas tylko 2,2 doktora. Ponadto rocznie za granicę wyjeżdża prawie 10 proc. absolwentów studiów medycznych. Jaki pomysł na rozwiązanie tego problemu ma resort zdrowia? Minister planuje zwiększyć nabór na studia lekarskie o 20 proc.

Jak informuje interia.pl, zmiany miałyby być wdrożone począwszy od roku akademickiego 2016/2017. Rzeczniczka Ministerstwa Zdrowia Milenia Kruszewska zapowiada, że pieniądze na ten cel zostaną zabezpieczone w planowanej na następny rok ustawie budżetowej.

Według raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, mamy najniższy współczynnik lekarzy na mieszkańca pośród wszystkich państw UE. Tylko 166 tys. osób wykonuje obecnie w Polsce zawód lekarza lub dentysty, a spora część z nich pracuje w najbardziej zaludnionych regionach kraju, takich jak województwa mazowieckie czy śląskie. Tymczasem np. w warmińsko-mazurskiem praktykuje tylko…4932 lekarzy. Do specjalistów ustawiają się długie kolejki, pacjenci czekają na konsultacje lub zabiegi miesiącami, a w skrajnych przypadkach latami. Przed kolejnymi resortami zdrowia staje podstawowe wyzwanie: zapewnić lepszą dostępność opieki medycznej, a więc m.in. kształcić więcej lekarzy i powstrzymać ich przed wyjazdem za granicę, gdzie oferowane pensje są wyższe.

Minister Konstanty Radziwiłł zapowiedział, że receptą na niedobory kadrowe ma być decyzja o zwiększeniu przyjęć na polskojęzyczne studia medyczne. „Ten nabór będzie o blisko 20 proc. wyższy. Trzeba sobie zdawać sprawę, że lekarze z tych studentów urodzą nam się dopiero za kilkanaście lat. To inwestycja w przyszłość, ale pierwszy krok zostanie zrobiony” – zapewnia szef resortu zdrowia.

„To jest strzał w dziesiątkę” – ocenia Marek Balicki, minister zdrowia w gabinetach Leszka Millera i Marka Belki. „Liczbę lekarzy możemy zwiększyć dwiema drogami: albo importować kadrę medyczną, albo wykształcić u siebie w kraju. Innej drogi nie ma. Skoro chcemy – za 10, 15 lat – mieć więcej lekarzy, to już dziś musimy zwiększyć liczbę miejsc na pierwszym roku studiów lekarskich”.

Na zmiany niecierpliwie czekają przede wszystkim pacjenci.

Zwycięstwo kodeksu

Zwycięstwo kodeksu

W ciągu ostatniego półtora roku o 50 tysięcy zmalała liczba osób zatrudnianych na umowach śmieciowych. Jednocześnie taka sama liczba osób nie znikła z rynku pracy, lecz podjęła pracę na etatach. To efekt nowelizacji ustawy o zamówieniach publicznych. Nakazuje ona premiować w przetargach tych zamawiających, którzy zatrudniają na umowy kodeksowe.

Jak informuje portal wyborcza.biz, rozstrzyganie przetargów wyłącznie na podstawie kryterium ceny wytworzyło na rynku zamówień publicznych szereg patologii. Szczególnie dotkliwe były one dla sektora usług, ponieważ firmy startujące w konkursach konkurowały ze sobą kosztami pracy. Zatrudnianie ochroniarzy i personelu sprzątającego na umowy cywilnoprawne stało się powszechne. Pozwalało to obniżyć cenę i wygrać przetarg . Pracownicy tracili w ten sposób ubezpieczenie społeczne (emerytalne i chorobowe) oraz płatny urlop czy normowany wymiar pracy.

Przetargi po nowelizacji ustawy nie są rozstrzygane tylko na podstawie kryteriów jakościowych, lecz punktowane jest także zatrudnianie na etat. „Dane z rynku zamówień publicznych potwierdzają słuszność wprowadzonych półtora roku temu zmian. W zamówieniach publicznych nacisk wreszcie zaczyna być kładziony na jakość usług. Rośnie zatrudnienie na etatach, spada liczba umów cywilnoprawnych. To dobre sygnały dla rynku pracy w Polsce – komentuje Marek Kowalski, przewodniczący Zespołu ds. Zamówień Publicznych przy Radzie Dialogu Społecznego.