Walka dużych prędkości

Walka dużych prędkości

To nie polski przemysł będzie budował w Polsce kolej dużych prędkości.

Resort wraca do debaty publicznej, która została przerwana w 2011 r. – minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk ogłosił powrót do idei kolei dużych prędkości. Przed sześcioma laty decyzję o zamrożeniu prac nad linią high-speed Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław podjął Sławomir Nowak, minister transportu w rządzie Donalda Tuska.

Za a nawet przeciw

Aby Andrzej Adamczyk mógł uroczyście ogłosić swoją decyzję, Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa 14 czerwca 2017 r. zorganizowało w warszawskim hotelu Marriott konferencję „Rozwój polskiej kolei z wykorzystaniem środków Unii Europejskiej – analiza możliwości budowy kolei dużych prędkości w Polsce”.

Wychodzący z konferencji uczestnicy komentowali, że minister właściwie nic nie powiedział – nie ogłosił powrotu do tworzenia kolei dużych prędkości, lecz jedynie powrót do dyskusji na ten temat. Oddaje to już od dłuższego czasu trapiące Andrzeja Adamczyka niezdecydowanie w kwestii polskiego TGV. Potrafi on w jednej wypowiedzi w pełni poprzeć tę ideę i wyrazić wobec niej wątpliwości. W lutym 2017 r. w programie „Gość Wiadomości” na antenie TVP1 Adamczyk powiedział: – My będziemy mieli koleje dużych prędkości na pewno, Polaków na to stać. Pytanie przed wszystkim, czy znajdziemy źródła finansowania.

Już we wrześniu 2016 r. „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował, że resort Adamczyka zamówił w Instytucie Kolejnictwa „wewnętrzny raport na temat kolei dużych prędkości w Polsce”.

W zamrażarce prace wre

Autorzy raportu przedstawili plan dalszych działań, odnotowując duże zaawansowanie prac studialnych nad koleją dużych prędkości – wynikające z tego, że po ogłoszeniu przez Sławomira Nowaka w grudniu 2011 r. decyzji o wstrzymaniu przygotowań do budowy kolei dużych nie przerywano rozpoczętych już prac. W 2013 r. zakończyły się trwające od 2010 r. prace nad „Studium wykonalności budowy linii kolejowej dużych prędkości Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław” zamówionym przez PKP Polskie Linie Kolejowe. To jednak nie wszystko, spółka ta zlecała kolejne prace studialne nawet ponad dwa lata po zamrożeniu działań na rzecz polskiego TGV. Na przykład w 2014 r. zamówione zostało studium wykonalności wydłużenia planowanej linii dużych prędkości do granicy czeskiej i niemieckiej.

Od 2010 r. na prace przygotowawcze w zakresie kolei dużych prędkości wydano w sumie 76 mln zł. Większość z tej kwoty trafiła do hiszpańskiej firmy Ingenieria IDOM Internacional, która tylko za „Studium wykonalności budowy linii kolejowej dużych prędkości Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław” zainkasowała 59,7 mln zł.

Szanse na wschodzie

Choć na czerwcowej konferencji w hotelu Marriott wiceminister rozwoju Witold Słowik określił kolej dużych prędkości jako „szansę i wyzwanie dla polskich producentów”, to w rzeczywistości swoją szansę w ewentualnej decyzji o powrocie do tworzenia w Polsce kolei high-speed widzą przede wszystkim kraje Europy Zachodniej.

Rozwojem kolei dużych prędkości w Polsce szczególnie zainteresowana jest Francja, która – rozwijając od 1981 r. system szybkich kolei – bacznie rozgląda się za możliwościami eksportu swoich technologii. Francuskie podmioty nie od dziś dbają o dobre relacje z ekspertami, menadżerami i naukowcami zajmującymi się koleją w Europie Środkowo-Wschodniej.

Obecnie koleje francuskie SNCF i paryska uczelnia Conservatoire National des Arts et Métiers realizują z podmiotami z Polski, Łotwy, Rosji i Ukrainy program kształcenia kadr na potrzeby kolei dużych prędkości (z Polski w przedsięwzięciu tym uczestniczą PKP PLK i Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny w Radomiu).

Pozytywny wpływ ekonomiczny

Gdy przed sześcioma laty minister transportu Sławomir Nowak podjął decyzję o zamrożeniu przygotowań do budowy kolei dużych prędkości, Francja natychmiast przystąpiła do organizowania w Warszawie dużej konferencji na temat TGV. Uczestników odbywającego się w kwietniu 2012 r. wydarzenia swoją obecnością zaszczycił dyrektor ds. projektów strategicznych kolei SNCF, który wystąpił z wykładem „Pozytywny wpływ ekonomiczny i społeczny wprowadzenia kolei dużych prędkości we Francji”. Do Polski przyjechali wtedy też szef działu międzynarodowego Ministerstwa Ekologii, Zrównoważonego Rozwoju, Transportu i Gospodarki Mieszkaniowej Francji czy dyrektor ds. rozwoju biznesu z koncernu Alstom.

To właśnie Alstom od początku historii francuskiej kolei dużych prędkości produkuje na jej potrzeby pociągi TGV, które w regularnej eksploatacji osiągają prędkości do 320 km/h. W 2007 r. podczas prób jeden ze składów TGV osiągnął prędkość 574,8 km/h – to światowy rekord szybkości pojazdu szynowego. Polskim firmom trudno będzie konkurować z pozycją Alstomu, który już zadomowił się w Polsce: dostarczył spółce PKP Intercity składy Pendolino i wybudował na ich potrzeby centrum serwisowe w Warszawie, do koncernu należą ponadto zakłady Konstal w Chorzowie. To jedna z 32 fabryk taboru szynowego w grupie Alstom.

Walka o polskie miliardy

Przedstawicielstwo w Polsce ma firma Systra, specjalizująca się w projektowaniu kolei dużych prędkości. Systra to spółka kolei SNCF, paryskich zakładów transportu miejskiego RATP oraz francuskich banków: Crédit Agricole i BNP Paribas. Systra starała się o zdobycie kontraktu na opracowanie studium wykonalności polskiej linii dużych prędkości, który, przypomnijmy, ostatecznie przypadł Hiszpanom z IDOM.

Hiszpania nie po raz pierwszy wtedy pokonała Francję. To właśnie Hiszpania – która pierwszą swoją linię dużych prędkości uruchomiła w 1992 r., 11 lat po Francji – dziś może poszczycić się najdłuższą w Europie siecią kolei high-speed.

Jeśli rząd Prawa i Sprawiedliwości podejmie decyzję o budowie kolei dużych prędkości, nasz kraj stanie się areną kolejnej walki między Francją i Hiszpanią, które świetnie wiedzą, że Polska sama nie będzie w stanie zbudować sobie kolei high-speed. A jest o co walczyć. – Koleje dużych prędkości to jest minimum minimorum 30 mld zł – powiedział minister Andrzej Adamczyk.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/90, lipiec-sierpień 2017): www.zbs.net.pl

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Koniec uników

Koniec uników

Duże międzynarodowe firmy działające w Unii Europejskiej powinny udostępnić publicznie informacje na temat swoich zasobów i płaconych na całym świecie podatków. Taką decyzję podjął kilka dni temu Parlament Europejski.

Projekt regulacji przewiduje wprowadzenie obowiązku składania publicznych sprawozdań przez największe przedsiębiorstwa prowadzące działalność w UE. Ma to być kolejny krok w walce z unikaniem opodatkowania przez przedsiębiorstwa.

Jak pisze portal money.pl, 534 posłów (przy 98 przeciw) było za tym, by Parlament otrzymał mandat do dalszych rozmów na ten temat z państwami członkowskimi. Niektórzy z nich jednak stawiali przeszkody na drodze do pełnej transparentności i opowiedzieli się za tym, by obowiązek dotyczył firm, których globalny obrót wynosi co najmniej 750 mln euro. Europejska Partia Ludowa (EPL) wymusiła nieujawnianie niektórych wrażliwych informacji. Chadecy tłumaczyli, że pełna transparencja mogłaby szkodzić działającym w UE firmom, bo te funkcjonujące poza Europą miałby przewagę poprzez dostęp do wielu informacji swoich konkurentów.

Europosłowie chcą, by duże międzynarodowe firmy publikowały corocznie raporty ujawniające zyski oraz podatki z każdego z państw członkowskich UE, w którym prowadzą działalność. Dodatkowo ujawnione mają być obroty firmy, liczba pracowników, zysk przed opodatkowaniem, a także rodzaj działalności. Dane te miałyby być dostępne publicznie na stronach internetowych. Korporacje mają być też odpowiedzialne za przekazanie informacji do rejestru publicznego, który będzie prowadziła Komisja Europejska.

Zostawieni samym sobie?

Zostawieni samym sobie?

Jak informuje Najwyższa Izba Kontroli, dzieciom i młodzieży w latach 2014-16 nie zapewniono w szkolnych placówkach publicznych wystarczającej opieki psychologiczno-pedagogicznej. Decyzja o zatrudnieniu pedagoga szkolnego była często warunkowana sytuacją finansową gminy, a nie realnymi potrzebami młodzieży. Tym samym blisko połowa szkół nie zatrudniała pracownika na takim etacie.

Statystyki policyjne pokazują wzrost ogólnej liczby samobójstw zakończonych zgonem (prób podjętych przez osoby w każdym wieku) z blisko 4 tys. w 2011 r. do ponad 6 tys. w roku 2014. Wielu uczniów gimnazjów i liceów walczy z depresją. Tymczasem system oświaty nie gwarantuje dzieciom i młodzieży szkolnej łatwej dostępności do opieki psychologiczno-pedagogicznej. W latach 2014-2016 blisko połowa szkół publicznych różnych typów (ponad 44 proc.) nie zatrudniała na odrębnym etacie ani pedagoga ani psychologa. Najgorzej pod tym względem było w technikach – w 60 proc. szkół nie było specjalistów – i w zasadniczych szkołach zawodowych (55 proc. tych placówek nie zatrudniało psychologów i pedagogów).

W szkołach, w których zatrudnieni byli specjaliści, średnio na jeden etat pedagoga w latach 2014-2016 przypadało 475 uczniów. Liczba ta był jeszcze wyższa w przypadku psychologów i wynosiła aż 1904. Zaobserwowano również znaczne różnice w wymiarze godzin zatrudnionych na etatach specjalistów (pedagogów i psychologów). Niektórzy pracowali 18 godzin tygodniowo, ale byli i tacy, którzy spędzali w szkole w tygodniu 40 godzin. Najczęściej jednak czas pracy pedagoga i psychologa wynosił 20 godzin. W roku szkolnym 2015/2016 na jedną szkołę przypadało średnio 0,75 etatu pedagoga i 0,2 etatu psychologa. Mniej specjalistów było w  szkołach wiejskich: 0,55 etatu pedagoga i 0,09 etatu psychologa.

W przepisach oświatowych sformułowany jest zaledwie ogólny obowiązek zapewnienia uczniom przez organ prowadzący nieodpłatnej opieki psychologiczno-pedagogicznej. W konsekwencji, decyzja o zatrudnieniu specjalistów w szkole jest uwarunkowana nie skalą potrzeb, lecz przede wszystkim sytuacją ekonomiczną samorządu. Brakuje również standardów opieki psychologiczno-pedagogicznej, które zobowiązywałyby szkoły do świadczenia usług na zbliżonym poziomie.

Małopolska pomaga młodym rodzicom

Małopolska pomaga młodym rodzicom

Radni sejmiku małopolskiego jednogłośnie zagłosowali w poniedziałek za realizacją pilotażowego programu „Małopolska Niania”. W jego ramach 92 rodziny z małymi dziećmi z 23 gmin otrzymają 1,5 tys. zł miesięcznie na zatrudnienie opiekunki do dziecka przez 10 miesięcy.

Pilotażowy program ma na celu próbę rozwiązania problemów młodych rodziców w tych gminach, gdzie jest za mało miejsc w żłobkach i przedszkolach. Prawie setka rodzin otrzyma miesięcznie 1000 zł z budżetu województwa i 500 zł od samych gmin. Wartość całego 10-miesięcznego pilotażu to 1 mln 380 tys. zł.

Na udział w projekcie zdecydowały się 23 gminy: Alwernia, Biecz, Bukowina Tatrzańska, Chełmiec, Dąbrowa Tarnowska, Dębno, Dobczyce, Grybów, Kęty, Korzenna, Krynica-Zdrój, Krzeszowice, Łącko, Mogilany, Mszana Dolna, Nowy Targ, Oświęcim, Skawina, Stary Sącz, Świątniki Górne, Wadowice, Wielka Wieś i Wojnicz. Decyzja radnych województwa pozwoli zatrudnić od 1 września 92 nianie, czyli dokładnie tyle, o ile wnioskowały wszystkie gminy. Oznacza to, że już niebawem 92 rodziny będą mogły samodzielnie wskazać osobę, której powierzą opiekę na swoim dzieckiem.

Wybrany opiekun lub opiekunka może być członkiem danej rodziny, istotne jest jednak, by była to osoba bezrobotna, która nie przekroczyła 60 roku życia w przypadku kobiet i 65 w przypadku mężczyzn.

Program zostanie docelowo przygotowany w ten sposób, żeby od przyszłego roku objął większą liczbę gmin. „Przypuszczam, że będzie można zatrudnić od 400 do 500 niań” – powiedział marszałek województwa Jacek Krupa.