Koleją po mieście

Koleją po mieście

10 kwietnia br. mieszkańcy wrocławskich dzielnic Wojnów, Strachocin, Swojczyce i Kowale zyskają połączenie kolejowe ze Śródmieściem Wrocławia. Połączenie realizowane 13 parami pociągów jest pierwszym, które obsługiwać będzie wyłącznie miasto.

O sprawie pisze portal rynek-kolejowy.pl. Według jego informacji 10 kwietnia będzie pierwszym dniem funkcjonowania wrocławskiej kolei miejskiej, która nie ma jeszcze nazwy. Stanie się to możliwe dzięki remontowi fragmentów linii 292. Wykonały go Polskie Linie Kolejowe za kwotę 1,1 mln zł. Prace, które właśnie dobiegają końca, pozwolą na podniesienie prędkości między stacją Wrocław Sołtysowice a Wrocławiem Wojnów do 60 km/h. Oprócz naprawy nawierzchni, do ruchu pociągów pasażerskich przystosowano system sterowania ruchem kolejowym, przygotowano też perony do odprawy podróżnych.

„Wyniki ankiet przeprowadzonych przez mieszkańców jasno pokazują, że połączenia kolejowe z centrum są dla mieszkańców niezbędne. Chciało ich blisko 99 procent ankietowanych” – mówi cytowana przez „Gazetę Wrocławską” Renata Piwko-Wolny, przewodnicząca zarządu osiedla Strachocin – Swojczyce – Wojnów. – „Te pociągi, które nas najbardziej interesują, a więc jeżdżące godzinach w szczytu, dowiozą mieszkańców do centrum w ciągu 30-40 minut. To wartość absolutnie nieosiągalna samochodem, czy komunikacją miejską w szczycie porannym”.

Pociągi między Wojnowem a Nadodrzem i Dworcem Głównym będą kursowały przynajmniej do jesieni 2018 roku. Wtedy rozpocznie się zaplanowany przez PKP PLK remont kolejnego fragmentu linii Jelcz Miłoszyce – Wrocław Sołtysowice.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Polak nie ufa prawie nikomu?

Polak nie ufa prawie nikomu?

Tegoroczne wyniki globalnego rankingu zaufania ETB są dla Polski jednoznaczne – nie ufamy niemal nikomu, a w poziomie nieufności wyprzedzają nas tylko Rosjanie.

Jak informuje Portal Samorządowy, Lighthouse, firma specjalizująca się w doradztwie komunikacyjnym, zaprezentowała wyniki globalnego badania Edelman Trust Barometer (ETB), które od blisko 20 lat mierzy poziom zaufania społeczeństw do różnego rodzaju instytucji.

Wyniki dla Polski wskazują, że w rankingu zaufania do instytucji ostatnie miejsce zajmuje rząd, któremu skłonnych jest zaufać 20 proc. Polaków (wzrost o 1 proc. w porównaniu z ubiegłorocznym badaniem). Tradycyjnie najbardziej ufamy organizacjom pozarządowym, choć w porównaniu z ubiegłym rokiem liczba Polaków deklarujących zaufanie do NGO-sów zmniejszyła się o 2 proc. (z 50 do 48 proc.). Największy spadek zaufania zanotowały media (z 34 do 31 proc.) Rośnie zaufanie do biznesu, któremu jest skłonnych zaufać 40 proc. Polaków (38 proc. w poprzednim badaniu).

Jednocześnie jednak, jak zauważa portal, „Polak ufa temu, co sam znajdzie”. Wszystkie media internetowe (w tym: wyszukiwarki, portale, strony www czy media społecznościowe) stają się dla Polaków coraz bardziej wiarygodne. W tym samym czasie zaufanie do mediów tradycyjnych systematycznie spada. 51 proc. Polaków jest skłonnych bardziej zaufać wynikom wyszukiwarek internetowych niż redaktorom z krwi i kości (49 proc.).

„Polacy coraz częściej bezkrytycznie wierzą temu, co przeczytają w Internecie. W tym samym czasie odrzucają treści serwowane przez tradycyjne media. To powoduje, że coraz częściej obserwujemy pączkowanie tzw. fałszywych wiadomości. Te trafiają niestety na podatny grunt – ponad 60 proc. z nas przyznaje, że nigdy bądź bardzo rzadko zmienia swoje stanowisko wobec ważnych społecznie kwestii” – mówi Przemysław Mitraszewski z Lighthouse. „Dodajmy do tego fakt, że prawie połowa Polaków nie słucha ludzi i organizacji, z których poglądami się nie zgadza, co więcej 4 razy chętniej pomija informacje, które nie są spójne z ich wizją rzeczywistości. Ta sytuacja pokazuje, że naprawdę coś się zmieniło. I nikt, kto zajmuje się komunikacją, nie powinien bagatelizować tej zmiany” – dodaje Mitraszewski.

Najbardziej ufamy osobom podobnym do nas samych (Indeks Zaufania równy 55 pkt.) oraz ekspertom akademickim (52 pkt.) i specjalistom (48 pkt.). W oczach Polaków najmniej wiarygodni są prezesi firm i urzędnicy (odpowiednio 23 pkt. i 18 pkt.).

Równe płace to nie prezent

Równe płace to nie prezent

Rząd Islandii ma pomysł na regulację, która zrówna płace kobiet i mężczyzn. Nowe prawo ma wymusić na pracodawcy składanie dokumentów poświadczających płacenie obu płciom dokładnie po równo. Nasze Ministerstwo Rodziny, Pracy i polityki społecznej także dostrzega problem. Właśnie zleciło badania wysokości płac kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach w administracji rządowej.

Portal pulshr.pl donosi, iż jeszcze w marcu przez parlament Islandii ma przejść prawo, które wymusi udowodnienie przez pracodawcę, że płaci pracownikom tyle samo, niezależnie od ich płci. Wspomniana legislacja to część szerszego projektu. Kraj chce do 2022 roku zwalczyć różnice w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn.

Pracodawcy islandzcy będą musieli udowodnić władzom kraju równość płac, obowiązującą w przedsiębiorstwie niezależnie od płci, pochodzenia etnicznego, orientacji seksualnej czy też narodowości pracownika. Zapowiedziane prawo ma jeszcze w marcu pojawić się w parlamencie Islandii i zostać przeprowadzone przez całą procedurę legislacyjną. Ma ono dotyczyć przedsiębiorstw zatrudniających więcej niż 25 osób. Zmiany są potrzebne – w październiku tysiące islandzkich kobiet manifestowało niezadowolenie z różnicy w płacach spowodowanej przez płeć. To pierwsze na świecie rozwiązanie prawne, które nałoży obowiązek udowodnienia stosowania równych płac zarówno na przedsiębiorstwa publiczne, jak i prywatne.

W Polsce natomiast rząd przymierza się do sprawdzenia rozbieżności płacowych kobiet i mężczyzn w swoich resortach.

PIT przychylny książkom

PIT przychylny książkom

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego analizuje projekt Polskiej Izby Książki. Chce ona wprowadzenia nowej ulgi podatkowej, która miałaby zachęcić Polaków do czytania. Izba postuluje, by wydatki w księgarniach dawały nawet kilkusetzłotowe odliczenie w ciągu roku.

Jak pisze portal rp.pl, analizy wciąż trwają. Rozwiązanie proponowane przez PIK ma wspierać zwykłych podatników. „Chcemy, aby rząd zaakceptował propozycję ulgi w PIT, którą objęty byłby zakup książek” – mówi Agnieszka Kowalik-Urbaez z wydawnictwa Claroscuro, które przedstawiło PIK takie rozwiązanie. Dodaje, że inspiracją dla projektu był pomysł, nad którym pracują Włosi. – „W pierwotnych założeniach proponowano, by Włoch, który wyda maks. 2000 euro na książki, miał prawo do ulgi podatkowej w wysokości 19 proc. wydanej na ten cel sumy. W kwocie 2000 euro, 1000 euro to zakupy podręczników szkolnych i uniwersyteckich, a drugi tysiąc to dowolne książki” – wyjaśnia Kowalik-Urbaez.

Odliczenie wydatków na książki na poziomie kilkuset złotych rocznie jest dla budżetu akceptowalne. Zwłaszcza że ewentualny wzrost sprzedaży książek przełoży się na wypływy budżetowe z VAT czy podatku dochodowego od wydawców i księgarzy.

Z raportu przygotowanego na zlecenie Biblioteki Narodowej wynika, że w 2015 r. zakup więcej niż dwóch książek zadeklarowało tylko 11 proc. respondentów. Do zakupu przynajmniej jednej przyznał się co czwarty.