Man Bus zastrajkuje

Man Bus zastrajkuje

Byłe zakłady Star w Starachowicach, które obecnie działają pod nazwą Man Bus, szykują się do strajku. Postulaty pracowników, którzy protestują pod egidą międzyzakładowej „Solidarności”, to podwyżki płac o co najmniej 300 zł miesięcznie na stanowiskach robotniczych oraz wypłacanie premii koncernowej jednakowej wysokości.

Od kilku tygodni toczą się rozmowy związku zawodowego (który w fabryce liczy 800 członków) z zarządem. Na razie nie przynoszą one rezultatu, zatem wczoraj pracownicy zakładu zorganizowali pikietę na parkingu samochodowym przed budynkami fabrycznymi po zakończeniu pierwszej zmiany. Były przemowy, wyczytywanie postulatów, klaksony samochodów i transparenty z hasłami (np. „Mamy pracę – chcemy płacę”).

Obecne propozycje dyrekcji są zdaniem związku niepoważne, tym bardziej, że firma ma wysokie zyski. Michael Kobriger, prezes MAN, zaproponował podwyżki w wysokości 2 procent pensji. Według przewodniczącego „Solidarności” jest to niepoważna kwota, średnio około 60 złotych na osobę. Obecnie średnia płaca w firmie to około 3200 złotych brutto. Na stanowiskach robotniczych jest to tylko 2600 złotych brutto. Postulat związkowców to co najmniej 300 złotych podwyżki na osobę od 1 stycznia 2018 roku.

Przewodniczący Jan Seweryn przedstawił podczas pikiety wszystkie postulaty, z jakimi organizacja związkowa idzie w środę na rozmowy z dyrekcją. Są to: włączenie do płacy zasadniczej 8 procent premii z tytułu oceny indywidualnej pracownika, inne naliczanie premii koncernowej – powinna być wypłacana w jednakowej wysokości dla wszystkich pracowników koncernu MAN. Pracownicy domagają się podniesienia dodatku dla koordynatorów produkcji, podniesienia składki na Pracowniczy Program Emerytalny, objęcia dodatkową opieką medyczną pracowników przechodzących na renty i emerytury. Chcą wyrównania płac na tych samych stanowiskach, szczególnie produkcyjnych.

W firmie Man Bus około 500 osób (na około 2, 5 tysięcy ogółem) pracuje na umowach z agencją pracy tymczasowej. Związkowcy chcą, by po 18 miesiącach takiej pracy pracownicy przechodzili na umowy z Man. Natomiast pracownicy, którzy mają umowy terminowe od 3 lat, zostaliby zatrudnieni na czas nieokreślony. Z tłumu odezwały się głosy, by jeszcze włączyć do postulatów racjonalizację norm produkcyjnych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Koniec tajemnic

Koniec tajemnic

Firmy z USA będą musiały wkrótce zacząć ujawniać coś, co najchętniej utrzymałyby w tajemnicy: stosunek wynagrodzeń dyrektorów generalnych do mediany płac.

Portal forsal.pl informuje o tej sprawie. Według prasy, konieczność ujawniania wysokości wynagrodzeń dyrektorów finansowych ma rzucić światło na rosnące dysproporcje płacowe pomiędzy osobami zatrudnionymi na stanowiskach kierowniczych a resztą pracowników.

Dysproporcje pomiędzy zarobkami kadry menadżerskiej a zwykłych „zjadaczy chleba” są ogromne. Średnie wynagrodzenie CEO w spółkach z indeksu S&P 500 wynosiło w 2016 r. 13,1 mln dol., podczas gdy statystyczny pracownik tych firm otrzymał w analogicznym okresie średnio 37 tys. dol. Oznacza to, że stosunek wynagrodzeń wyniósł 347:1. Dane pochodzą z szacunków Bureau of Labor Statistics, ale wkrótce będą przekazywane bezpośrednio przez firmy.

Ujawnione dane będą z pewnością ważnym argumentem w dyskusji na temat wzrostu nierówności dochodowych w USA. Niektóre firmy obawiają się, z jakim medialnym odbiorem spotkają się tak duże dysproporcje. Boją się także reakcji pracowników, a szczególnie tych, którzy zarabiają poniżej mediany płac.

Za wprowadzeniem podobnych rozwiązań opowiedziała się brytyjska premier Teresa May. Nad ujawnieniem dysproporcji płac w sektorze bankowym zaczynają zastanawiać się również członkowie Parlamentu Europejskiego.

Pracuj, a garb ci wyrośnie

Pracuj, a garb ci wyrośnie

O 300 proc. w ciągu roku wzrosła liczba skarg kierowanych do inspekcji pracy przez Ukraińców pracujących w Polsce. Najczęściej zgłaszanym problemem jest brak wypłacania wynagrodzenia.

Coraz więcej obywateli Ukrainy pracuje w Polsce. W pierwszej połowie 2017 r. pracodawcy zarejestrowali ponad 935 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia im pracy – wynika z nieoficjalnych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Tylko w ciągu miesiąca (od maja do czerwca) ich liczba wzrosła o prawie 162 tys. W całym 2017 r. firmy złożyły 1,3 mln takich oświadczeń.

Od pracy do wynagrodzenia droga jednak bywa w Polsce wyboista. Rośnie skala nadużyć pracodawców w stosunku do przedstawicieli tej nacji. W 2017 roku do Państwowej Inspekcji Pracy wpłynęło 1433 skarg od obywateli zza wschodniej granicy. 21 proc. z nich było zasadnych. To prawie trzy razy więcej niż rok wcześniej.

Potwierdzają to dane PIP. Najwięcej Ukraińców skarży się na niewypłacanie wynagrodzenia (co trzecia osoba), a także na brak podpisanej umowy, niewypłacanie minimalnego wynagrodzenia (bez względu na rodzaj umowy, czyli miesięcznego lub godzinowego), niewypłacanie należności z tytułu podróży służbowej i w końcu – niewydawanie świadectwa pracy.

Przede wszystkim jednak problemem jest nielegalne zatrudnianie Ukraińców, które prowadzi do ich wykorzystywania i w konsekwencji – niewypłacania całości lub części umówionych pieniędzy. Pracodawcy lekceważą także konieczność przeprowadzania szkoleń BHP, również w niebezpiecznych warunkach, np. na budowach.

„Cieszy wzrost liczby Ukraińców zwracających się po wsparcie do Państwowej Inspekcji Pracy. Oznacza on bowiem, że coraz większa liczba migrantów jest zatrudniana w Polsce legalnie i w związku z tym nie boi się inspektorów PIP (którzy w przypadku pracy nielegalnej mogą ukarać migranta grzywną i doprowadzić do jego wydalenia z Polski). Z drugiej jednak strony tak duża liczba skarg pokazuje, że cały czas mamy do czynienia z łamaniem praw pracowniczych migrantów” – mówi prezes Stowarzyszenia Interwencji Prawnej Witold Klaus.

Niepełne talerze?

Niepełne talerze?

Inspekcja Handlowa wykryła nieprawidłowości aż u 71 proc. firm zajmujących się przygotowaniem i dostarczaniem jedzenia do placówek żywienia zbiorowego, np. szpitali, szkół, sanatoriów i domów dziecka.

O wstrząsających wynikach kontroli kilka dni temu poinformował UKOIK. Najpoważniejsze nieprawidłowości to brak informacji o alergenach, stosowanie tańszych składników, używanie przeterminowanej żywności, niehigieniczne warunki przechowywania jedzenia, zaniżane porcje oraz niezgodność jadłospisu z umowami, które firmy cateringowe zawarły ze szkołami, szpitalami lub innymi instytucjami. W jednym ze żłobków zgodnie z jadłospisem posiłek dla dzieci miał zawierać m.in. masło, kakao i sałatkę owocową z jogurtem naturalnym. Zamiast tego maluchy dostały: miks tłuszczowy, napój kakaowy typu instant i produkt jogurtopodobny.

Jak pisze portal Business Insider, niektóre z kontrolowanych firm próbowały uzupełniać brakujące informacje lub modyfikować jadłospisy już w czasie kontroli. Inspekcja Handlowa nałożyła mandaty o łącznej wysokości 28 tys. zł.