Patriotyzm na co dzień

Patriotyzm na co dzień

„Nowy Obywatel” patronuje trwającej w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie wystawie „Patrioci codzienności”.

Wystawa odbywa się w Muzeum dla Dzieci. „Patrioci codzienności” dotykają kluczowej kwestii – kształtowania i popularyzowania wrażliwych postaw społecznych oraz współczesnego rozumienia pojęcia patriotyzm. Twórcy wystawy wybrali nowoczesną, atrakcyjną dla widza formę wystawy (artystyczne instalacje), specjalnie dostosowaną do percepcji dzieci, ale treścią właściwą do odbioru również dla dorosłych.

Projekt „Patriotyzm codzienności – rzeczy niepospolite” realizowany jest od czerwca 2016 r. przez Zespół Muzeum dla Dzieci. Obejmował on wyjątkowe spotkania i rozmowy z tzw. Patriotami codzienności. Organizatorzy piszą: Ci wyjątkowi ludzie podzieli się z nami swoimi historiami, dorobkiem i efektami działalności, które zostaną zaprezentowane w formie interaktywnych instalacji na wystawie w Muzeum dla Dzieci, w aplikacji multimedialnej, w której zobaczymy m.in. fotografie i filmy z ich udziałem. Patriotyzm codzienności rozumiemy jako aktywność ludzi i organizacji przejawiającą się szczególnym zaangażowaniem w sprawy wspólne, odkrywaniem i budowaniem tożsamości, kształtowaniem postaw obywatelskich. Szczególnie interesuje nas codzienna, „niespektakularna” działalność na rzecz społeczności lokalnych w wymiarze kulturalnym, edukacyjnym, etycznym, szczególnie na rzecz środowisk najbardziej potrzebujących, narażonych na społeczne wykluczenie, defaworyzowanych.

Muzeum dla Dzieci
Państwowe Muzeum Etnograficzne
ul.Kredytowa 1, Warszawa
www.muzeumdladzieci.pl
kontakt: rezerwacje@ethnomuseum.pl, 22 696 53 80

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Ferie dla wszystkich

Ferie dla wszystkich

Dane z sondażu przeprowadzonego przez ośrodek IBRIS wskazują, że zauważalny jest wzrost uczestnictwa polskich dzieci w koloniach, obozach, wyjazdach i wczasach rodzinnych. Według minister Rafalskiej jest to efekt programu 500+.

„Ponad 40 proc. ankietowanych podczas sondażu uważa, że nasz program pozwala wysłać dzieci na ferie zimowe. Mamy też niemałą – dziewięcioprocentową – grupę badanych, którzy po raz pierwszy będą uczestniczyć w różnych formach zimowego wypoczynku podczas ferii” – podała minister rodziny i pracy.

Jak pisze Portal Samorządowy, zimowy wyjazd jest dla rodzin kosztowniejszą formą wypoczynku. Obejmuje on często udział w obozach w górach i obozach narciarskich. „Wiele dzieci nie jeździło na nie, bywało, że przez całe lata” – mówiła Rafalska.

Według danych MRPiPS, do końca grudnia 2016 r. programem 500+ objęto ponad 3,8 mln dzieci do 18 lat. Do 2,78 mln rodzin trafiło ponad 17 mld zł.

Suplementy diety – zagrożenie?

Suplementy diety – zagrożenie?

Według raportu NIK rynek suplementów diety w Polsce to obszar wysokiego zagrożenia, niedostatecznie nadzorowany przez państwo. Kontrolerzy NIK znaleźli w suplementach drobnoustroje, substancje rakotwórcze, a nawet narkotyki.

Zgodnie z informacjami portalu onet.pl, Polacy kupują coraz więcej suplementów diety. Rocznie wydają na nie 3 mld złotych. Na rynek leków trafia średnio 500 nowych środków miesięcznie. Nikt nie kontroluje ich przed dopuszczeniem do sprzedaży, a bada się tylko nieliczne z nich.

Suplementy diety są w myśl prawa żywnościowego środkami spożywczymi, nie zaś lekami. Zdaniem NIK, Polacy nie odróżniają suplementów diety od leków bez recepty. Kontrolerzy przywołują badanie przeprowadzone TNS Polska w 2014 r. Aż 41 proc. badanych przypisało suplementom właściwości lecznicze, których produkty te nie mają. Ponadto połowa badanych uważała, że suplementy są tak samo kontrolowane, jak leki, zaś co trzeci — że są sprawdzane pod względem skuteczności. To także nie jest prawda. Co więcej — kontrola NIK pokazuje, że suplementy mogą być szkodliwe.

W badanym przez Izbę okresie ponad 90 proc. sprzedawanych suplementów w ogóle nie zostało poddanych żadnym badaniom. Zlecone przez NIK badania próbek suplementów diety wykazały ich niewłaściwą jakość. Na jedenaście badań, w czterech próbkach suplementów diety z grupy probiotyków (36% badanych) stwierdzono obecność nieokreślonych szczepów drobnoustrojów. Również w czterech próbkach stwierdzono niższą niż deklarowana na opakowaniu liczbę bakterii probiotycznych. Co więcej, w jednej próbce wykryto bakterie chorobotwórcze, które mogą powodować zagrażające życiu zakażenia. „Podkreślić należy, że nawet przy stosunkowo niewielkiej skali badań zleconych przez Najwyższą Izbę Kontroli, odsetek produktów zawierających niekorzystne dla zdrowia składniki jest bardzo wysoki” — autor raportu NIK.

Z wybranych do kontroli 45 suplementów diety, które nie powinny być wprowadzone na rynek z uwagi na zawartość niedozwolonych składników, aż 38 (czyli 84 proc.) w toku kontroli znajdowało się w sprzedaży internetowej. Suplementy te mogły m.in. wykazywać właściwości alergenne i rakotwórcze, powodować zakażenia dróg oddechowych i moczowych, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, przyczyniać się do powstawania ropni oraz zatruć pokarmowych.

„Minister zdrowia nierzetelnie wypełniał obowiązki związane z nadzorem nad przestrzeganiem prawa żywnościowego w odniesieniu do suplementów diety” — twierdzi NIK. Ale głównym oskarżonym w raporcie pokontrolnym jest Główny Inspektorat Sanitarny. To na tej instytucji w pierwszej kolejności spoczywa kontrola rynku suplementów. Wprowadzenie suplementu diety do obrotu wymaga jedynie powiadomienia GIS, w którym podaje się m.in. nazwę i postać produktu, proponowaną kwalifikację, skład jakościowy i ilościowy oraz wzór oznakowania w języku polskim. Tymczasem, nawet jeśli GIS zaczynał badać podejrzany suplement, to trwało to latami. Średni czas postępowania wynosi 2256 dni, czyli ponad 6 lat, a najdłuższe z tych postępowań trwało ponad 3100 dni, czyli ok. 8,5 roku. „Szczególnie uderzające w interes konsumentów jest pozostawanie w obrocie przez wiele lat niezweryfikowanych produktów — jak stwierdzono w toku kontroli — niejednokrotnie zawierających niedozwolone, szkodliwe dla zdrowia składniki” — ostrzega NIK.

Polak – już nie dłużnik?

Polak – już nie dłużnik?

Maleje pula osobistych zaległości małej i średniej wartości. Jak oceniają biura informacji gospodarczej, Polacy zaczęli spłacać długi – i może być to efektem programu 500+.

O sprawie pisze forsal.pl. Według danych Krajowego Rejestru Długów wartość długów w przedziale od 1000 do 2000 zł i między 2000 a 3500 zł spadła w ubiegłym roku o 2 proc. i 1,7 proc. Andrzej Kulik z KRD mówi, że w kategorii, której wartość spadła, mieszczą się przede wszystkim te zobowiązania, które zwykle spłacane są w pierwszej kolejności. Zazwyczaj na dług w wysokości od 1000 do 3500 zł składa się kilka niezapłaconych czynszów, rachunków za prąd i gaz albo zaciągnięta wcześniej „chwilówka”, by wszystkie te zobowiązania pospłacać. Dlatego wielkość przeterminowanego zadłużenia z tej grupy świadczy zwykle o sytuacji materialnej konsumentów. Skoro dług tego typu maleje, to może oznaczać, że sytuacja materialna się poprawiła.

„Dane dotyczące zadłużenia konsumentów notowanych w Krajowym Rejestrze Długów mogą być pierwszymi sygnałami pozytywnego wpływu programu 500+ na sytuację wielu Polaków. Odważniejsze wnioski będzie można wyciągać jednak dopiero po kolejnym roku obowiązywania programu” – podkreśla Andrzej Kulik.

Podobne dane ma Biuro Informacji Kredytowej – posiadających przeterminowane zaległości do 2000 zł ubyło od marca do września o niemal 6 proc., podczas gdy liczba wszystkich zmalała o 2 proc.

To, co pokazują KRD i BIG InfoMonitor, pośrednio można też wyczytać z innych badań, np. z opublikowanych pod koniec stycznia wyników najnowszej edycji Finansowego Barometru ING.

Wskazują one na coraz mniejszą skłonność Polaków do zadłużania się, co eksperci Banku ING wiążą ze wzrostem dochodów. A przyczyną jest nie tylko 500+, ale też lepsza sytuacja na rynku pracy. Samo 500+ wpływa za to na wzrost skłonności do oszczędzania. Jedna czwarta beneficjentów jest w stanie odłożyć minimum 20 proc. otrzymywanych dodatków. Wzrost skłonności do oszczędzania dzięki programowi potwierdzają zresztą wcześniejsze badania NBP, według których stopa oszczędności rośnie, m.in. dzięki programowi wsparcia rodzin. Według analityków Instytutu Ekonomicznego NBP nawet te rodziny, które ledwo wiązały koniec z końcem, mogły zacząć odkładać na czarną godzinę – czego wcześniej nie robiły, bo nie miały z czego.