Rodzime ma pierwszeństwo

Rodzime ma pierwszeństwo

Pierwszy protest rolników-producentów warzyw i ziemniaków odbył się 7  marca 2018 w Błaszkach i Wróblewie pod Sieradzem (woj. łódzkie). W obudemonstracjach wzięło ok. 400 rolników, którzy blokowali drogę krajowąnr 12. Sytuacja powtórzyła się w piątek, 9 marca.

W piątek 16 marca kilka minut po godzinie 10 już po raz trzeci rolnicy z powiatu sieradzkiego wyszli na drogę, aby oprotestować coraz gorszą ich zdaniem sytuację w rolnictwie. Nie zgadzają się, aby do naszego kraju były sprowadzane płody rolne z zagranicy – w Polsce produkuje się tyle płodów rolnych, że nie potrzeba ich importować z zagranicy. „Protestujemy, bo sytuacja w rolnictwie jest dramatyczna, to, co dzieje się dzisiaj w Polskim rolnictwie to jest dramat, Polska stała się śmietniskiem Europy i śmietniskiem całego świata poprzez brak wykazywania inicjatywy przez służby, które powinny kontrolować towary, które przyjeżdżaj do Polski. I nie może tak być, że do Polski może dzisiaj wszystko przywieźć, wstawić do sklepów i sprzedawać jako polskie” – powiedział Michał Kołodziejczyk, Prezes Unii Warzywno-Ziemniaczanej. Do protestu rolników z gminy Błaszki włączył się również burmistrz Karol Rajewski: „Tak, to jest już trzeci protest w naszej gminie, za każdym razem jestem tutaj, byłem również na proteście we Wróblewie, dlatego, że rzeczywiście rolnicy od wielu, wielu lat są po prostu bagatelizowani i oszukiwani przez kolejne rządy”.

Rolnicy domagają się, aby rząd i instytucje mu podległe dokładnie zajął się importem produktów rolno-spożywczych do Polski. Dotyczy to także importu wewnątrzwspólnotowego w ramach UE.

„Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że do Polski są ściągane ziemniaki z Francji, Niemiec czy Holandii i tutaj konfekcjonowane w opakowania, z których wynika, że te ziemniaki zostały wyhodowane w Polsce – mówi Kołodziejczak.  Dlatego rolnicy domagają się znacznego zwiększenia kontroli, i to niezapowiedzianych, przez Państwową Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa, UOKiK czy Inspekcję Transportu. Mogłoby to zmniejszyć skalę importu warzyw i ziemniaków do Polski.

Rolnicy chcą także zwrócić uwagę na oburzająco niskie ceny, jakie otrzymują za swoje produkty. Często rolnik za 1 kg ziemniaków otrzymuje jedynie 20 groszy, podczas gdy 1 kg tych samych ziemniaków w markecie kosztuje 2-3 złote.

Demonstranci liczą, że w przyszłości uda się wprowadzić w Polsce podobne regulacje, jakie obowiązują w niektórych państwach Zachodniej Europy, gdzie rolnik otrzymuje za swoje produkty co najmniej cenę minimalną pozwalającą pokryć chociażby koszty wyhodowania płodów rolnych.

Wśród postulatów strajkujących rolników jest też ten dotyczący wyrównania stawek dopłat bezpośrednich pomiędzy gospodarstwami z Polski i ze „starej” UE. Rolnicy chcą też dymisji Krzysztofa Jurgiela z funkcji ministra rolnictwa.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Uciekająca waluta

Uciekająca waluta

Aż 2/3 Polaków uważają, że Polska nie wejdzie do strefy euro w ciągu najbliższej dekady. Jednocześnie 29 proc. badanych sądzi, że nowej waluty nie przyjmiemy nigdy.

Ogólnopolskie badanie przeprowadzone przez dom badawczy SW Research na zlecenie instytucji płatniczej AKCENTA, pokazało, że Polacy raczej sceptycznie patrzą na perspektywy wejścia Polski do strefy euro w najbliższych latach. Przeszło co trzeci badany (34,8 proc.) wskazał, że spodziewa się, że nasz kraj przyjmie wspólną walutę w ciągu najbliższej dekady. W ocenie 23,7 proc. najprawdopodobniej nastąpi to w okresie od 11 do 20 lat, natomiast, co dziesiąty (9,7 proc.) spodziewa się, że Polska znajdzie się w niej najwcześniej za 21 do 30 lat, a według 3,1 proc. może to potrwać jeszcze dłużej. Jednocześnie aż 29 proc. Polaków sądzi, że Polska nigdy nie wejdzie do strefy euro. „Zapytaliśmy Polaków o ich przewidywania, a nie chęć wejścia do strefy euro” – komentuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

A co z chęciami? W zeszłorocznym badaniu Eurobarometru Polska była jednym z trzech krajów, którego większość obywateli opowiedziało się przeciwko przyjęciu nowej waluty. Tak wskazało w naszym kraju 55 proc. badanych. Wyższy odsetek negatywnego stosunku do wprowadzenia wspólnej waluty zanotowano jedynie w Szwecji (62 proc.) i Czechach (70 proc.). Szwedzi od dawna deklarują, że nie chcą w swoim kraju euro – zadecydowali tak w narodowym referendum w 2003 r.

Do strefy euro przystąpiło na razie 19 z 28 państw członkowskich Unii Europejskiej. Najmłodszymi członkami unii walutowej są kraje bałtyckie. Wspólną walutę w 2011 r. przyjęła Estonia, w 2014 r. Łotwa i w 2015 r. Litwa. Przystąpienie do strefy jest częścią „pakietu unijnego, który kraje przyjmują wraz z członkostwem. We wspólnotowej historii były jednak przypadki uzyskiwania przez państwa klauzuli „opt-out”, która umożliwia odstąpienie od określonej sfery polityki UE, np. kwestii zastąpienia waluty krajowej przez euro. Taką opcję wyboru zapewniły sobie m.in. Dania i Wielka Brytania. Pozostałe 6 krajów, które przyjęły zapisy o wejściu do obszaru euro, ale wciąż mają lokalne waluty, to – poza Polską – Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Rumunia, Szwecja i Węgry.

Fikcyjny system

Fikcyjny system

Najwyższa Izba Kontroli twierdzi, że polski system zatrudniania cudzoziemców jest fikcją. W Polsce pracuje nawet 1 mln obywateli Ukrainy, jednak tylko 400 tys. z nich robi to legalnie. Uproszczony system wydawania wiz na podstawie oświadczenia przyszłego pracodawcy sprawia, że do Polski napływa wiele osób, które nie są potem legalnie zatrudniane, a polski pracodawca nigdy nie zgłasza ich do ubezpieczenia społecznego.

Liczba wiz wydawanych Ukraińcom rośnie w imponującym tempie – w 2016 r. wydano ich 652 tys., a w roku ubiegłym już 845 tys. Polskie placówki konsularne na Ukrainie wydały w okresie 2014–2016 łącznie ponad 3 mln wiz, w tym 1,3 mln pracowniczych. W tym czasie placówki Czech, Słowacji i Węgier wydały ich jedynie 16 tys. – ponad 180 razy mniej.

Jak informuje forsal.pl, prawdopodobnie te statystyki są efektem wprowadzonego u nas w 2012 r. uproszczonego systemu zatrudniania. Pozwala on cudzoziemcom na podjęcie pracy po tym jak zostanie zarejestrowane w urzędzie pisemne oświadczenie pracodawcy. Według NIK ten system przyczynia się jednak do kombinatorstwa. Na prośbę kontrolerów Izby Straż Graniczna skontrolowała 48 podmiotów, które zarejestrowały oświadczenia o zamiarze zatrudnienia cudzoziemców i wystąpiły o zezwolenie na pracę dla nich. Z obcokrajowców, którzy na ich podstawie przekroczyli granicę, 72 proc. w ogóle nie podjęło legalnego zatrudnienia. Co więcej, na podstawie danych z ZUS ustalono, że praktycznie nie zgłaszano takich osób do ubezpieczenia.

Według NIK to świadczy o tym, że oświadczenia i zezwolenia na pracę są wykorzystywane po to, by cudzoziemcy dostali wizę do kraju, który jest w strefie Schengen. – W szczególności dotyczy to firm, które rejestrują fikcyjną działalność gospodarczą i nie mają możliwości organizacyjno-finansowych zatrudnienia cudzoziemców – diagnozuje NIK.

NIK zwraca uwagę, że urzędy konsularne na wschodzie nie były przygotowane na wprowadzenie uproszczonej procedury zatrudniania cudzoziemców. Nie miały dostępu do baz danych powiatowych urzędów pracy oraz Straży Granicznej, której funkcjonariusze kontrolują podmioty deklarujące chęć przyjęcia ich do pracy.

NIK zwraca też uwagę na braki kadrowe. Urzędnik konsularny na rozpatrzenie wniosku miał, w zależności od placówki, od dwóch do czterech minut. Przyczyna tego stanu rzeczy jest banalnie prosta – urzędnicy są zalewani wnioskami i zazwyczaj z góry przyjmują, że dane w nich zawarte są wiarygodne. Badanie próby 500 losowo wybranych spraw wykazało, że urzędnicy zweryfikowali jedynie 29 proc. z nich, a zatem tylko co trzeci wniosek.

System jest więc dziurawy, a jego słabości są skrzętnie wykorzystywane zarówno przez pracowników ze Wschodu, jak i pracodawców z Polski. Sytuacja może jednak ulec poprawie. Z początkiem tego roku wprowadzono rejestry spraw dotyczących oświadczeń o zatrudnieniu cudzoziemca. Dostęp do nich zyskał konsul, co umożliwi lepszą weryfikację przedkładanych dokumentów. Wprowadzono też możliwość odmowy wpisania oświadczenia do ewidencji, jeśli z okoliczności wynika, że zostało ono złożone dla pozoru. Przedsiębiorców zobowiązano też – pod karą grzywny – do pisemnego powiadamiania powiatowych urzędów pracy najpóźniej w dniu, gdy cudzoziemiec rozpoczął pracę.

Kolejka do spokojnej głowy

Kolejka do spokojnej głowy

Liczba dzieci z problemami psychicznymi rośnie w bardzo szybkim tempie. Oddziały psychiatryczne mają jednak obłożenie 150-160 proc. Mali pacjenci są kwaterowani na korytarzach lub na oddziałach dla dorosłych. Resort zdrowia dopiero zaczyna prace nad planem naprawczym.

„Mamy 22 łóżka, wszystkie zajęte. 11 dzieci przyjęliśmy na oddziały dla dorosłych i tam czekają, aż zwolni się miejsce” – mówi Joanna Pleskot-Kaczmarek z wojewódzkiego szpitala psychiatrycznego w Gdańsku. W warszawskim Instytucie Psychiatrii na oddziale dziecięcym na 28 miejsc jest 40 pacjentów. Część leży na korytarzu. W dziecięcym szpitalu klinicznym w stolicy ostatnio przyjęto 11 chorych ponad limit 30. Jedną osobę położono na podłodze. To wszystko przypadki pilne, dzieci, u których stwierdzono zagrożenie życia.

Z badań przeprowadzonych wśród warszawskich gimnazjalistów wynika, że objawy depresyjne ma co piąta 15-latka. Według policji przez trzy lata o jedną trzecią zwiększyła się liczba nastolatków próbujących odebrać sobie życie. Międzynarodowe porównania nie pozostawiają wątpliwości, że jest źle, szczególnie jeśli chodzi o polskie dziewczęta. Ich ocena zadowolenia z życia jest najgorsza spośród wszystkich uczestników badania przeprowadzonego w 42 krajach.

Eksperci przygotowują plan zmian. Zespół działający przy resorcie zdrowia lada moment przedstawi projekt rozwiązań mających zacząć działać od 2019 r. Podstawą ma być rozwinięcie oferty pomocy psychologicznej blisko miejsca zamieszkania dziecka. „Tak jak w przypadku dorosłych, ważny jest rozwój opieki środowiskowej. Model musi się jednak różnić od tego dla dorosłych, ponieważ dzieci mają inne potrzeby” – mówi dr hab. Barbara Remberk, konsultant w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. W założeniu ma to być trójstopniowy model opieki: będzie się zaczynał od różnych niemedycznych form pomocy w środowisku dziecka (dom rodzinny, szkoła), drugim stopniem będzie leczenie ambulatoryjne – w poradniach, a dopiero ostatnim – szpital.

Jak pisze portal zdrowie.dziennik.pl, NFZ i Ministerstwo Zdrowia zwiększyły w tym roku o 10 proc. wycenę w pomocy psychiatrycznej w placówkach ambulatoryjnych. To jednak nie wystarczy. Opieka w środowisku dziecka prawie nie istnieje. Czasem jest pedagog w szkole, czasem pomoże poradnia psychologiczno-pedagogiczna, działają też poradnie zdrowia psychicznego. Brak jednak terapii rodzinnej.

Jak tłumaczy dr Tomasz Rowiński z Instytutu Psychologii UKSW, członek zespołu przy MZ, wsparcie ma zaczynać się od poziomu bazowego, którym miałoby być poradnictwo psychologiczno-pedagogiczne, obecnie funkcjonujące w ramach systemu edukacji. Jeśli szkoła sobie nie radzi z problemami, kieruje dalej: na poziom pierwszy, w którym funkcjonują zespoły terapeutyczne. Na kolejnym etapie, w którym działałyby m.in. oddziały dzienne, dochodziłaby opieka lekarza psychiatry. Trzeci poziom to ośrodki dyżurujące całodobowo. Miałyby móc przyjąć wszystkich pacjentów w stanie zagrożenia życia. Sprawowałyby kluczową funkcję w systemie: wspólnie z ośrodkami pierwszego i drugiego poziomu w terenie ustalałyby najlepszą formę pomocy dla pacjenta oraz prowadziły szkolenia dla specjalistów.

Plan zakłada też wprowadzenie nowego zawodu: terapeuty środowiskowego dzieci i młodzieży. Do jego zadań należeć będą m.in. koordynacja, wsparcie i współpraca ze specjalistami ze szkoły.

Abyśmy spełniali standardy WHO, powinno być 10 psychiatrów na 100 tys. populacji dzieci i młodzieży. Obecnie jest czterech.