Antykruche państwo dobrobytu

Lato 2016 |

XXI wiek także doczekał się swojego Schumpetera. Teorię antykruchości autorstwa Nassima Taleba wiele łączy z teorią twórczej destrukcji, której zwolennikiem był austriacki ekonomista. Ma ona jednak także zaskakująco wiele wspólnego z filozofią, na której oparto ideę państwa dobrobytu, szczególnie w jego skandynawskiej wersji. Ta zaś godzi bardzo wysoki poziom zabezpieczenia społecznego z wyjątkową elastycznością oraz otwartością na ryzyko, dzięki czemu doskonale wpisuje się w ramy antykruchości zarysowane przez amerykańskiego myśliciela pochodzącego z Libanu.

Pochwała zmienności

Koncepcja antykruchości jest oparta na niezbyt odkrywczej tezie, że przeciwności losu mogą wzmacniać i rozwijać człowieka. Oryginalność Taleba polega na tym, że choć swoją koncepcję, budzącą intuicyjne zaufanie większości ludzi, wywodzi ze zjawisk biologicznych, to stara się przenieść ją na poziom społeczny, by na tej podstawie budować zręby zdrowego porządku.

Powiedzenie „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” można zastosować nie tylko do prozaicznych sytuacji życiowych. Pasuje ono także do ludzkiego ciała i zjawiska hormezy. Polega ona na tym, że niewielka, kontrolowana dawka trującej substancji może spowodować nadmierną reakcję obronną organizmu, który po starciu z wrogiem staje się bardziej odporny także na zagrożenia innego rodzaju. Powstaje zatem pewna nadwyżka, którą można wykorzystać do rozwoju. Dotyczy to ciała i duszy, ale i różnych obszarów życia społecznego: Właśnie ów nadmiar energii uwolniony dzięki przesadnej reakcji na przeszkody odpowiada za innowacje1. Inaczej mówiąc, człowiek wystawiony na pewne trudności, które dzięki wysiłkowi jest jednak w stanie przezwyciężyć, może dokonać wartościowych społecznie czynów, jakich nie dokonałby, gdyby jego droga była usłana różami.

Społeczeństwo poddawane przeciwnościom losu, które nie są w stanie go unicestwić, może być wspólnotą ukształtowaną znacznie lepiej niż inne, żyjące np. w komfortowym otoczeniu geopolitycznym czy dysponujące bogatymi zasobami surowców. Łatwo wymienić przynajmniej kilka państw, które pasują do tej teorii jak ulał – chociażby małą, ubogą w surowce i zagrożoną bliskością Rosji, ale zamożną Finlandię. Dla organizmów żywych istnienie przeszkód, nazywanych przez Taleba stresorami, może być zbawienne, ich brak zaś – degenerujący. Można sprowadzić to do kolejnego popularnego powiedzenia, według którego ktoś spoczywa na laurach po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju. Przypadków sportowców przegrywających łatwe z pozoru potyczki mamy w historii sportu całkiem sporo i właśnie brak stresorów najczęściej odpowiadał za takie sytuacje. Pewny siebie, lecz zbyt „wyluzowany” mistrz świata w boksie przyjmuje nokautujący cios od zawodnika, który mógłby być co najwyżej jego sparingpartnerem. Słynna, pełna gwiazd drużyna piłkarska lekceważy mecz – i odpada z krajowego pucharu, przegrywając z trzecioligowcem. A potomek słynnej rodziny bankierów, który może mieć wszystko na zawołanie, przepuszcza życie przez palce, urządzając hulanki, wydając pieniądze na lewo i prawo, zmieniając partnerki jak rękawiczki, aż pewnego ranka budzi się sam jak palec, goły i (nie)wesoły. Zupełny brak stresorów nikomu nie wychodzi na zdrowie.

Istnienie stresorów łączy się zarówno z powstawaniem pożytecznej nadwyżki w wyniku nadmiernej reakcji, jak i ze zmiennością. Komfortowa egzystencja pozbawiona większych niepokojów jest niewątpliwie stabilna, ale nierzadko– nadto stabilna. Brak przeszkód nie tylko nie pozwala wspiąć się na palce, by poszerzyć horyzont naszej obserwacji, ale też pozbawia nas zmienności, czyli naturalnego filtru, który co jakiś czas oczyszcza otoczenie lub nas samych z zaległych spraw do rozwiązania. Stresory są po prostu informacją, która wskazuje, co w naszym życiu nie gra, a następujące co jakiś czas huśtawki wydarzeń niejako wymuszają podjęcie działań naprawczych w tych podatnych na awarię obszarach, tak by nawarstwione przez lata problemy nie zwaliły się nam kiedyś na głowę jednocześnie. Taleb daje przykład pożarów wybuchających co jakiś czas w lasach: Wahania mogą również pełnić funkcję swego rodzaju czynników oczyszczających. Niewielkie pożary lasów okresowo oczyszczają system z najbardziej łatwopalnych materiałów, nie dając im się nagromadzić2. Gdyby nie te okresowe pożary w końcu wybuchłaby jedna wielka pożoga, która objęłaby cały las i zapewne pobliskie domostwa.

Zmienność jest więc wentylem bezpieczeństwa, który spuszcza powietrze z nabrzmiałego balona. Gdy w związku nie dochodzi co jakiś czas do karczemnych awantur, kończy się to z reguły czymś dużo gorszym, czyli „cichymi dniami”, które są zwykle pierwszym krokiem do rozstania. Spadek sprzedaży może być dla przedsiębiorstwa i przejściowym kryzysem, i znakomitym sygnałem, że należy szukać nowych obszarów działalności, bo obecne już się wyczerpują, a to pozwala w porę można zareagować na zmianę trendów. Wystarczy przypomnieć historie takich firm, jak Kodak czy Nokia, które przez lata miały komfortową i stabilną sytuację podmiotu dominującego na rynku, przez co przespały rynkowe przesilenie i obecnie słaniają się na nogach.

Zasada potrzeby zmienności dotyczy też poziomu społecznego. Bardzo stabilne na pierwszy rzut oka porządki społeczne mogą wybuchnąć i zamienić się w ekstremistan, gdy długi okres niezwykłego spokoju prowadzi do nagłego załamania, a patologie zamiatane pod dywan ujawniają się nagle z jakiejś przyczyny. Na pewno wszyscy pamiętają, jak wielkim zaskoczeniem dla świata była Arabska Wiosna, czyli seria buntów społecznych, które znienacka rozlały się na Egipt i niemal cały Maghreb, choć wydawało się, że sytuacja jest tam zakonserwowana na lata. Tymczasem w przeciętnostanie zmienność jest immanentną cechą porządku społecznego i choć wahania są częste, to – umiarkowane. Doprowadzają do naprawy systemu, a nie do jego załamania. Za przykład mogą posłużyć kraje zachodniej Europy, gdzie od lat bardzo często wybuchają strajki, mają miejsce liczne demonstracje czy niepokoje społeczne, a jednak są one jednymi z najbardziej bezpiecznych miejsc na świecie, nawet gdy uwzględnimy niedawne zamachy w Paryżu i Brukseli.

Jak widać, odpowiednia dawka stresorów to nie jedyny czynnik ważny dla odpowiedniego funkcjonowania człowieka czy społeczeństwa – równie ważna jest towarzysząca im zmienność. Antykruchy jest więc człowiek, którego życiu towarzyszy odpowiednia dawka stresorów oraz zmienności. Stresory są mu potrzebne, żeby się rozwijał, a zmienność – aby utrzymywał czujność, dzięki której w porę będzie mógł reagować na rozwój wydarzeń. Antykruchy porządek społeczny powinien więc stworzyć obywatelom warunki zapewniające odpowiednią dawkę obu czynników.

Nieodzowność zabezpieczenia

W jaki sposób powyższe tezy mogłyby się przełożyć na zręby porządku społecznego? Jak na razie czytelnik może odnosić wrażenie, że koncepcji Taleba najbliżej jest do modelu anglosaskiego, mocno elastycznego, ze stosunkowo niewielką liczbą sztucznie stworzonych stabilizatorów, w którym system sam co jakiś czas wraca do stanu równowagi. Tymczasem porządek skandynawski, pełen różnego rodzaju zabezpieczeń społecznych, wydaje się bardzo daleki od pomysłu libańskiego filozofa. Nic bardziej mylnego.

Oczywiście, skoro stresory wpływają zbawiennie na człowieka, to trzymanie obywateli pod kloszem jest najlepszą drogą do wytworzenia społecznej apatii. Jednak stresory mogą wpływać korzystnie na ludzkie ciało (wzmacniając je), ale tylko do określonej granicy3. Hormeza przecież nie polega na tym, że im większa dawka trucizny, tym szybszy postęp. Wręcz przeciwnie – jeśli przesadzimy z ilością, to organizm, zamiast wzmocnić się, umrze. Gdy przed człowiekiem stanie przeszkoda zupełnie nie do pokonania, zamiast podjąć walkę i wygrać ze swoimi ograniczeniami może on raczej się załamać i już do końca życia wystrzegać się ryzyka. Gdy pracownik traci pracę w mało stabilnej, ale rokującej branży i musi obniżyć standard życia, lecz nie grozi mu utrata środków na utrzymanie, możemy raczej założyć, że zmobilizuje się i jeszcze nieraz zaryzykuje pracę w tak niepewnym, ale rozwojowym otoczeniu. Porażka go zaboli, ale nie wbije w ziemię. Da impuls do nadmiernej reakcji, dzięki której być może zajdzie dalej niż w sytuacji, gdyby wszystko szło mu jak z płatka. Tymczasem gdy człowiek tracący pracę orientuje się, że w zasadzie nie ma niczego, na czym mógłby się oprzeć, jest prawie pewne, że sytuacja raczej go stłamsi, niż rozwinie, a o jego odważnych krokach w przyszłości możemy zapomnieć. Podobnie jest ze zmiennością – nie chodzi o to, żeby życie ludzkie przypominało jazdę na rollercoasterze. Zmienności muszą towarzyszyć okresy, gdy czujemy, że odzyskaliśmy kontrolę nad swoim życiem, a sprawy znów idą w dobrym kierunku: Ważna jest częstotliwość stresorów. Ludzie zwykle lepiej sobie radzą ze stresorami ostrymi niż z chronicznymi, szczególnie gdy po tych pierwszych następuje odpowiednio długi czas na regenerację, dzięki czemu stresory mogą wykonać swoje zadanie jako nośniki informacji4. I właśnie dlatego istnieje system zabezpieczenia społecznego – ma być tamą dla stresorów niebezpiecznych.

Potrzebę istnienia zabezpieczeń widać już we fragmentach, które opisują wyżej nakreśloną nadmierną kompensację. Zjawisko redundancji (czyli nadmiarowości w stosunku do tego, co wystarczające) w naturze pojawia się nie tylko pod postacią nadmiernej reakcji żywych organizmów. Innym jej przykładem jest to, że natura ubezpiecza się na różny sposób, np. obdarzając organizmy większą liczba organów, niż jest to potrzebne. Dlatego człowiek ma np. dwie nerki, a jego płuca mają większą wydolność niż niezbędna do przeżycia. Dzięki temu natura jest gotowa na sytuacje ekstremalne, w których np. konieczne jest wycięcie organu. Człowiek powinien brać z tego przykład. Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę chronić każdego przed upadkiem, lecz o to, by stworzyć takie otoczenie, w którym z upadku można się podnieść. Należy pozwolić ludziom popełniać błędy, gdyż tylko w taki sposób możliwy jest rozwój, trzeba jednak stworzyć mechanizmy pozwalające im odpowiednio szybko stanąć na nogi, gdyby upadli. Co więcej, wypracowanie takich zabezpieczeń jest priorytetem także według Taleba. To ubezpieczenie ma pierwszeństwo przed ryzykiem, nie odwrotnie: Pierwszym krokiem w kierunku antykruchości jest ograniczenie potencjału spadku, a nie zwiększenie potencjału wzrostu. […]. (N)asze zadanie polega na wyjaśnieniu co robić, żeby zminimalizować szkody powstałe wskutek błędów prognozowania, czyli co robić, żeby nasz świat nie rozpadł się na kawałki, kiedy popełnimy błąd, a wręcz zyskał na tym doświadczeniu. Na razie nie chcemy zmieniać świata […], najpierw powinniśmy zwiększyć wytrzymałość różnych rzeczy na usterki i błędne prognozy albo nauczyć się wykorzystywać te pomyłki5.

Na nieodzowność zabezpieczenia społecznego wskazuje również strategia sztangi Seneki, którą według Taleba należy kierować się w życiu. Polega ona na połączeniu maksymalnego zabezpieczenia przed niebezpieczeństwem oraz wystawienia pozostałych wolnych zasobów (energii, środków pieniężnych) na maksymalne ryzyko. Inaczej mówiąc, jest to strategia łącząca mocno rozwiniętą elastyczność z daleko posuniętym zabezpieczeniem. Najpierw zadbajmy o asekurację, a tym, co nam zostanie, grajmy z pełnym ryzykiem. W ten sposób zabezpieczamy tyły (minimalizujemy potencjał straty), a jednocześnie zachowujemy szansę wykorzystania potencjału wzrostu. Nawet jeśli z tej ryzykownej gry wyjdą nici, de facto nic nie stracimy, gdyż o własne bezpieczeństwo zatroszczyliśmy się wcześniej. Za to gdy jedna z naszych ryzykownych kart weźmie, zyski mogą być wręcz nieograniczone. Strategia pozbawiona zabezpieczenia byłaby sztangą bez obciążenia z jednej stronie, zbyt podatną na ryzyko, a więc kruchą. Zrezygnowanie z niezbędnej asekuracji to odwrotność koncepcji antykruchości i jako takie jest zupełnie niezgodne z myślą Taleba.

I tu dochodzimy do systemu skandynawskiego, będącego w istocie dokładnym odwzorowaniem strategii sztangi, gdyż łączy on szerokie zabezpieczenie społeczne ze znaczną elastycznością. O tej cesze modelu „Norden” mówi się rzadko, tymczasem charakteryzuje się on ogromną otwartością na zmiany i ryzyko. Ryzyko to jest jednak przeniesione na poziom społeczeństwa, dzięki czemu negatywne efekty błędów czy spadków rozchodzą się po całej wspólnocie. Ta zaś amortyzuje je, nie są więc tak bolesne, jak w systemie pozbawionym zabezpieczenia społecznego. Doskonałym przykładem mógłby być duński model rynku pracy, zwany flexicurity, czyli elaspieczeństwo. Sama jego nazwa musi przywoływać na myśl sztangę Seneki. Wystarczy tylko pobieżnie się mu przyjrzeć, żeby przekonać się, że jest to system antykruchy. Łączy bardzo wysokie zasiłki (otrzymuje je aż 80 proc. bezrobotnych – w Polsce kilkanaście procent), dochodzące w niektórych przypadkach nawet do 90 proc. ostatniego wynagrodzenia (przeciętnie jest to ok. 50 proc.) i wypłacane przez dwa lata (w Polsce 6 miesięcy) z bardzo dużą elastycznością zatrudnienia (krótkie okresy wypowiedzenia, łatwość rozwiązania umowy, niskie odprawy itd.)6. Całość spina aktywna polityka rynku pracy, dzięki której publiczne instytucje pośrednictwa pracy potrafią błyskawicznie pomóc w znalezieniu nowego zatrudnienia. Utrata pracy nie jest więc dla pracownika wielkim problemem, gdyż wie on, że będzie w stanie szybko odbić się od dna. Zapewniana przez ten system zmienność jest ogromna – aż 30 proc. zatrudnionych zmienia pracę co roku. Średni okres zatrudnienia w jednym miejscu wynosi zaledwie niecałe 8 lat, co jest drugim po Islandii7 najniższym wynikiem w Europie. Wszystko to dzieje się przy jednocyfrowym bezrobociu, bo pracodawcy nie mają większych oporów przed zatrudnianiem, wiedząc, że w razie potrzeby nie będą mieli problemu z rozwiązaniem umowy. System ten bardzo dobrze wpasowuje się w ramy, które nakreśliłem powyżej – nie skupia się na likwidowaniu sytuacji, w których ktoś upada, lecz na minimalizowaniu szkód, żeby upadający mógł szybko stanąć na nogi: Flexicurity osiąga swoje podstawowe cele. Jednym z nich nie jest bowiem, przypomnijmy, unikanie bezrobocia w ogóle, lecz raczej bezrobocia długoterminowego, czyli maksymalnie szybki powrót bezrobotnych do pracy8.

Na podobnych zasadach oparty jest w zasadzie cały model skandynawski, co oczywiście nie oznacza, że w każdym kraju wygląda on dokładnie tak samo. Skandynawowie słusznie wyszli z założenia, że prawdziwej elastyczności nie można zapewnić bez odpowiedniego zabezpieczenia społecznego, tak jak i sztanga Seneki potrzebuje obu końców, aby działać. Publiczna opieka medyczna, zasiłki mieszkaniowe, polityka prorodzinna – wszystko to ma za zadanie tworzyć minimalizującą straty poduszkę, na którą zawsze mogą opaść obywatele w razie niekorzystnego biegu wydarzeń. Nie zdejmuje to z nich odpowiedzialności, daje im jedynie pewność, że w razie katastrofy nie stracą wszystkiego i nie zostaną na lodzie. Dzięki temu mogą odważnie i sprawnie poruszać się w zmiennym otoczeniu. Zwolennicy wolnego rynku i państwa minimum, podważający konieczność istnienia systemu zabezpieczenia społecznego, chcą więc stworzyć ułomną wersję sztangi Seneki, wyposażoną tylko w jeden koniec, czyli w ekspozycję na ryzyko. Model wolnorynkowy jest zatem wyjątkowo kruchy, a model antykruchy musi się składać zarówno z zabezpieczenia (i to w pierwszej kolejności), jak i ze zmienności oraz ryzyka. Tak jak model „Norden”.

Nie przegapić żadnej możliwości

Spoiwem zabezpieczenia oraz zmienności są opcje, czyli okazje, jakie przynosi nam życie i spośród których musimy rozsądnie wybierać. Są gryfem sztangi, łączą oba jej obciążenia. Żeby w pełni efektywnie z nich korzystać, człowiek musi się na nie otworzyć i pogodzić ze zmiennością życia. W końcu nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie historia, a zakładanie z góry, że nie chcemy już nic w naszym życiu zmieniać, siłą rzeczy będzie oznaczać przegapienie mnóstwa okazji do rozwoju. Jednak z drugiej strony, żeby swobodnie korzystać z pełnego wachlarza opcji, musimy być odpowiednio zabezpieczeni. Trudno racjonalnie planować, gdy ma się uzasadnione wątpliwości, czy uda się wyżywić rodzinę. Młody publicysta może poświęcać wolny czas na pisanie w kilku miejscach, stawiając na przyszłe powodzenie na tej drodze życiowej, ponieważ ma w miarę stabilny etat w urzędzie – gdyby nie to, raczej nie miałby głowy do pisania. Natomiast dobrze zapowiadający się gitarzysta basowy punkowej kapeli musi zrezygnować z grania nieprzynoszącego mu jak na razie dochodu, gdyż jego żałośnie niska pensja wymaga brania nadgodzin, po których zwyczajnie nie ma sił na koncerty i próby.

Bezpieczeństwo socjalne jest więc niezbędną podstawą pełnego korzystania z dostępnych opcji i wolności w ogóle: Inteligentnie wykorzystana niezależność finansowa może uczynić was wytrzymałymi; otwiera przed wami różne możliwości i pozwala podjąć dobrą decyzję. Ostateczną opcją jest wolność9. W bardzo podobnym duchu pisze Guy Standing, autor „Prekariatu”. Argumentuje on za koncepcją gwarantowanego dochodu podstawowego, ale jego tezy możemy traktować jako argumenty na rzecz samego zabezpieczenia społecznego – mniej istotne, w jakiej dokładnie formie: Co do zasady, transfery pieniężne mają charakter emancypujący: zapewniają bezpieczeństwo ekonomiczne, które pozwala podejmować życiowe decyzje i rozwijać własne zdolności. Ubóstwo wiąże się z brakiem wolności tak samo jak z brakiem pożywienia, odzienia i odpowiedniego schronienia10. Solidne zabezpieczenie społeczne nie tylko poszerzy zakres wolności osobistej, lecz także pozytywnie wpłynie na wolność gospodarczą, gdyż zrówna pozycje przetargowe wszystkich graczy rynkowych, a nie jedynie dysponentów kapitału. Pozwoli, by cena pracy bardziej odpowiadała jej realnej wartości, gdyż zwykle jest ona zaniżona – negatywnie wpływa na nią przymus ekonomiczny, jakiemu poddani są bezrobotni, którym kończą się środki do życia. Bezrobotny, któremu w oczy zajrzy głód, podejmie zatrudnienie, nawet jeśli proponowana stawka to potwarz, a nie wynagrodzenie, gdyż kierować się będzie pustym żołądkiem, a nie zdroworozsądkową oceną oferty.

Z tej perspektywy nie powinno już nikogo dziwić, że państwa skandynawskie regularnie zajmują czołowe miejsca w rankingach wolności gospodarczej. Rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych nie jest sprzeczna z wolnością gospodarczą, wręcz przeciwnie – jest jej niezbędna: Bezpieczeństwa można mieć za dużo lub za mało. Jeśli jest go za mało, zapanuje irracjonalność. Gdy za dużo – niedbałość i brak odpowiedzialności. […]. Zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego nie zlikwiduje oczywiście niepewności egzystencjalnej oraz związanej z rozwojem osobistym (chcemy rozwijać nasze zdolności i żyć wygodniej, a to wymaga podjęcia ryzyka). Poczucie stabilności pozwala jednak myśleć racjonalnie11.

Z perspektywy całego społeczeństwa sieć zabezpieczeń ma również niebagatelne znaczenie dla opcjonalności. Według Taleba podczas inwestowania należy, po pierwsze, zawsze stawiać na człowieka, a nie na projekt, a po drugie – lepiej obstawić mniejszymi kwotami więcej prób niż tylko kilka dużymi: Zatem właściwą strategią byłaby strategia jeden dzielone przez n albo 1/N, która dzieli próby na jak największa liczbę podejść; jeśli masz n opcji, zainwestuj w nie wszystkie taką samą kwotę12. Dla społeczeństwa jako całości takimi opcjami są poszczególni członkowie wspólnoty. Najlepiej więc będzie, jeśli obstawi ono każdego, zapewniając mu podstawowe bezpieczeństwo socjalne, licząc, że jak największa liczba obywateli (czyli obstawionych podejść) swoimi sukcesami zwróci mu wysiłek z nawiązką. Wydatki na instytucje państwa socjalnego można więc traktować jak zwykłą inwestycję, pragmatyczne lokowanie środków w możliwie najliczniejsze aktywa, z których zwrot przyniesie tylko część, ale będzie on na tyle duży, że ze sporą nawiązką pokryje wydatki. Państwo dobrobytu to nie wyrzucanie pieniędzy w błoto, jak twierdzą niektórzy – ono po prostu się opłaca. Społeczeństwa nie stać na to, by tracić opcje tylko dlatego, że ktoś, dzięki komu może ona zostać zrealizowana, urodził się w patologicznej rodzinie, a jeszcze innej osobie powinęła się noga. Tym bardziej nie stać na to społeczeństwa takiego jak polskie, któremu grozi kryzys demograficzny, a z nim będzie się przecież wiązać drastyczny spadek liczby dostępnych opcji: Jak powiedział mi jeden z menedżerów funduszy, „zysk może być tak ogromny, że nie możesz sobie pozwolić na to, żeby nie obstawiać wszystkiego”13.

Antykruche państwo wynalazców

Kraje skandynawskie od lat znajdują się w czołówce najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Eksport produktów high-tech w Finlandii wynosi obecnie ok. 30 proc. całego kontyngentu sprzedaży zagranicznej, choć jeszcze w 1990 roku było to zaledwie 8 proc. W 1960 roku 75 proc. eksportu fińskiego stanowiły produkty drzewne, a elektroniczne – jedynie 15 proc. Już w 2000 roku proporcje te uległy odwróceniu, by wynieść odpowiednio 30 proc. i 55 proc.14 Podobnie rzecz ma się ze Szwecją – w rankingu konkurencyjności gospodarek World Economic Forum za lata 2012–2013 zajęła czwarte miejsce na świecie (Finlandia trzecie), a w rankingu innowacyjności Global Innovation Index znalazła się na drugim miejscu. Nie ma w tym nic dziwnego: innowacyjność wymaga ryzyka, a na nie najchętniej decydują się obywatele państw dysponujących dobrze rozwiniętą siecią zabezpieczeń. Ludzie, którzy nie są pewni, czy będą w stanie podnieść się z upadku wywołanego błędnymi decyzjami, skłonni są raczej postępować dużo bardziej zachowawczo. Młody inżynier w kraju pozbawionym zabezpieczeń wybierze raczej pewną pracę w publicznej spółce wydobywczej, która nie przyniesie mu wielkiej chwały ani specjalnie dużych pieniędzy, zamiast zatrudnić się w przedsiębiorstwie działającym w raczkującej, ale bardzo rozwojowej branży o niepewnej przyszłości. W krajach skandynawskich ludzie stojący przed takim dylematem dużo częściej wybiorą bardziej ryzykowną opcję, która im oraz społeczeństwu może (choć nie musi) przynieść niewiarygodny zysk.

W latach 90. w Korei Południowej, w której tradycyjne wydatki na instytucje państwa dobrobytu w zasadzie nie istnieją, bardzo uelastyczniono dotychczas wyjątkowo sztywny kodeks pracy. Takie jednostronne działanie (uelastycznianie bez zabezpieczania) skończyło się tym, że na początku XXI wieku aż 80 proc. najlepszych młodych „umysłów ścisłych” wybierało studia medyczne. Chcieli zostać lekarzami, choć zawód ten ani nie cieszył się tam specjalną renomą, ani nie dawał wielkich pieniędzy. Wystarczyło jednak, że zapewniał pewną pracę15. Można jednak wątpić, czy 80 proc. największych talentów wybierających fach lekarza, dobrze wpływa na gospodarkę.

Trzeba też zauważyć, że nie tylko gotowość do podjęcia ryzyka jest niezbędna do powstania innowacyjnego społeczeństwa. Nieodzowne są także wolne zasoby energii, którymi dysponować muszą jednostki, by zająć się innowacyjną działalnością. Zabiegany człowiek, który musi zajmować się dokładnie każdą dziedziną życia, od zapewnienia prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego rodzinie po opłacenie uczelni wyższej syna czy córki, prawdopodobnie nie będzie miał już sił, chęci i – przede wszystkim – czasu, by szukać nowoczesnych rozwiązań w różnych obszarach. Na to wszystko zwraca uwagę Taleb: Tworzenie wiedzy, nawet teoretycznej, wymaga czasu, odrobiny nudy oraz swobody, jaką zapewnia inny zawód, pozwalający uniknąć presji […]16. W podobnym duchu pisze Standing: Co więcej, odrobina bezczynności nie musi być wcale zła. Skąd wiemy, że pozorna bezczynność nie jest chwilą odpoczynku lub kontemplacji?17.

Tę niezbędną swobodę, którą można wykorzystać do tworzenia innowacji, dają właśnie instytucje państwa dobrobytu, a jednym z ich zadań jest „zdjęcie z głowy” obywatela wszystkiego, co może zrobić za niego efektywniej państwo, oczywiście jeśli jest sprawne (Polakowi może wydać się to nieco szokujące, ale takie też istnieją). Dzięki temu, zamiast grzebać w papierkach i tracić czas na roztrząsanie najdrobniejszych codziennych spraw, może spokojnie zająć się tym, do czego jest najbardziej predestynowany – działalnością obywatelską czy odkrywaniem nowych sposobów ujarzmiania rzeczywistości: Zaskakująco wielu odkryć dokonali angielscy proboszczowie, ludzie pozbawieni większych zmartwień, erudyci z dużym albo przynajmniej wygodnym domem z gosposią, dysponujący stałym dostępem do herbaty i nadmiarem wolnego czasu. Oraz opcjonalnością18. Trudno więc dziwić się, że wydatki na państwo dobrobytu mogą być znakomitym kołem zamachowym rozwoju gospodarczego: Na przykład w 1980 roku udział wydatków socjalnych w PKB wynosił w USA tylko 13,3 procent […]. Wskaźnik ten sięgał aż 28,6 procent w Szwecji, 24,1 procent w Holandii i 23 procent w Niemczech (zachodnich). […]. W tym okresie dochód per capita w Niemczech rósł rocznie w tempie 3,8 procent, w Szwecji – 2,7 procent, w Holandii – 2,5 procent, a w USA – 1,9 procent19.

Brak zabezpieczeń prowadzi do jatrogenii

Taleb, przestrzegając przed nadmierną interwencją państwa, która może bardziej zaszkodzić niż pomóc, wprowadza do wywodu pojęcie jatrogenii: Taka strata netto, przewaga szkód nad korzyściami z terapii, nosi nazwę jatrogenii20. Jatrogenia jest wynikiem naiwnego interwencjonizmu, który rządy podejmują często w dobrej wierze, a który kończy się na przekór zamierzeniom. Jaka sytuacja może sprzyjać takiej naiwnej jatrogenicznej interwencji, tłumaczył już Raghuram Rajan w swej książce „Linie uskoku”, wydanej w tej samej serii co „Antykruchość” Taleba, ale rok wcześniej. Rajan, opisując przyczyny kryzysu, który wybuchł w 2008 roku w USA, bierze pod lupę również nieodpowiedzialną politykę monetarną i kredytową rządu Stanów Zjednoczonych. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że obecny kryzys należy rozpatrywać jako element szerszej sekwencji zdarzeń, rozpoczynających się od kryzys na początku lat 90., gdy USA nawiedziła pierwsza od dziesiątek lat recesja specyficznej odmiany. Wyjście z tej sytuacji nie wiązało się z odzyskaniem przez gospodarkę utraconych miejsc pracy. Kolejne załamanie, tym razem skorelowane z pęknięciem bańki spółek internetowych (początek XXI wieku), znów miało ten sam charakter – recesja doprowadziła do spadku liczby miejsc pracy, a odbicie, pomimo niezłego wzrostu PKB, nie przyczyniło się do zwiększenia zatrudnienia.

W kraju, w którym funkcjonuje rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych, politycy mogą się na nią zdać, ewentualnie wprowadzając pewne kryzysowe korekty systemu. Tymczasem w państwie pozbawionym takich rozwiązań, czyli m.in. w USA, muszą prowadzić politykę dyskrecjonalną, złożoną z doraźnych działań, które nie tworzą przemyślanego systemu i nie rozwiązują problemów u źródła. Skupiają się raczej na gaszeniu pożarów, co często – zamiast pomóc – jeszcze podsyca ogień. Według Rajana właśnie z tym mieliśmy do czynienia w USA po dwóch wspomnianych kryzysach. Naiwny amerykański interwencjonizm polegał na prowadzeniu polityki bardzo taniego pieniądza (za pomocą niskich stóp procentowych) i łatwego kredytu, co miało udobruchać rzesze obywateli. Dzięki tym posunięciom nawet najbiedniejszych stać było na mieszkanie czy na inne potrzeby zaspokajane pożyczką. Do czasu – ekspansja kredytów typu NINJA (dla osób bez pracy i dochodu) czy subprime (bardzo ryzykowne pożyczki o wysokiej stopie oprocentowania), które coraz częściej nie były spłacane, doprowadziła w końcu do potężnego krachu na rynku hipotek: Słaba sieć bezpieczeństwa oraz ożywienie gospodarcze w warunkach bezrobocia oznaczają, że amerykański elektorat jest znacznie mniej odporny na załamania gospodarki niż wyborcy w innych krajach uprzemysłowionych. […] Rząd i Rezerwa Federalna, a zwłaszcza bank centralny, usiłowały nakłonić niechętne firmy do tworzenia miejsc pracy. W efekcie stały się współodpowiedzialne za bańkę cenową na rynku nieruchomości i kryzys finansowy21. Modelowy wręcz przykład kruchości i jatrogenii.

Tego krachu można było uniknąć, prowadząc odpowiedzialną politykę monetarno-kredytową, która jest jednak dostępna tylko wtedy, gdy społeczeństwem nie wstrząsają gwałtowne niepokoje. Właśnie dlatego obecny kryzys najlepiej w UE przechodzą państwa skandynawskie, które uodporniły się na takie załamania, tworząc antykruchy system zabezpieczeń. Niestety, zabrakło go w USA, co skończyło się czystej wody jatrogenią, wynikającą z kruchości systemu: Niepokój tracących pracę Amerykanów pogłębia brak powszechnej opieki zdrowotnej albo przystępnego prywatnego ubezpieczenia od kosztów leczenia. […]. Ponadto prywatny ubezpieczyciel może odmówić objęcia ubezpieczeniem osoby bezrobotnej, jeśli ta cierpi na jakieś schorzenie. […]. (N)ietrudno zrozumieć, że większość Amerykanów obawia się potencjalnego bezrobocia. […]. (W)raz z rosnącym bezrobociem zwiększają się naciski na polityków, by coś z tym zrobili22. Na ogół trudno tworzyć efektywną politykę z politycznym pistoletem przystawionym do głowy23. Brak silnej sieci bezpieczeństwa w połączeniu z powolnym przyrostem miejsc pracy w okresie ożywienia sprawił, że z perspektywy politycznej każda z ostatnich recesji w USA była naprawdę dotkliwa. Stworzyło to olbrzymią presję na rząd, od którego oczekiwano, by wprowadził program stymulacyjny za pomocą zarówno środków fiskalnych, jak i polityki łatwego pieniądza24.

Ha-Joon Chang zwraca tymczasem uwagę, że brak rozbudowanej sieci zabezpieczeń prowadzi nie tylko do lekkomyślnej polityki fiskalno-monetarnej, lecz także znacznie utrudnia realizowanie rozsądnej polityki gospodarczej – zarówno przez państwo, jak i poszczególne przedsiębiorstwa. Pracownicy pozbawieni sieci zabezpieczeń będą reagować alergicznie na każdą pogłoskę o ograniczaniu zatrudnienia lub o zmianach jego zasad w związku z wyzwaniami, jakie stają przed branżą lub firmą. Może to prowadzić do sytuacji, w której będzie się podejmować pozorowane kroki lub wręcz odkładać na święty nigdy zmiany niezbędne w całych branżach czy choćby pojedynczych spółkach, bo ich przeprowadzenie będzie niemożliwe w związku z – całkowicie zresztą zrozumiałym – oporem załogi. W konsekwencji doprowadzi to do nawarstwienia się nierozwiązanych problemów i jeszcze większych kłopotów: W Europie jeśli twoja gałąź przemysłu chyli się ku upadkowi i tracisz pracę, to jest to cios, ale nie koniec świata. Zachowasz ubezpieczenie zdrowotne i prawo do mieszkania komunalnego, skorzystasz z zasiłku dla bezrobotnych i dotowanych przez państwo szkoleń oraz pomocy w szukaniu pracy. Jeśli pracujesz w USA, to przeciwnie – lepiej zapewnij sobie możliwość utrzymania się na aktualnym stanowisku, jeśli trzeba to dzięki protekcjonizmowi, bo razem z pracą tracisz prawie wszystko. […] W konsekwencji w USA pracownicy znacznie bardziej opierają się wszelkim restrukturyzacjom, które obejmują zwolnienia niż Europejczycy25. Ta zależność jest szczególnie warta uwagi w Polsce, gdzie wiele branż wymaga niecierpiących zwłoki rozsądnych reform – nic dziwnego, że restrukturyzacja niektórych obszarów gospodarki idzie tak opornie, skoro sieć zabezpieczeń jest w naszym kraju żałośnie słaba. Jej rozbudowa jest więc niezbędna, by móc kontynuować modernizację gospodarczą naszego kraju.

Na koniec tych rozważań jeszcze jeden cytat z Rajana, który znakomicie tłumaczy naturę jatrogenii i kruchości. Nieznającym tego naukowca wyjaśniam, że to ekonomista z Chicago, a więc z mekki gospodarczego liberalizmu, jednoznaczny zwolennik kapitalizmu i rynku. Tym bardziej jego słowa powinny skłonić do myślenia wielu nazbyt zapatrzonych w wolnorynkowe schematy: Żadna nowoczesna gospodarka nie powinna zmuszać zwolnionych pracowników do podejmowania tak bolesnych decyzji, jak na przykład: które dzieci objąć ubezpieczeniem zdrowotnym. Jest to sytuacja nie tylko barbarzyńska, lecz także niemożliwa do utrzymania przez dłuższy czas, ponieważ ci, którzy znaleźli się na straconej pozycji ekonomicznej, będą mieli wszelką motywację do zastosowania środków politycznych w celu odzyskania tego, co stracili. I chociaż w końcu system demokratyczny zareaguje, to reakcja może być nieprzewidywalna, co jeszcze bardziej wzmocni niepewność pracowników. Wiele przemawia za wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa w USA w taki sposób, by zbytnio nie hamowała elastyczności gospodarki26.

Państwo dobrobytu się opłaca

Społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej muszą w końcu uświadomić sobie fakt, że utrzymywanie rozwiniętych instytucji państwa dobrobytu to nie żadna fanaberia, troskliwe opiekowanie się nieporadnymi życiowo obywatelami czy projekt czysto ideologiczny. To zwykłe pragmatyczne działanie, które można porównać po prostu z inwestycją. Długoterminowe inwestycje nie zwracają się od razu (co innego spekulacje) i wymagają solidnych nakładów w dłuższym czasie, jednak ich efekty mogą przerosnąć najśmielsze oczekiwania.

Nieprawdą są także tezy, według których Polski na obecnym etapie rozwoju nie stać na tak rozwinięte zabezpieczenie społeczne. Gdy państwa skandynawskie zaczęły tworzyć zręby swoich struktur, były na dużo niższym poziomie rozwoju niż obecna Polska. Gdy szwedzki premier Alvin Hansson w latach 30. ogłaszał słynną koncepcję folkhemmet (dom ludu), która dała początek „modelowi Norden”, jego krajem wstrząsały protesty wywołane złą sytuacją robotników. Gdy Finowie w latach 60. zabierali się za gruntowną reformę edukacji, która położyła podwaliny pod ich błyskawiczny rozwój, byli raczej zacofanym „społeczeństwem drwali” (aż 70 proc. obywateli kończyło naukę na 6-letniej podstawówce), eksportującym głównie drewno.

Sposobów finansowania sprawnych instytucji państwa dobrobytu jest wiele. To temat wart osobnego tekstu. Tutaj wskażę chociażby konieczność lepszej ściągalności danin od przedsiębiorstw zagranicznych, z których ledwie połowa płaci w naszym kraju podatek dochodowy. Do odrobienia jest również lekcja „uszczelnienia” podatku VAT, który obecnie stał się popularną platformą do robienia przekrętów. Nie obędzie się również bez gruntownej zmiany całego systemu podatkowego, mającego skrajnie niesprawiedliwy, regresywny charakter, co oznacza, że bogatsi de facto płacą proporcjonalnie mniejsze podatki. Na początek najważniejsze jest jednak, abyśmy zrozumieli, że dobrze rozwinięte zabezpieczenie społeczne to nie żadne utrzymywanie „darmozjadów”, lecz wspólny projekt inwestycyjny. Nawet jeśli niewielka część obywateli będzie się chciała zabrać z nami „na gapę”, nie warto z ich powodu zarzucać projektu tak obiecującego dla całej wspólnoty.

Przypisy:

  1. N. Taleb, Antykruchość, Warszawa 2013, s. 68.
  2. Ibidem, s. 144.
  3. Ibidem, s. 85.
  4. Ibidem, s. 91.
  5. Ibidem, s. 189–190.
  6. W. Anioł, Szlak Norden, Warszawa 2013, ss. 98–100.
  7. Ibidem, s 102.
  8. Ibidem, s. 103.
  9. N. Taleb, op. cit., s. 238.
  10. G. Standing, Prekariat, Warszawa 2014, s. 335.
  11. Ibidem, s. 338.
  12. N. Taleb, op. cit., s. 308.
  13. Ibidem, s. 308.
  14. W. Anioł, op. cit., s. 124.
  15. H.J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, ss. 287–289.
  16. N. Taleb, op cit., s. 303.
  17. G. Standing, op. cit., s. 315.
  18. N. Taleb, op. cit., s. 303.
  19. H.J. Chang, op. cit., s. 294.
  20. N. Taleb, op. cit., s. 158.
  21. R. Rajan, Linie uskoku, Warszawa 2012, s.149.
  22. Ibidem, s. 151.
  23. Ibidem, s. 149.
  24. Ibidem, s. 168.
  25. H.J. Chang, op. cit., ss. 291–292.
  26. R. Rajan, op. cit., s. 200.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

Jedna odpowiedź na „Antykruche państwo dobrobytu

  1. juliansrebrny pisze:

    To znakimity tekst. Mam wrazenie, ze najlepszy z tego numeru Nowego Obywatela.
    Chcialbym porozumiec sie z Piotrem Wojcikiem, by przedyskutowac jak opisane idee mozna zastosowac do organizacji Nauki w Polsce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>