Śmierć za zakrętem

Śmierć za zakrętem

Z podsumowania Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Transportu wynika, że polskie drogi są najbardziej śmiercionośne w Unii.

O sprawie informuje portal brd24.pl. Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu (ETSC) opublikowała najnowszy raport dotyczący bezpieczeństwa ruchu drogowego. Okazuje się, że ostatnimi czasy żaden kraj w Europie nie poprawił poziomu bezpieczeństwa na swoich drogach, a Polska wypada w zestawieniu bardzo słabo. Nadal jesteśmy na piątym miejscu od końca pod względem ofiar śmiertelnych wypadków liczonych na milion mieszkańców. Częściej umierają w wypadkach tylko Bułgarzy, Rumuni i Serbowie.

W najbezpieczniejszej pod tym względem Norwegii w 2017 r. wypadkach ginęło 20 osób na milion mieszkańców. Niewiele więcej w Wielkiej Brytanii i Szwecji – mniej niż 28 na milion. W Danii, Irlandii, Holandii, Estonii, Niemczech i Hiszpanii w wypadkach traciło życie 32-39 osób na milion mieszkańców.

W Polsce ten wskaźnik wyniósł 74 osoby na milion mieszkańców. Średnio na polskich drogach ginie więc trzykrotnie więcej Polaków niż Brytyjczyków na ich trasach. Żadnym pocieszeniem nie jest dla nas to, że są jeszcze kraje gorsze od nas w Europie – czyli zamykające stawkę Serbia (92), Bułgaria (96) oraz Rumunia (99).

ETSC zestawiła także dane dotyczące śmiertelności na drogach uwzględniające liczbę ofiar na miliard kilometrów przejechanych przez samochody – to jeden z najbardziej dokładnych wskaźników, bo oddaje też natężenie ruchu na drogach. Okazuje się, że biorąc pod uwagę ostatnie trzy lata (2015-2017), polskie drogi stanowią dla kierowców największe śmiertelne niebezpieczeństwo w Europie.

Z danych ETSC widać wyraźnie, że od 2001 r. w ograniczaniu liczby ofiar wypadków prześcignęli nas nie tylko ci, którzy ten wskaźnik mieli już niewielki (a więc było im trudniej), ale także kraje takie jak Estonia, Litwa, Łotwa czy wreszcie Czechy i Słowacja.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Co czwarta na czarno

Co czwarta na czarno

Według rocznego sprawozdania Państwowej Inspekcji Pracy co czwarta kontrolowana firma zatrudniała na czarno.

PIP przeprowadziła w 2017 roku 24 tys. kontroli legalności zatrudnienia. 14 tys. osób pracowało bez legalnej umowy. Na czarno zatrudniają przede wszystkim małe firmy z branży budowlanej, przemysłowej czy handlowej.

Prawie 2 tys. kontroli dotyczyło przestrzegania czasu pracy, wypłaty wynagrodzeń czy płatności za nadgodziny. Okazało się, że co czwarta kontrola wykazała nieprawidłowości. Pracodawcy nie płacili za pracę po godzinach i spóźniali się z wypłatami wynagrodzeń. Uwagę zwraca także znaczna skala nieprzestrzegania zasady przeciętnie pięciodniowego tygodnia pracy – czytamy w sprawozdaniu PiP.

Dzięki działaniom Państwowej Inspekcji Pracy ponad 17 tys. osób, które pracowały w oparciu o umowę cywilnoprawną lub bez żadnej umowy, otrzymało w 2017 r. umowy o pracę. To dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.

Coraz szczelniej

Coraz szczelniej

Jak ujawnia Najwyższa izba Kontroli, poprawiła się skuteczność aparatu skarbowego w zapobieganiu wyłudzeniom podatku VAT. W 2017 r. dochody z podatku od towarów i usług  były o 24 proc., czyli o 30 mld zł  wyższe niż w 2016 r.

Wpływy z podatku VAT stanowią podstawowe źródło dochodów budżetu państwa (ponad 40 proc.). W latach 2013-2015 zjawisko wyłudzania VAT występowało na szeroką skalę. Nasiliło się wykorzystywanie fikcyjnych faktur. NIK zauważa, że sytuacja poprawiła się w kontrolowanym przez Izbę okresie 2016 r. i I połowie 2017r. W 2017 r. dochody z podatku od towarów i usług wzrosły o 24 proc., czyli o 30 mld zł w porównaniu do roku poprzedniego. Obniżył się także poziom luki podatkowej w VAT.

Izba podkreśla, że osiągnięty w 2017 r. wyraźny wzrost dochodów z VAT był efektem dobrej koniunktury w gospodarce, ale także poprawy ściągalności tego podatku.

Jedną z ważniejszych zmian było wprowadzenie  obowiązku comiesięcznego przesyłania przez podatników informacji o prowadzonej ewidencji zakupu i sprzedaży VAT w postaci jednolitego pliku kontrolnego (JPK _VAT) oraz obowiązku przesyłania na żądanie organu podatkowego całości lub części ksiąg podatkowych oraz dowodów księgowych. Na podstawie danych z JPK_VAT w Ministerstwie Finansów prowadzono analizy w celu identyfikacji podmiotów podejrzewanych o nieprawidłowości w rozliczeniach podatkowych.

Od 1 marca 2017 r. zaczął funkcjonować nowy model administracji skarbowej – Krajowa Administracja Skarbowa, która powstała z połączenia administracji podatkowej, Służby Celnej i kontroli skarbowej. Celem zmiany było m.in. zwiększenie efektywności współpracy wszystkich organów administracji skarbowej, usprawnienie przepływu informacji i w rezultacie zwiększenie skuteczności tych służb w zwalczaniu oszustw podatkowych. Dzięki m.in. KAS wykryto karuzele podatkowe, w których brało udział co najmniej 170 firm polskich i 55 zagranicznych, zatrzymano 13 członków grupy przestępczej, która wyłudziła 124 mln zł VAT oraz udaremniono wyłudzenie zwrotu 160 mln zł podatku.

Zwiększyły się efekty kontroli rozliczeń VAT prowadzonych przez urzędy skarbowe w 2016 r. w porównaniu do 2015 r. Kwota stwierdzonych nieprawidłowości wyniosła 7,6 mld zł i była o ponad 50 proc. wyższa niż w 2015 r. W 2017 r. spadła liczba fikcyjnych faktur ujawnionych przez urzędy celno-skarbowe, a przed 1 marca urzędy kontroli skarbowej.  W 2016 r. ujawniono ich ponad 421 tys. (o blisko 17 proc. więcej niż w 2015 r.) na kwotę ponad 103,8 mld zł. (o blisko 27 proc. wyższą niż w 2015 r.). W I półroczu 2017 r. ujawniono 98,4 tys. fikcyjnych faktur na kwotę 20,6 mld zł (odpowiednio o 52 proc. i o 47 proc. mniej niż w I półroczu 2016 r.).

Przepaść pozornie zasypana

Przepaść pozornie zasypana

Jak wynika z najnowszych danych GUS, w ubiegłym roku nierówności dochodowe w naszym kraju spadły. Różnica pomiędzy bogatymi a biednymi wciąż jest jednak ogromna, znacznie większa niż np. w krajach skandynawskich. Systemowym rozwiązaniem tego problemu mogłoby być wzmocnienie związków zawodowych.

Portal solidarnosc.katowice.pl informuje o raporcie GUS, który ukazał się pod koniec maja bieżącego roku. „Sytuacja gospodarstw domowych w 2017 r.” to raport, w którym zawarte zostały m.in. statystyki dotyczące zróżnicowania tzw. dochodu rozporządzalnego w poszczególnych grupach gospodarstw domowych. Dochód rozporządzalny to suma wszystkich dochodów w rodzinie (wynagrodzenie za pracę, świadczenia, emerytalne, rentowe i socjalne, dochody ze zgromadzonego kapitału itp.) pomniejszona o podatek dochodowy oraz składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Z danych GUS wynika, że dochód rozporządzalny na osobę w 20 proc. najbardziej majętnych rodzin w naszym kraju wyniósł w ubiegłym roku 3090 zł miesięcznie. To oznacza, że był on 4,7 razy wyższy od dochodu 20 proc. najniżej uposażonych gospodarstw domowych. Jedna piąta najbiedniejszych rodzin w Polsce mogła wydać miesięcznie jedynie 665 zł na osobę. Rok wcześniej najbogatsi mieli do dyspozycji 5,2 razy więcej pieniędzy od najuboższych, a w 2013 roku 6,7 razy więcej. W ocenie ekspertów GUS to wskazuje na istotne obniżenie dysproporcji dochodowych w Polsce. – Wiadomo, że gdy bezrobocie jest rekordowo niskie, rośnie płaca minimalna, a dodatkowo funkcjonują szczodre programy socjalne w rodzaju „Rodziny 500+”, różnice dochodowe maleją i bardzo dobrze, że tak się dzieje. Pytanie brzmi jednak, czy ten trend uda się utrzymać np. w czasie dekoniunktury gospodarczej. Trzeba też pamiętać, że nierówności dochodowe wciąż są w naszym kraju większe, niż np. w końcówce lat 80-tych ubiegłego wieku – mówi dr hab. Adam Mrozowicki, socjolog z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jednak koncentracja majątku w rękach najbogatszych stale się powiększa. Warto również zauważyć, że przedstawione przez GUS dane dotyczące dochodu rozporządzalnego nie oddają w pełni rzeczywistego obrazu różnic w poziomie życia najbogatszych i najbiedniejszych Polaków. Zupełnie inne wnioski na ten temat można wyciągnąć na podstawie publikowanych przez Narodowy Bank Polski danych dotyczących rozkładu majątku w poszczególnych grupach gospodarstw domowych. W 2016 roku 41 proc. całkowitego majątku netto gospodarstw domowych znajdowało się w posiadaniu 10 proc. najbogatszych. Tymczasem 20 proc. najmniej zasobnych rodzin posiadało wówczas zaledwie 1 proc, całkowitego majątku gospodarstw domowych.

Na kluczową rolę związków zawodowych w niwelowaniu nierówności płacowych wskazuje również dr hab. Adam Mrozowicki. – Nieprzypadkowo najniższe zróżnicowanie wynagrodzeń w UE występuje w takich krajach, jak Szwecja, Dania czy Finlandia, gdzie związki zawodowe są bardzo silne. Również w warunkach polskich wyraźnie widać, że najwyższy odsetek tzw. biednych pracujących występuje w branżach, w których poziom zorganizowania pracowników jest bardzo niski – zaznacza cytowany przez Łukasza Karczmarzyka ekspert z Uniwersytetu Wrocławskiego.

To właśnie wzmocnienie pozycji związków zawodowych oraz presja na zawieranie układów zbiorowych pracy, zwłaszcza na poziomie branżowym, mogłoby być sposobem na zniwelowanie nierówności dochodowych. – Podwyższenie płacy minimalnej czy programy socjalne są oczywiście szalenie istotne, ale są to działania doraźne, skuteczne tu i teraz. Natomiast, gdy mówimy o rozwiązaniach systemowych, instytucjonalne wzmocnienie zdolności przetargowych pracowników oraz możliwości organizowania się w związki zawodowe wydaje się być metodą o wiele bardziej skuteczną – wskazuje dr hab. Mrozowicki.