Świadoma konsumpcja to kłamstwo

·

Świadoma konsumpcja to kłamstwo

·

Ponieważ prowadzę blog dotyczący zrównoważonego stylu życia, moim zadaniem jest sprawiać, by etyczna konsumpcja robiła dobre wrażenie. Przez cztery lata prowadziłam na Instagramie profil, na którym prezentowałam przyjazne środowisku stroje, testowane przez siebie nietoksyczne marki lakierów do paznokci, pisywałam etyczne przewodniki dla zwiedzających różne miasta. W tym okresie stałam się zwolenniczką korzystania z życia pełną piersią – interesowania się modą, podróżowania, dbania o urodę i dobrej zabawy – przy jednoczesnym prowadzeniu ekologicznego stylu życia. Kiedy zatem zaproszono mnie do udziału w panelu dyskusyjnym dla przedstawicieli UN Youth Delegation [program dla młodych delegatów ONZ – przyp. tłum.], spodziewano się zapewne, że oświecę młodych ludzi w kwestii tego, jak ich osobiste wybory związane z zakupami mogą pomóc ocalić świat. Stanęłam na podeście, ubrana w bluzkę z drugiej ręki, rajstopy z recyklingu i wytwarzaną w pobliżu miejsca mojego zamieszkania spódnicę, wzięłam głęboki oddech i zaczęłam mówić: „Świadoma konsumpcja jest kłamstwem. Recykling, jedzenie tylko żywności produkowanej lokalnie i kupowanie bluzek z organicznej bawełny – nie zmienią świata”. Publiczność spojrzała na mnie w ciszy, mrugając z zakłopotania. Nie tego się po mnie spodziewano.

Kiedy i co źle zrozumieliśmy

Zgodnie z zasadami świadomej konsumpcji, każdy zakup, jakiego dokonujemy, jest „czynnością o zabarwieniu moralnym”, czyli daje nam możliwość „głosowania portfelem” na taki świat, w którym chcielibyśmy żyć. Mówi się nam, że jeśli nie aprobujemy postępowania jakiejś firmy, powinniśmy przestać kupować jej produkty, co zmusi ją do wprowadzenia zmian. Wierzymy, że jeśli tylko konsumenci będą mieli dostęp do uczciwych informacji, dokonają słusznego wyboru.

Niestety, kapitalizm nie jest zaprogramowany, by działać w taki sposób. Dokonywanie serii niewielkich etycznych decyzji konsumenckich, przy jednoczesnym ignorowaniu powszechnego przyzwolenia dla firm, by prowadziły biznes w sposób niezrównoważony, nie zmieni świata tak szybko, jak byśmy tego pragnęli. Sprawi tylko, że będziemy mieli lepszą opinię o sobie. Oto przykład trafiający w samo sedno: badanie z 2012 r. porównało „ślad węglowy” „zielonych” konsumentów, którzy starali się dokonywać wyborów przyjaznych środowisku i ochronie klimatu, ze „śladem węglowym” obywateli obojętnych na te kwestie. Nie znaleziono między nimi znaczących różnic.

Chociaż chcemy podejmować słuszne decyzje, często dzieje się to za późno i ma zbyt skromny wpływ na rzeczywistość. Na przykład – znajomi często pytają mnie, dokąd mają zanieść swoje niepotrzebne ubrania, żeby zostały przetworzone według zasad recyklingu lub trafiły do rąk ludzi, którzy bardziej ich potrzebują. Jaka jest moja odpowiedź? Nie ma znaczenia, dokąd je zabierzecie – i tak skończą w tym samym przepełnionym obiegu odpadów, a niewykluczone, że ostatecznie zostaną porzucone np. na Haiti. To nie wasza wina, że staracie się dokonywać słusznych wyborów. To wina bezlitosnego błędnego koła „szybkiej mody”. Wskutek jego działań rynek odzieży z drugiej ręki zarzucany jest nadmiarem używanych ubrań, których Amerykanie nie chcą nawet za okazyjną cenę.

Tak dochodzimy do kwestii przywileju. Ruch zrównoważonej konsumpcji jest oskarżany o bycie elitarnym – i z pewnością takim jest. Aby móc pozwolić sobie na etyczne i świadome konsumowanie oraz mieć czas na wyszukiwanie informacji na temat produktów, zanim podejmie się decyzję o ich nabyciu, i aby mieć luksus kręcenia nosem na 95 procent rzeczy, które rynek nam oferuje, trzeba mieć spory dochód rozporządzalny, a może i skończyć podyplomowe studia z chemii, bo tylko one pozwalają odkryć prawdziwe znaczenie składu surowców wypisanego na metkach czy opakowaniach produktów.

Wybieranie odzieży wykonanej z tkanin konopnych, wykłócanie się z kelnerem o to, w jaki sposób złowiono zamawianą przez nas rybę i wyszukiwanie informacji na temat przetwarzania przez nasze miasto nakrętek od butelek, może dać nam dobre samopoczucie oraz zapewnić utrzymanie kilku „słusznym” przedsiębiorstwom, a może nawet uchronić nas przed zarzutami o hipokryzję. Ale to wszystko nie zastąpi zmiany systemowej.

Ekologiczny styl życia z oferty
firmy Multinational Inc.

Doszłam do takich wniosków sama po latach badań własnych, ale inne osoby poświęciły życie odsłanianiu błędnych założeń świadomej konsumpcji. Jedną z nich jest Halina Szejwald-Brown, profesorka nauk o ochronie środowiska na Clark University. Niedawno opracowała ona raport dla United Nations Environmental Programme, zatytułowany „Wspieranie i propagowanie zrównoważonego stylu życia: zasady i nowe praktyki”. Poznałyśmy się, gdy dzieliłyśmy scenę podczas UN Youth Delegation, gdzie badania i dane, jakie podała w swojej prezentacji, wsparły moje podejrzenia na temat kwestii zgłębianych przez nas obie. W skrócie: konsumpcja to kręgosłup amerykańskiej gospodarki, co oznacza, że świadome wybory poszczególnych jednostek są skazane na porażkę. „70 proc. PKB Stanów Zjednoczonych opiera się na wydatkach czynionych przez gospodarstwa domowe. Zatem cały ten system, rynek, instytucje, wszystko to nastawione jest na zmaksymalizowanie konsumpcji” – powiedziała mi profesor Brown w przeprowadzonym później wywiadzie. – „Przemysł marketingowy i reklamowy wymyślają potrzeby, o których nawet nie wiedzieliśmy, że je posiadamy”.

Weźmy na przykład plastikowe butelki. Plastik wytwarzany jest z ropy naftowej, która rozkłada się kilka setek, a może nawet tysięcy lat (co przerażające, nadal nie jesteśmy pewni, jak długo). Transport butelkowanej wody np. z Fiji do Nowego Jorku niesie ze sobą ryzyko zwiększonej emisji. Jednak pomimo kampanii społecznych prowadzonych przez organizacje pozarządowe, dziennikarzy i aktywistów, a mających na celu nakłonienie konsumentów do noszenia za sobą butelek na wodę wielorazowego użytku, spożycie wody butelkowej wciąż rośnie – chociaż kosztuje ona 2000 razy więcej od wody z kranu. Dlaczego [w USA] nadal kupujemy tygodniowo 1,7 miliarda półlitrowych butelek, czyli pięć butelek tygodniowo na osobę? Ponieważ rynkowy kapitalizm sprawia, że niesłychanie trudne jest dokonywanie odpowiedzialnych wyborów konsumenckich, które jednocześnie byłyby naprawdę pomocne w praktyce.

Większość z kupowanych przez nas produktów żywnościowych oraz innych naszych zakupów jest pakowana w nieprzetwarzalny plastik. Żywność bez pestycydów jest droższa. Pracujemy najdłużej w historii, zatem zostaje nam mało czasu na ugotowanie i spokojne zjedzenie domowego posiłku, nie mówiąc o szyciu i naprawie przedmiotów, które już posiadamy. Co gorsza, większość naszych zakupów została zaprojektowana w taki sposób, by po roku lub dwóch stać się przestarzałymi, a zatem – abyśmy nabyli w ich miejsce nowe przedmioty. Tylko 2 procent odzieży jest produkowane w Stanach Zjednoczonych – a ta, która faktycznie jest, kosztuje 20 procent więcej niż produkty importowane. Olej palmowy, składnik odpowiedzialny za niszczenie lasów deszczowych i emisję dwutlenku węgla, znajduje się w połowie nabywanej przez nas żywności – ukryty pod tuzinem różnych nazw. To tylko kilka przykładów na to, w jaki sposób rząd i biznes współdziałają, by zmusić konsumenta do nieświadomego i regularnego niszczenia środowiska, bez względu na to, czy w sklepie wybiera on mleko ekologiczne, czy zwykłe.

Podejmowanie zrównoważonych decyzji napotyka także na przeszkody o charakterze społecznym. „Ludzie są bytami wysoce uspołecznionymi. Mierzą swój rozwój i postęp w życiu, porównując się z innymi” – mówi Brown. – „Skutek jest taki, że bardzo ciężko jest im robić coś zupełnie innego, niż robią pozostali ludzie”. Aby unikać kultury konsumowania, musielibyśmy unikać przestrzegania obyczajów społecznych. Możemygrzebać w śmietnikach i pozyskać z nich całkowicie zdatne do spożycia jedzenie, które zostało wyrzucone przez restauracje i sklepy spożywcze. Możemy zwracać każdy prezent urodzinowy, który nie spełnia naszych wyśrubowanych standardów czy rezygnować z nieetycznych wakacji. Możemy też wymagać od przyjaciół i rodziny, by na wspólnych spotkaniach podawali tylko surowe, wegańskie, nieprzetworzone jedzenie – i urządzać strajk głodowy, jeśli nie będą tego robili. Ale takie postępowanie sprawi, że staniemy się ludźmi nie do zniesienia. Społeczeństwo i jego zwyczaje przeważają nad naszymi.

Jak zatem podejmować decyzje, które pomogą środowisku?

Jak więc brzmi odpowiedź? Nie twierdzę, że powinniśmy się poddać, albo że należy zaprzestać podejmowania tych wszystkich drobnych, lecz przecież słusznych decyzji, które jako ludzie odpowiedzialni staramy się podejmować na co dzień. Jeśli wybieramy „zielony” produkt z powodów zdrowotnych, to oczywiście warto robić to, co wydaje się nam słuszne. Ale już jeśli chodzi nam o powstrzymanie zmian klimatycznych, zanieczyszczeń i niszczenia siedlisk zwierząt, to warto swoje pieniądze, czas i wysiłek spożytkować na coś, co naprawdę ma znaczenie.

Istnieją poważne życiowe decyzje, takie jak zdecydowanie się na zamieszkanie w gęsto zaludnionej miejskiej okolicy z transportem publicznym, rezygnacja z jedzenia czerwonego mięsa oraz posiadanie mniejszej liczby (lub żadnych) dzieci, ale są i decyzje błahsze, które jednak zabierają wiele energii i sprawiają, że mamy jej mniej na inne działania. Są to np. zastanawianie się, czy wystarczająco konsekwentnie unikamy plastiku lub czy nasze baterie na pewno trafiły do odpowiedniego miejsca zbiórki. W 2017 r. wydamy w skali świata na ekologiczne produkty do sprzątania aż 9,3 miliarda dolarów. Gdybyśmy choć jedną trzecią tej sumy przeznaczyli na lobbowanie w rządach za zakazem używania toksycznych chemikaliów, których tak się obawiamy, moglibyśmy osiągnąć dużo większy sukces na tym polu.

„To tylko gest” – mówi Brown na temat naszego przejmowania się małymi wyborami. – „Wyraźny znak, że zależy nam na środowisku. Ale to działanie jako takie niczego nie zmienia”. Poklepujemy się po plecach za zachowania, które uciszają nasze wspólne poczucie winy, zamiast podjąć takie same wysiłki na rzecz działań zapoczątkowujących prawdziwą zmianę w dbaniu o środowisko. Jednak z łatwością możemy dokonać kilku niewielkich zmian w naszej mentalności – i będą one miały praktyczne znaczenie. Oto kilka podpowiedzi:

  • zamiast kupować drogie organiczne zestawy pościeli czy ubrania, przekażcie te same pieniądze organizacjom walczącym o to, by trujące ścieki z pól uprawnych nie trafiały do naszych rzek;
  • ˭ zamiast jechać samochodem na wycieczkę do organicznego sadu, gdzie samodzielnie zbierzecie owoce na własne potrzeby, wykorzystajcie ten czas na wolontariacką pracę dla organizacji zwalczających pustynie żywieniowe [food deserts – miejsca, gdzie dostęp do taniego, a jednocześnie odżywczego jedzenia jest utrudniony, np. miejsca z małą liczbą sklepów – przyp. tłum.]. Unikniecie także niepotrzebnego emitowania spalin samochodowych.
  • Zamiast kupować za 200 dolarów odświeżacz powietrza, ofiarujcie tę samą sumę politykom, którzy walczą z zanieczyszczeniami wody i powietrza;
  • zamiast podpisywać petycje do sieci Subway, by usunęła jeden dyskusyjny składnik ze swojego chleba, apelujcie do lokalnych władz i żądajcie gruntownego zbadania procesu wydawania zgód na używanie, jak się szacuje, 80 tysięcy nietestowanych składników chemicznych, które pojawiają się w naszej żywności;
  • zamiast wybierać się na obiad do restauracji typu farm-to-table [ruch społeczny polegający na dbaniu o dostarczanie do lokali i szkół miejscowych produktów rolnych – przyp. tłum.], możecie zainteresować się Ustawą o Rolnictwie i tym, jak jej założenia wspierają produkcję i spożycie niezdrowej żywności.

Ruch świadomej konsumpcji wydaje się być słuszny moralnie i odważny. Jednak odbiera on obywatelom ich siłę i sprawczość. Drenuje nasze konta bankowe i naszą wolę polityczną, odciąga uwagę od autentycznych sprawców zamieszania i od podejmujących decyzje, a zamiast tego koncentruje naszą uwagę na niewielkich skandalach mających miejsce w korporacjach oraz na walce o moralną wyższość wegan nad osobami odżywiającymi się w inny sposób.

Zatem jeśli dobro środowiska naturalnego leży wam naprawdę na sercu, zejdźcie ze swojego krzesła wykonanego z surowców z odzysku i udajcie się na zebranie rady miejskiej. Jeśli w kryzysie związanym z ochroną środowiska, z którym stajemy teraz twarzą w twarz, jest cokolwiek dobrego i budzącego nadzieję, to jest to fakt, że teraz już wiemy dokładnie, jaką konkretnie pracę trzeba wykonać, żeby ocalić planetę – i niekoniecznie wymaga ona użycia karty kredytowej.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „Quartz” (qz.com) w marcu 2017 r.

Z numeru
Nowy Obywatel 25(76) / Zima 2017 " alt="">
komentarzy