Ładne meble, brzydkie praktyki

Ładne meble, brzydkie praktyki

Grupa Zielonych/EFA z Parlamentu Europejskiego opublikowała właśnie raport na temat unikania opodatkowania przez firmę Ikea. Opracowanie pod tytułem „IKEA: Flat pack tax avoidance” dotyczy wybranych krajów europejskich, w których korporacja używa swoich specjalnych „strategii planowania podatkowego”. W wyniku jej szkodliwych działań kraje te tracą miliony euro rocznie.

O sprawie pisze Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Przytaczane przez niego dane wskazują, że rezultatem „strategii” Ikei są bardzo konkretne straty finansowe: Niemcy straciły w samym 2014 r. 35 mln euro, Francja – 24 mln, Wielka Brytania 11.6 milionów euro, a kraje takie jak Szwecja, Hiszpania i Belgia mogły stracić od 7,5 do 10 milionów euro.

Firma używa rozmaitych technik unikania opodatkowania. Jedną z nich jest swoisty łańcuch podatkowy i wykorzystanie tzw. dziur podatkowych (ang. tax loopholes) : licencja za każdy sklep przechodzi przez spółkę-córkę w Holandii, gdyż w tym kraju nie płaci się tzw. podatku u źródła od opłat licencyjnych. Nieopodatkowane należności kończą w Lichtensteinie, gdzie znów nie płaci się podatku od dywidend.

Raport rozwiewa wątpliwości – Komisja Europejska, która w styczniu przedstawiła pakiet propozycji dotyczących przejrzystości podatkowej, walczy z wiatrakami. Nie uda się szybko i łatwo rozwiązać problemu niepłacących podatków międzynarodowych korporacji, bo w samej Europie znajduje się kilka rajów podatkowych.

Pełen raport do pobrania tutaj: http://www.greens-efa.eu/fileadmin/dam/Documents/TAXE_committee/Report_IKEA_tax_avoidance_Feb2016.pdf

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nie uelastycznianiu

Nie uelastycznianiu

Henryk Kowalczyk, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, forsuje nowy, niebezpieczny pomysł na kolejne uelastycznienie rozchwianego polskiego rynku pracy. Jego zdaniem pracodawca powinien mieć możliwość wysłania pracownika etatowego na urlop bezpłatny, jeśli uzna to za stosowne. To szatański pomysł, alarmują związki zawodowe.

Jak informuje portal pulshr, zdaniem Kowalczyka możliwość zadecydowania o udaniu się pracownika na bezpłatny urlop, gdy firma ma mniej zamówień lub gdy pracodawcy „tak się spodoba”, zachęciłaby wiele firm do zatrudnia na umowy o pracę. W świetle obecnych przepisów Kodeksu Pracy pracodawca takiej możliwości nie ma – tylko sam pracownik może wnioskować o urlop bezpłatny. Proponowane przez szefa komitetu „uelastycznienie” to tak naprawdę próba wprowadzenia w życie „zero hours contract” oraz posługiwanie się metodami stosowanymi przez agencje pracy tymczasowej, które szukają pracowników do pracy przy taśmie tylko wtedy, gdy spiętrzą się zamówienia i ruszy większa produkcja. Po wyrobieniu norm pracownicy przestają być potrzebni, więc umów się nie przedłuża. Nikt jednak nie proponował do tej pory przeniesienia tych zasad rodem z dżungli na grunt umów etatowych.

Przedstawiciele pracowników nie zostawiają na pomyśle suchej nitki: „Polski rynek pracy jest i tak jednym z najbardziej elastycznych i patologicznych zarazem. W mojej opinii dalsze jego uelastycznianie byłoby krokiem w złym kierunku” – mówi Marek Lewandowski z NSZZ „Solidarność”. „To szatański pomysł – wtóruje mu Alfred Bujara, szef handlowej sekcji NSZZ Solidarność. „Sprzeciwiam się takiemu rozwiązaniu, ponieważ obawiam się, że pracodawcy zaczną go nadużywać, podobnie jak zaczęli nadużywać form zatrudnienia w oparciu o umowy cywilnoprawne. To miał być mechanizm wspierający pracodawców i na Zachodzie wciąż jest on wyjątkiem, a w Polsce stał się normą, a nawet patologią” – mówi.

Polak nie chce wracać

Polak nie chce wracać

Za granicami kraju przebywa w celu zarobkowym już 2,3 mln Polaków. Fala emigracji trwa od 2004, nasila się zaś od 2007 r. Powstały niedawno raport NBP pod tytułem „Transfery z tytułu pracy Polaków za granicą w świetle badań” wykazuje, że przesłali oni przez ten czas do kraju aż 39 mld euro. W tym samym czasie w ramach funduszy unijnych napłynęło do nas prawie 140 mld euro. Transfery finansowe od imigrantów stanowią więc równowartość niemal 28 proc. środków unijnych.

O raporcie pisze portal forsal.pl, który opublikował wywiad z jego autorką, Izą Chmielewską. Mówi ona, że pracujący za granicą Polacy zazwyczaj chcą tam zostać: chęć pozostania w Wielkiej Brytanii deklaruje 54 proc. emigrantów, 40 proc. chce pozostać w Niemczech, a 34 proc. w Holandii. Powodem są zazwyczaj dużo wyższe od polskich zarobki.

Średnia miesięczna pensja Polaka na Wyspach Brytyjskich wynosi 1294 funty. „Porównanie wynagrodzeń w Polsce, szczególnie na wsiach i w małych miasteczkach, do potencjalnych zarobków za granicą, jest głównym motywem wyjazdu. Wiadomo, że ta różnica musi być na tyle duża, aby emigranci decydowali się na rozłąkę z rodziną i mogli część pieniędzy przysłać z powrotem, niejako rekompensując w budżetach domowych ubytek ich polskich pensji, jeśli takie w ogóle mieli” – mówi Chmielewska.

Wartość przeciętnego przelewu wysyłanego przez emigrantów pozostającej w Polsce rodzinie to aż 400 funtów (dane za 2014 r.). Według raportu to równowartość połowy miesięcznego dochodu rozporządzalnego w polskim gospodarstwie domowym. Środki te trafiają w większości do małych miejscowości i na tereny wiejskie. Przeznaczane są od razu na bieżące wydatki, a nie na oszczędności, co pokazuje, że są to dla obdarowywanych rodzin kwoty znaczące, niezbędne.

Ankietowani przez Chmielewską podczas badań niezbędnych do powstania raportu deklarowali, że gdyby mieli wrócić do kraju i podjąć pracę, oczekiwaliby wynagrodzenia rzędu 5000 zł netto.

Pracodawco, wstydź się

Pracodawco, wstydź się

Ujawniono tzw. listę wstydu, czyli spis placówek publicznych, które wynagradzają pracowników poniżej pensji minimalnej. Na liście znajdują się m.in. sądy i znane instytucje kulturalne.

Spis stworzyli przedsiębiorcy z Konfederacji Lewiatan. Zawarli w nim nazwy podmiotów, które nie respektują przepisów i „zarządzają” swoim budżetem w taki sposób, że wyłonieni w przetargach pracownicy nie mają zagwarantowanych płac w wysokości przynajmniej minimalnego wynagrodzenia.

O sprawie pisze Portal Samorządowy. Zamieszcza on listę przykładowych podmiotów, które w budżetach na usługi nie uwzględniły płacy minimalnej i wyceniły roboczogodzinę pracownika ochrony poniżej ustawowej płacy minimalnej (ceny podane bez VAT). Są na niej Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Toruniu, który płacił od 5,51 do 5,95 zł (stan na lipiec 2015), Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, który oferował 6,88 zł i nie wymagał zatrudnienia pracowników w oparciu o umowy o pracę (czerwiec 2015) oraz Warszawski Urząd Dozoru Technicznego, płacący 7,17 zł i uznający kryterium ceny za mające wagę 95%, a zatrudnianie na etat – 5 proc. (czerwiec 2015). Mało płaciły także Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy, Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim, Sąd Rejonowy w Legnicy oraz Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, Wydział fizyki Uniwersytetu Warszawskiego i Filharmonia Gorzowska. Przeciętna kwota za godzinę pracy to od 5 do 7,70 zł.