Jak nowoczesne trendy żywieniowe niszczą świat

Nigdy nie pojmowałem trendów rynku gastronomicznego. Oczywiście rozumiem to, jak funkcjonują, ale nie chwytam kierujących nimi zasad. Jak jedzenie może stać się modne? Jakim sposobem konkretna żywność może być „na fali”, a za chwilę wypaść z łask? Jeśli mowa o rynku tekstylnym i jego modach – projektant może zaproponować coś nowego pod względem estetycznym, co na chwilę „chwyci”, zanim w końcu stanie się na tyle dostępne i popularne, że zainteresowanie użytkowników poszybuje w stronę Następnego Wielkiego Trendu. Rozumiem to. Jednak jedzenie to co innego. Ostatnimi czasy na przykład niesłychanie modnym produktem spożywczym jest jarmuż. Po jego spożywaniu poznamy hipstera równie skutecznie, jak po krzaczastej brodzie i ścianach zbudowanych z surowych cegieł – a przecież jarmuż istniał od zawsze i zawsze był dla nas dostępny. Dlaczego zatem nagle jest o wiele bardziej modny niż 10 lat temu?

1

Oczywiście to pytanie przynajmniej w części retoryczne: jarmuż jest trendy, ponieważ jedzą go modni ludzie, czyli 20- i 30-latkowie o kosmopolitycznym nastawieniu, którzy mają wielu obserwujących na Instagramie i umieszczają na swoich profilach w mediach społecznościowych cieszące oko zdjęcia modnych posiłków, przyrządzonych z modnych składników wolnych od piętna firmy Monsanto. Czasami jedzą tak ze względów zdrowotnych, czasami nie. Tak czy owak – to absurd.

Jeżeli mieszkacie w największych miastach Zachodu i jesteście choć odrobinę rozeznani w obecnie panujących chwilowych modach, prawdopodobnie rozumiecie, co mam na myśli, pisząc, że żywność może być „na fali”. Tak, jak wspomniałem – jarmuż jest na fali. Tosty z avocado? Zdecydowanie na fali. Komosa ryżowa może trochę pachnie rokiem 2012, ale i ona zdecydowanie mieści się w tej kategorii. Zielone warzywa liściaste? To po prostu ferrari wśród jarzyn. Może i mamy do czynienia z jakąś sekretną kampanią promującą żywność, której istnienia nie jestem świadomy, ale widzę pewną prawidłowość – zazwyczaj tego typu produkty trafiają na szczyty popularności, gdy przedstawiciele świadomej wartości rozsądnego odżywiania, obeznanej z mediami klasy średniej, odkrywają którąś z mniej znanych zdrowotnych korzyści ich spożywania i nagle zaczynają się nimi ponad normę objadać.

Najświeższe trendy kulinarne są nieuchronnie podchwytywane przez działy lifestyle’owe wielkomiejskich czasopism, co wykładniczo zwiększa ich popularność. Zanim się zorientujemy, są już wszędzie wokół i dyskutuje się o nich w taki sposób, że jeśli ich nie znasz, czujesz się jak ostatni kołtun kulinarny. Jest w tym niejaka ironia: chociaż afekt wobec tych produktów żywnościowych jest często uważany za wykładnik kosmopolitycznego wyrafinowania, ma on także ciemną stronę, o której rzadko się wspomina. Mimo że pokarmy te reprezentują tak zwany liberalny styl życia, ich rosnąca popularność ma często destrukcyjny wpływ na ubogie społeczności, które tradycyjnie na nich polegały. Koncepcja „trendy jedzenia” może brzmieć absurdalnie, ale jest prawdziwa – tak samo, jak prawdziwa jest gentryfikacja żywności.

Weźmy na przykład komosę ryżową. To południowoamerykańskie zboże po raz pierwszy pokazał mi przyjaciel-hipis, który lubi spędzać weekendy na wałęsaniu się na bosaka po angielskich wsiach oraz opowiadaniu bez cienia ironii o „energii” i „wszechświecie”. W niektórych częściach Peru i Boliwii, gdzie zboże to jest uprawiane od kilku tysiącleci, komosa jest fundamentem lokalnej diety, tak samo, jak ryż w Azji czy chleb w Europie. Ale to właśnie skok popytu ze strony Europy Zachodniej sprawił, że jej cena pomiędzy 2006 a 2013 rokiem wzrosła trzykrotnie.

Pod koniec tego okresu komosa osiągnęła w Limie cenę wyższą niż mięso kurczaka, a wizja lukratywnych sum, jakie można było zarobić na eksportowaniu jej do dobrze sytuowanych krajów zamorskich, sprawiła, że zapasy na miejscu zaczęły się kurczyć. To zaś zmusiło lokalną ludność do wydawania pieniędzy na tańsze, importowane zachodnie jedzenie o niskiej wartości odżywczej, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na wiele więcej. To tyle na temat hippisowskich ideałów powszechnej miłości.

Podobne wnioski można wyciągnąć na przykładzie rosnącej popularności zielonych warzyw liściastych, które znienacka stały się ulubionym pożywieniem amerykańskich „klas paplających”. Zielenina ta do tej pory była pokarmem warstw ubogich i używano jej do gotowania głównie na Południu USA, gdzie służyła za podstawę kuchni społeczności afroamerykańskich. Za nagłą popularnością nieuchronnie nadszedł wzrost cen, sytuując znane od lat warzywo poza zasięgiem ekonomicznym tych, którzy do tej pory jedli je z konieczności, a nie z powodu hipsterskiej obsesji bycia „autentyczną” klasą robotniczą. Wielu czarnych komentatorów otwarcie protestowało przeciwko temu trendowi i nazywało go – ponownie – gentryfikacją żywności.

Kolejny superpokarm [ang. super food – żywność, której przypisuje się nadzwyczajne wartości zdrowotne i odżywcze – przyp. tłum.] uwielbiany przez kawiorową lewicę z Zachodu, to awokado. Wysokie zapotrzebowanie na ten produkt, jak i spore zyski, które za tym idą, doprowadziły do problemu wylesienia w Meksyku, gdzie rolnicy ze stanu Michoacan wycinają lasy sosnowe i jodłowe, by zrobić miejsce pod uprawy awokado. Ponadto, ponieważ sady z uprawami tej rośliny potrzebują dwa razy więcej wody od lasów, które wycięto, by je tam posadzić, następuje swoisty efekt domina – lokalne uprawy i żyjące w okolicy zwierzęta zostają pozbawione wody. Kolejny problem to fakt, że awokado jest odpowiedzialne za wzrost przestępczości: na przykład w Nowej Zelandii złodzieje włamują się na farmy z uprawą tej rośliny i odsprzedają dalej owoce, które zdołają ukraść; w Meksyku zaś kartele narkotykowe, takie jak Knights Templar, grabią lokalnych rolników uprawiających awokado i wymuszają od nich haracze. Ten rodzaj przemocy, tak jak i przemoc związana z handlem narkotykami, nie jest napędzany przez samo istnienie żywności, o której mówimy, lecz przez zapotrzebowanie na nią ze strony Pierwszego Świata. Popyt sprawia, że produkty te stają się opłacalne, a pogoń za zyskiem pozostawia ślad w postaci lekkomyślnego i przemocowego zachowania.

W tym wszystkim tkwi okrutna ironia. Liberałowie z klasy średniej, którzy chodzą na brunche do wegańskich kafejek i wrzucają na Instagram ujęcia swoich sałatek z komosą i tostów z awokado, prawdopodobnie uważają, że ich wybory dietetyczne świadczą o przyrodzonej otwartości umysłu – podczas gdy są one nowoczesną formą kolonializmu. Tak, jak Brytyjczycy grabili Indie z herbaty i przypraw, tak i owe współczesne układy popytu i podaży wykorzystują finansowy argument, jakim posługują się kraje rozwinięte, przeciwko biedzie i desperacji tych, którzy pozbawieni są jakiejkolwiek władzy. Oczywiście to wymiana ekonomiczna, trudno zatem mówić o okropieństwach czasów niewolnictwa, jednak nadal oznacza to czystą eksploatację. Pieniądze po prostu owijają ją w cywilizowany woal i dają nam pigułkę na uspokojenie sumień.

Aleks Eror
Tłumaczenie Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej highsnobiety.com w październiku 2016 r.

Aleks Eror

dziennikarz i członek zespołów redakcyjnych magazynów „Vice” i „Hihgsnobiety”. Pisze o ekonomii, kulturze i nowych ruchach społecznych.

32 odpowiedzi na „Jak nowoczesne trendy żywieniowe niszczą świat

  1. Piotr pisze:

    Nowinki żywieniowe dołączają do niemodnych staroci jak banany, kakao, ananasy, herbata, kawa itp. Tyle, że do wyzysku kobiet na afrykańskich plantacjach róż, amerykańskich plantacjach kakao, zbieraczy bananów w Ekwadorze czy pomidorów w USA wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić. Tam gdzie po zyski sięga potężny zachodni kapitał słabi są eksploatowani bez umiaru. Skala wyzysku w rolnictwie nie ma sobie równych wszak całą światową żywnością żądzą tylko 4 firmy ABCD (ADM, Bunge, Cargill, Dreyfus)

    • Jura pisze:

      Naprawdę brzydzą mnie naśladowcy (czyli właśnie grupa opisywana w arcie).
      Ale mam obawę że nic z tym nie zrobimy.
      Ponoć naśladowców jest przeciętnie 80%.

      Czyli stara zasada 20/80 rules!

    • Kubanek pisze:

      Nie powiedziałbym żeby tylko te 4 firmy rządziły. Co z Nestle, Mondelez, Unilever, McCormick, Schinhui (właściciel Smithfield Foods, właściciela naszego Animexu), Danone, Lactalis, Lotte?

  2. Jura pisze:

    No dobrze!
    Jest krytyka.
    Nawet się z nią prawie zgadzam.
    A może by tak nieco konstruktywizmu i pójść dalej i rozważyć potencjalne drogi rozwiązań?

    Niestety wnioski wypływające z takowych rozważań nie będą miłe uchu czy oku czytelnikowi Nowego Obywatela – zbyt darwinowskie są.

  3. Kubanek pisze:

    Jako osoba zajmująca się żywnościa, rolnictwem i produktami wysokiej jakości, mogę napisać, co trzeba zrobić. Wystarczy jeść to co mamy pod nosem, czyli lokalne warzywa, lokalne owoce, lokalne mięso, lokalny nabiał, lokalny chleb, itd.
    Polska kuchnia jest niesamowicie bogata i różnorodna. Ta regionalna, tradycyjna, która dawno została zapomniana. Żeby jeść naprawdę „na czasie” wystarczy poszukać Kół Gospodyń Wiejskich i tam szukać przepisów oraz natchnienia.
    A to o czym mowa w artykule, to zwyczajna odpowiedź na fastfood i masową produkcję żywności. To, co pcha się obecnie do żywności to nic więcej jak innowacje.
    Prawdziwe zdrowe jedzenie to prosta zasada – jeść mało i skromnie. Najlepsza dieta to katolicki post.

    • Krzysztof pisze:

      Katolicki nie katolicki, po prostu post :-)

    • Edmonton pisze:

      z pewnością Pana zainteresuje kanadyjski pogląd na lokalną produkcje żywności w … Rosji. http://www.cbc.ca/news/world/russia-cheese-economy-1.4243222
      W tym roku urządzono tam nawet festiwal utrzymania sankcji. Ocenia się ze za 10 lat gospodarka rolna i przetwórcza Rosji wejdzie na masową skalę do Europy, właśnie dzięki sankcjom. Będziemy mieli w Polsce zdrowe jablka i sery z Rosji. I tak trzymać

    • Mike pisze:

      Amen to this!!!

      W czasie Ii WW Brytyjczykow uczono jak w przydomowym ogrodku zorganizowac mala uprawe warzyw, by mozliwie calkiem uniezaleznic dana rodzine od brakow w dostawach.

      Polacy powinni maksymalnie przejsc na zakupy jedzenia produkowanego lokalnie. Dodatkowo lokalny garmaz – takie Kolo Gospodyn Wiejskich (czy inna prywatna osoba) moze np produkowac 500-1000 kilogramow bigosu, albo tysiace pierogow albo schabowe albo cokolwiek co kupilibysmy w drodze do domu.

      Sa tego typu platformy webowe – powinniamy na wieksza skale z nich korzystac.

  4. Casualny pisze:

    Cały mechanizm jest nieco bardziej skomplikowany. Globalna grupa nacisku zleca badania nad właściwościami dajmy na to takiego awokado. Skoro je finansuje, muszą te badanie wyjść korzystnie. Później finanse pompuje się w silosy informacyjne i kampanie reklamowe i oto bagle w internecie pojawoają się hasła: awokado natrzymuje starzenie, awokado jest antyrakowe. Na koniec testimonial – znany instagramer (boli mnie to słowo) robo sobie zdjęcie podczas spożycia awokado, jego sylwetka jest oczywiście nienaganna. W ten sposób napędza się ułudę, którą kupuje świat złożony nie ze społeczeńst, ale z użytkowników. Jestem przekonany, że zdrowie gwarantuje zwyczajna polska dieta – schabowy i babcine przetwory, czasem post, ale taki sposób żywienia nie przynosi żadnego zysku dla globalnych koncernów.

  5. Jan pisze:

    Czy sytuacja, w której podstawą żywienia jest kromka z serem lub szynką jest w jakiś sposób lepsza niż gdy jest nią shake z jarmużu? Jarmuż był warzywem praktycznie zapomnianym, które wróciło zza światów kulinarnej mody. Wzrost jego ceny nikogo nie poruszył, bo współcześnie biedota je raczej białe pieczywo z szynką i popija kolą. Słyszałem o negatywnych efektach zwiększonego popytu na awokado, ale jest to raczej i tak wpływ dużo mniejszy niż wywiera spożycie czerwonego mięsa. Biednych uderzą za to wzrosty cen ryżu, przenicy i pewnie komasy ryżowej, ale popyt i podaż kształtują ceny żywności również bez mody na awokado.

    • K. pisze:

      W Meksyku awokado nie jest żadnym rarytasem, ale składnikiem tak podstawowym jak placki kukurydziane. To tak jakby w Polsce miała drastycznie wzrosnąć cena ziemniaków lub pomidorów.

      • oh, come on pisze:

        Co to jednak ma do jarmużu? Wywołany do tablicy zarośnięty hipster-kosmopolita jakiemu złu tym razem jest winien? Jak wy to sobie w ogóle wyobrażacie? Chcecie granic zamkniętych dla awokado? Zakazu importu/eksportu? Zakazu popytu i podaży? Punk dla komentującej/komentującego za wskazania na to, że współczesna biedota (umysłowa!) żre pieczywo tostowe i popija Coca-Colą. Niski kapitał kulturowy, powiecie, a jednak ludzie _różnego_pochodzenia_ występują przeciwko zwyczajom żywieniowym swojej rodziny, normom kulinarnym grupy znajomych i, kierując się wieloma innymi pobudkami (w tym etycznymi!; skąd tu tylu obrońców kotletów?!), zmieniają znienawidzone schabowe na _coś_lepszego_. Lepszego – kumacie czaczę?

        • sevencats pisze:

          Problem polega na tym, że nic nie znaczące mody generowane przez koncerny wyłącznie dla ruchu na rynku pozbawiają ludzi w różnych częściach świata ich podstawowych i często jedynych środków spożywczych. Kumasz?
          Najlepsze zdrowotnie są produkty wyhodowane w niewielkiej odległości od Twego miejsca zamieszkania.

    • Bonnie pisze:

      Jarmuż to akurat rośnie w Polsce, więc wypada tylko życzyć zdrowej konsumpcji.

  6. Konrad pisze:

    Autor zapomniał odpowiedź na pytanie postawione w tytule.

  7. OneyeSnake pisze:

    Jak dla mnie artykul jest ograniczony I tandetny. Nie dostrzega faktu ze wymienione produkty jak wiele innych zostały rozpropagowane przez imigrację z różnych części globu często nie zamożną grupę ludzi. Są poprostu zdrowe tak samo jak nasze ogórki kiszone, czy kapusta. Można dorabiać sobie do tego historie i strugać mądrale. Mądry człowiek ma swój rozum, a reszcie proponował bym unikać artykułów tego pana i McDonalds’a.
    PS Nie jestem hipsterem i nie zamierzam być :)

  8. lolo pisze:

    Generalnie problemem w takim przypadku jest brak ceł eksportowych na żywność, z których to ceł, zasilane byłyby lokalne kasy Państwowe.

  9. Gracomea pisze:

    Myślę, że roślinna żywność lokalna to jest przyszłość. Nie podoba mi się, jeśli ktoś w tali sposób ,jak autor artykułu deprecjonuje wegan. Ich filozofia nie sprowadza się do jadalnia tortu z awokado w nowootwartych kafejkach weganskich. Zazwyczaj kupują lokalne tanie produkty, a ich ideały chronią nie tylko zwierzęta, ale i ludzi i środowisko. Weganie nie godzą się na wszelki wyzysk.

    • WTF pisze:

      dokładnie tak!

      A przez artykuły jak ten ludzie utwierdzają się w swoim spaczonym postrzeganiu, nie zgłebiają tematu, nie zmieniają myślenia – ale zakładam, że o to autorom chodzi.

  10. obserwator pisze:

    Jarmuż? Serio? Proponuję podjąć temat sojowego latte. Piszę zupełnie serio. Wystarczy sprawdzić powiązania z lokalnymi rynkami spożywczymi dwóch firm: Cargill i Monsanto. Zabawne w jak krótkowzroczny sposób hipsterzy dokonują wzajemnej krytyki.

  11. Rainzug pisze:

    „Jestem przekonany, że zdrowie gwarantuje zwyczajna polska dieta – schabowy ” i tu Was boli, tak naprawdę po prostu sumienie gryzie, sratu tatu o avocado, a chodzi o to by opychanie się wieprzowiną dalej było normą, nie ma jak masowa hodowla zwierząt rzeźnych, zdrowie, zapachy, swoiskość i jakże zdrowe dla środowiska, rzek itd. Lasy tropikalne Amazoni najbardziej wyciąto pod uprawę soi (nie, nie dla hipsterów i na udawane kotlety) na masową howowlę wołowiny. Avocado i jarmuż to przy tym pikuś, Indonezja dożyna resztki dla oleju palmowego (nie jest modny, jest odrzucany przez świadomych ekologicznie i poszukującychy zdrowego żarcia) jest we wszystkim bo jest tani. Generalnie autor chce być jeszcze „fajniejszy” niż nastki z insta, ale merytorycznie się nie broni, wyrzuca jakieś popłuczyny bez znaczenia by pokazać się jako mądrzejszego od filozofii dość prostej i dobrej, jemy to co zdrowe dla nas i dla ziemi, nawet jeśli w szczegółach czasem coś nie wychodzi to ktoś kto myśli że opychanie się kiełbasą i fast foodem jest lepsze jest idiotą i chce nim pozostać.

  12. WTF pisze:

    Dla mnie artykuł jest tak słaby, jak dziesiąty raz parzona herbata z tej samej torebki. Normalnie jakby go amerykański Nowak pisał:>

    To jest bzdurą, tamto idiotyzmem, to absurdem, tu walka klas, tam hipsterzy. Najważniejsze co omija – to wpływ tego co jemy na nasze zdrowie – no ale tego przecież nie rozumie, i w ogóle tworzenia się trendów nie rozumie, choć próbuje je wyjaśnić.

    Tak naprawdę chodzi o prawa rynku, odkrywanie wpływu pewnych produktów na nasze zdrowie i… udawanie, że nie wiemy jak działa człowiek w sensie masy/społeczeństwa, choć media i inne ośrodki wykorzystują to od dawna, sterując masami, potem jakby umywając od tego ręce. Czyli jedna gazeta pisze: jedzcie to, a druga pisze, że ludzie to jedzą i że niby dlaczego to robią?

    Jak Praga zrobi się modna, czynsze wzrosną i lokalsów też nie będzie stać na mieszkanie „u siebie” i co wtedy?
    Mamy się wyrzekać tego, czego chcemy? Mamy się cofać przed jedzeniem komosy, bo rolnicy którzy sami ją jedli wpadają w wir rynkowy, jedzą gorzej/coś innego i się pogubią. Co my możemy przewidzieć – ale czy ich powstrzymamy?
    Kwestia mentalności – Korsykanie nie mają takiego problemu np:>
    Mamy mieć wyrzuty sumienia za to, że mafia grasuje w Meksyku.

    Nie klei mi się ten artykuł:>

    A swoją drogą też nic nowego nie odkrywa, bo jak właśnie quinoa modna była lata temu – tak od lat wiadomo o tych zmianach.
    I przede wszystkim nie daje rozwiązań, jedynie opisuje mechanizmy w subiektywny sposób.

    Typowa mediowa papka/zagrywka, żeby ludzi podzielić i rozjuszyć jeszcze bardziej.
    Kto teraz poważnie spojrzy na hipstera jedzącego jarmuż?
    Kto się zastanowi po co faktycznie go je.

  13. Kiloparsek pisze:

    Och, mój ulubiony typ wypowiedzi! Jest hipster z krzaczastą brodą, jest awokado i jarmuż (ojej, a gdzie sojowe latte?), jest kawiorowa lewica (!). Jest brak logiki (chcę pogadać o kosmopolitach wcinających awokado i komosę, ale zaczne od jarmużu; co tam, że jest arcypolski, hypstery go jedzo, to musi być zły!) Jest powierzchowne muśnięcie problemów związanych z wytwarzaniem żywności. Jest piękne „niszczy świat”. Nie ma natomiast argumentów, rozwiązań, merytoryki. Gadanie o awokado i komosie jest wręcz śmieszne w porównaniu z mnóstwem innych problemów żywieniowych, jak chociażby wszechobecny olej palmowy i produkcja mięsa. Tak, autorze, najbardziej świat niszczą nie hipsterzy, ale przeciętni Kowalscy tego świata, nie mogący się obejść bez mięska i wysokoprzetworzonych produktów. A Twój tekst nie jest istotnym głosem w sprawie, jakbyś tego chciał, ale chęcią dowalenia jakiejś tam kawiorowej lewicy i połechtania ego. Eh…

  14. Jakub Eagle pisze:

    Ja też mam krzaczastą brodę i jem jarmuż ale akurat nie dlatego, że jest trendy tylko dlatego że jest zdrowy i blokuje estrogeny z plastiku. Niestety więc obraz przedstawiony przez autora tekstu jest dość mocno zawężony. Hipsterem też nie jestem i nie jadam tego co jest modne, tylko to co służy memu zdrowiu i daje energię. Prędzej autora widzę jako rozchwianego emocjonalnie i naduspołecznionego lewaka – krytykującego przy okazji innych lewaków (choć on ich nazywa hipsterami). No, bo co niby ma wynikać z tego tekstu?. Czy nagle wszyscy mają porzucić jedzenie awokado i chodzić nago (przy produkcji ubrań w Chinach czy Bangladeszu wszak też wykorzystuje się ludzi). Rozumiem, że można postulować za bardziej etycznymi wyborami podczas konsumpcji i sam jestem gotów je poprzeć (o ile oczywiście owe postulaty będą racjonalne), nie wydaje mi się jednak, że jest jakikolwiek sens żądać tego w pretensjonalny sposób. Pozdrawiam

  15. Marta.R pisze:

    ” Kolejny problem to fakt, że awokado jest odpowiedzialne za wzrost przestępczości: na przykład w Nowej Zelandii” Serio?? Na pewno to wina awokado?

  16. sose pisze:

    a może sprawa jest prosta, może świadomość ludzka dot. jedzenia się zwiększa i świadomie wybierają to co zdrowe, a nie to co modne. i to co zdrowe staje się modne, ale to jest jakby skutek uboczny. zmienia się sposób żywienia, bo zmienia się nasz sposób życia. nasi dziadkowie zajadali schabowe, bo (zwykle) po pracy musieli ogarnąć mniejsze lub większe gospodarstwo i piątkę dzieci. my w wieku trzydziestu lat (zwykle) nie mamy dzieci i siedzimy całe dnie w biurze. no to pijemy koktajl z jarmużu. na zdrowie

  17. sose pisze:

    ps. moja mama zajada jarmuż a brody nie ma :)

Odpowiedz na „GracomeaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>