Lokatorzy będą mieli gorzej?

Lokatorzy będą mieli gorzej?

Sąd Najwyższy uznał właśnie, że właściciel zreprywatyzowanej kamienicy może żądać od lokatorów, nie od władz miasta, odszkodowań za bezumowne korzystanie z lokalu.

Według informacji warszawskiej „Wyborczej”, sprawa dotyczy kamienic zwróconych spadkobiercom przedwojennych właścicieli – lub, co gorsza, kupcom roszczeń. Lokatorzy komunalni, którzy przez lata mieszkali w takich lokalach, mogą zostać, oprócz zwrotu, obłożeni także koniecznością wypłaty odszkodowania za dotychczasowe korzystanie z tych mieszkań. W środę Sąd Najwyższy podjął uchwałę, w której przesądził, że właściciel takiej kamienicy może żądać odszkodowania za bezumowne korzystanie z nieruchomości od lokatorów, a nie od władz Warszawy. Do tej pory orzecznictwo w tej kwestii było rozbieżne. Właściciel nieruchomości od miasta będzie mógł już tylko żądać zwrotu zapłaconych przez lokatora czynszów.

Komentujący decyzję Sądu mecenas Marek Nałęcz uważa, że właścicielowi będzie trudno wystąpić z roszczeniem przeciw lokatorowi za bezumowne korzystanie z nieruchomości, bo będzie musiał udowodnić, że wiedzieli oni o roszczeniu. Jednak często lokatorzy komunalni dowiadują się o nim już po zwrocie kamienicy.

Podobne stanowisko prezentują aktywiści miejscy ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Na swoim profilu na Facebooku napisali: „Sąd Najwyższy otwiera furtkę do tego, by terroryzowanie lokatorów przez handlarzy roszczeń weszło na nowy poziom! Wysokość odszkodowania to stawka rynkowa za najem lokalu na 10 lat do tyłu – nie trzeba tłumaczyć, że absolutnie nikogo nie będzie stać na zapłacenie takich ogromnych kwot. Od początku głównym poszkodowanym reprywatyzacji są lokatorzy, na których przerzuca się wszystkie koszty związane ze zwrotami. To miasto forsowało argumentację, zgodnie z którą to najemcy powinni płacić odszkodowanie. Dlaczego państwo polskie we wszystkich jego wymiarach – od samorządu po wymiar sprawiedliwości – chce, by to najsłabsi ponosili koszty rzekomej »krzywdy« dawnych właścicieli?”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Planujemy bez głowy

Planujemy bez głowy

Według Najwyższej Izby Kontroli, polska przestrzeń jest źle zarządzana, a chaos i brak ładu przestrzennego negatywnie wpływają na jakość życia mieszkańców.

NIK przeprowadziła kontrole w poszczególnych polskich gminach, oceniając różne etapy planowania przestrzennego oraz zagospodarowania przestrzeni. Wnioski? Według Izby, niezwłocznie należy podjąć kroki prowadzące do zmiany całego systemu planowania w Polsce, bowiem obecnie istniejący nie zapewnia gospodarowania przestrzenią jako dobrem publicznym.

Skutki wadliwie zarządzanej przestrzeni to m.in. niekontrolowana urbanizacja, lokowanie inwestycji na obszarach zagrożonych powodzią, brak pełnej ochrony zabytków przyrody, dewastacja ładu przestrzennego oraz niska ocena atrakcyjności polskich miast dla inwestorów – pisze NIK w raporcie „System gospodarowania przestrzenią gminy jako dobrem publicznym”.

Jak informuje Portal Samorządowy, NIK wskazuje m.in. na nieprawidłowe umiejscowienie studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy w obowiązującym porządku prawnym (nie jest ono aktem prawa miejscowego). Ustalenia zawarte w tym dokumencie wiążą organy gminy jedynie na etapie sporządzania miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, które obecnie pokrywają zaledwie ok. 30 proc. powierzchni kraju. Studium nie stanowi także podstawy prawnej przy wydawaniu decyzji administracyjnych o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu.

Jakie są skutki takiej polityki? Na obszarach nieobjętych miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego istnieje możliwość realizacji inwestycji niezgodnie z założeniami lokalnej polityki i struktury przestrzennej gminy (przykładem może tu być lokalizacja budowa farm wiatrowych). Zdaniem kontrolerów, dokumenty określające politykę przestrzenną gmin są często nieaktualne i niekompletne. Kontrole NIK wykazały, że w wielu gminach funkcjonowały Studia opracowane i uchwalone na podstawie nieobowiązującej już ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym z 7 lipca 1994 r. Studia nie zawierały również aktualnych informacji o terenie, a szczególnie dotyczyło to występowania powodzi. NIK zwraca uwagę, że gminy nie podejmują prac nad uchwalaniem miejscowych planów ze względu na związane z tym koszty oraz groźbę wypłaty potencjalnych odszkodowań w związku ze zmianą dotychczasowego przeznaczenia terenu.

Średnie miasta wracają do łask?

Średnie miasta wracają do łask?

Ponad 2,5 mld zł ma trafić do 2020 roku do średnich miast. Szczególną pomocą mają być objęte 122 miasta tracące funkcje społeczno-gospodarcze. Ogółem pieniądze trafią do aż 255 miast – wszystkich, w których mieszka więcej niż 20 tys. mieszkańców, oraz do stolic powiatów liczących od 15 tys. mieszkańców wzwyż.

W grupie 122 miejscowości, które tracą funkcje społeczno-gospodarcze, znajduje się m.in. Radom. Wsparcie ma pochodzić z funduszy unijnych realizowanych w ramach krajowych programów operacyjnych na lata 2014-2020, a więc pieniądze trafią do miast w ciągu najbliższych kilku lat.

Rządowy plan składa się z trzech faz. Jak donosi radomskie wydanie portalu wyborcza.pl, wdrożono już pierwszą z nich. Polega na dostosowaniu istniejących narzędzi i instrumentów: polityki lokowania inwestycji i przyciągania inwestorów, preferencji w dostępie do funduszy europejskich w ramach programów krajowych oraz pozyskiwania innych źródeł finansowania.

W tym roku ministerstwo rozwoju ma przeprowadzić kilka konkursów dla wyszczególnionych w strategii rodzajów miast. 100 mln zł dla 255 miast średnich i dodatkowe 50 mln zł dla 122 miejscowości zdegradowanych będzie dostępne w konkursie na rzecz poprawy środowiska miejskiego. Dodatkowo 15 mln zł do podziału pojawi się w konkursie na rewitalizację społeczną, a pod koniec roku resort ma ogłosić konkurs w Programie Inteligentny Rozwój, gdzie do podziału będzie 400 mln zł.

Następnym filarem programu ma być pomoc dla przedsiębiorców, którzy zdecydują się na inwestycje w mniejszych miastach. To jednak nie koniec – kolejne 400 mln zł pochodzić będzie z Funduszu Inicjatyw Samorządowych. Wsparciem z tego programu ma zostać objętych kilkadziesiąt miast z listy 122. Fundusz ma pełnić rolę doradcy inwestycyjnego dla samorządów. Pieniądze z FIS zostaną przeznaczone na drogi, wodociągi i kanalizację, gospodarkę odpadami, zaopatrzenie w energię i gaz, infrastrukturę społeczną, rewitalizację, transport zbiorowy i ochronę zdrowia.

Emeryci pod ochroną

Emeryci pod ochroną

Po wejściu w życie ustawy obniżającej ponownie wiek emerytalny milion osób nie musi obawiać się zwolnienia z pracy – zostanie utrzymany czteroletni okres ochronny. Nie ulegnie on skróceniu, bez względu na to, kiedy dana osoba miała przejść na emeryturę na zasadach poprzedniej ustawy.

Według informacji portalu forsal.pl, obecne przepisy zakładają, że pracownik ma być chroniony przed zwolnieniem z pracy przez cztery lata poprzedzające osiągnięcie wieku emerytalnego. Uchwalona jeszcze za poprzednich rządów ustawa z 2013 r. zakładała podnoszenie wieku emerytalnego co roku o trzy miesiące. Zgodnie z tymi przepisami, w drugiej połowie roku uprawnienia emerytalne nabyłyby więc kobiety mające 61 lat i 3 miesiące, a mężczyźni – 66 lat i 3 miesiące. Nowelizacja ustawy, która ma obowiązywać od 1 października br, zakłada jednak obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do 60 lat, a dla mężczyzn do 65 lat. Dzięki temu część osób jeszcze pracujących nabędzie wcześniej prawa do pobierania świadczeń. Mogłoby to jednak oznaczać, że byłyby chronione przed zwolnieniem z pracy krócej niż cztery lata.

Nowe przepisy zakładają, że czteroletni okres ochronny ma obowiązywać każdego, niezależnie od tego, kiedy nabędzie uprawnienia emerytalne. Tak więc mężczyzna czy kobieta, którzy w październiku skończą odpowiednio 65 i 60 lat, będą objęci ochroną przed zwolnieniem jeszcze przez półtora roku (tyle musieliby pracować według obecnych przepisów do osiągnięcia wieku emerytalnego). Takie rozwiązanie przejściowe obejmie kobiety z roczników 1957–1961, które w momencie wejścia w życie ustawy będą miały od 56 do 61 lat, oraz mężczyzn z roczników 1952–1956, którzy po wejściu w życie nowych przepisów będą mieli 61–66 lat.

Piotr Lewandowski z Instytutu Badań Strukturalnych uważa, że ubezpieczeni mogą wstrzymywać się z przechodzeniem na emeryturę. „Dziś jednym z powodów przechodzenia na emeryturę jest brak pewności zatrudnienia, a emerytura jest czymś pewnym i osiągalnym. Jeśli ktoś teraz dostanie pewność, że przez rok czy półtora nie można go zwolnić, to dlaczego nie miałby nadal pracować?” – pyta Lewandowski. Według niego z takiego mechanizmu ochronnego mogą skorzystać nauczyciele. Przy okazji reformy w oświacie planowane są zwolnienia, i to głównie starszych pracowników.