Chore szkoły

Chore szkoły

W ponad 50 proc. szkół podstawowych nie ma gabinetów pomocy przedlekarskiej. Szczególnie źle jest na wsiach – brakuje ich w blisko 70 proc. placówek. Dlatego pielęgniarki często udzielają świadczeń w nieodpowiednich warunkach np. w salach lekcyjnych, stołówkach, a nawet w piwnicach. Niewiele szkół ma także gabinety stomatologiczne – wynika z nowego raportu Najwyższej Izby Kontroli.

W 1999 r. po reorganizacji opieki zdrowotnej nad dziećmi i młodzieżą w wieku szkolnym, gdy wprowadzono instytucję lekarza rodzinnego, ze szkół zniknęli lekarze i dentyści. Nie oznaczało to jednak całkowitej rezygnacji z funkcjonowania w placówkach oświatowych pomocy pielęgniarek i higienistek szkolnych. Dyrektor szkoły powinien zapewnić uczniom możliwość korzystania z gabinetu profilaktyki zdrowotnej i pomocy przedlekarskiej. NIK alarmuje, że tak się jednak nie dzieje, bowiem dostęp do nich w szkołach jest ograniczony. Znacząca liczba szkół po prostu ich nie posiada. Ich brak uniemożliwia pielęgniarce i higienistce szkolnej prawidłową realizację świadczeń.

Występują duże dysproporcje w liczbie szkół posiadających gabinety pomocy przedlekarskiej  między miastem a wsią. Ma je zdecydowanie więcej szkół w miastach. Na wsi gabinety są tylko w jednej trzeciej szkół podstawowych i gimnazjów.

Zdaniem NIK zmiany wymaga czas pracy pielęgniarek w szkołach. Obecnie zależy on od liczby uczniów, a nie czasu pracy szkoły i bytności w niej uczniów. W tej sytuacji  w mniejszych szkołach pielęgniarka może przychodzić do szkoły tylko raz lub kilka razy w tygodniu, bądź codziennie na zaledwie kilka godzin. Uczniowie powinni być objęci opieką pielęgniarek w wymiarze czasu wprost proporcjonalnym do planu godzin lekcyjnych, a nie ich liczby w szkole.

Dodatkowo kontrola NIK wykazała, że pielęgniarki nie były dostępne w szkole nawet w tym czasie, który wynikał z liczby uczniów objętych opieką.

W celu poprawy dostępności profilaktyki zdrowotnej w szkołach i wyposażenia gabinetów, w 2017 r., zagwarantowano specjalne środki w budżecie państwa. Wojewodowie przekazali je samorządom w postaci dotacji. Zainteresowanie było jednak mniejsze niż zakładano. Spośród 16 kontrolowanych przez NIK samorządów tylko sześć ( ponad 37 proc.) złożyło wnioski o dofinansowanie wyposażenia 55 gabinetów. Powodem był brak zainteresowania samorządów warunkami funkcjonowania pielęgniarek w szkołach. Może o tym świadczyć fakt, iż wśród 16 skontrolowanych jednostek samorządu terytorialnego dziewięć  w ogóle nie wspierało finansowo szkół w zakresie prowadzenia lub  tworzenia gabinetów.  Jak wyjaśniano, przyczyną tego z kolei był brak wniosków od dyrektorów szkół o takie wsparcie lub trudności lokalowe placówek w wydzieleniu odpowiedniego pomieszczenia na gabinet.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Urzędy pracy dowiozą do zakładów?

Urzędy pracy dowiozą do zakładów?

Wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed poinformował, że rząd rozważa dowóz osób bezrobotnych w miejsca zatrudnienia przez urzędy pracy.

Jednym z zasadniczych problemów, który dotyczy osób bezrobotnych, jest brak transportu” – mówi Stanisław Szwed. Jak podkreśla, wielu bezrobotnych chce podjąć pracę, ale nie mogą, gdyż z ich miejscowości nie ma jak dojechać do miejsca zatrudnienia. Według niego, w takich sytuacjach transportem powinny się zająć samorządy.

W rozmowie z portalem pulshr.pl wiceminister odniósł się do sytuacji w transporcie zbiorowym w niektórych miejscach w Polsce. W likwidacji są m.in. spółki PKS Ostrołęka, PKS Ciechanów i PKS Mińsk Mazowiecki. Zdaniem wiceszefa resortu rodziny i pracy, to problem nie tylko dla pracowników i uczniów, którzy nie mogą dojechać do pracy i szkoły, ale również dla osób bezrobotnych. „Jest kilka dobrych przykładów, gdzie samorząd przejął transport publiczny. Niestety większość z nich pozbywa się tego zobowiązania, sprzedając spółki prywatnym przedsiębiorcom bądź w ogóle je likwidując. Efekt jest taki, że podstawowe obowiązki wynikające z zapewnienia transportu na poziomie powiatu nie są do końca wypełniane”  mówi Szwed.

„Szukamy też rozwiązań, żeby urzędy pracy miały możliwość wsparcia bezrobotnych, nie tylko jeśli chodzi o oferty pracy, ale również o dowóz takich osób do ewentualnego miejsca pracy” dodał Szwed.

Również według eksperta Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i redaktora portalu Rynekpracy.org Łukasza Komudy, warto się zastanowić, czy samorządy nie powinny przejąć likwidowanych lokalnych połączeń. Zaznaczył jednak, że koszty takiego transportu powinny być dopasowane do kieszeni pracowników. „Osoby, które potrzebują transportu zbiorowego, zazwyczaj zarabiają niewiele. W polskich warunkach mediana to jest 2,5 tys. na rękę. Dlatego istotne jest, jaką część zarobków przeznaczymy na dojazdy do pracy. Drogie autobusy czy pociągi częściowo wyjaśniają, dlaczego niektórzy nie podejmują pracy oddalonej o kilkanaście kilometrów od swojego domu” mówił.

„Pracodawcom trudno zrozumieć, że można mieć trudności z dotarciem do pracy, bo rzadko poruszają się rowerem czy komunikacją zbiorową. Nie potrafią myśleć takimi kategoriami. Zaczynają dostrzegać ten problem dopiero, kiedy w najbliższej okolicy nie można znaleźć pracowników na rynku pracy i trzeba ten transport zorganizować podkreślił Komuda w rozmowie z portalem pulshr.pl.

Śmierć za zakrętem

Śmierć za zakrętem

Z podsumowania Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Transportu wynika, że polskie drogi są najbardziej śmiercionośne w Unii.

O sprawie informuje portal brd24.pl. Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu (ETSC) opublikowała najnowszy raport dotyczący bezpieczeństwa ruchu drogowego. Okazuje się, że ostatnimi czasy żaden kraj w Europie nie poprawił poziomu bezpieczeństwa na swoich drogach, a Polska wypada w zestawieniu bardzo słabo. Nadal jesteśmy na piątym miejscu od końca pod względem ofiar śmiertelnych wypadków liczonych na milion mieszkańców. Częściej umierają w wypadkach tylko Bułgarzy, Rumuni i Serbowie.

W najbezpieczniejszej pod tym względem Norwegii w 2017 r. wypadkach ginęło 20 osób na milion mieszkańców. Niewiele więcej w Wielkiej Brytanii i Szwecji – mniej niż 28 na milion. W Danii, Irlandii, Holandii, Estonii, Niemczech i Hiszpanii w wypadkach traciło życie 32-39 osób na milion mieszkańców.

W Polsce ten wskaźnik wyniósł 74 osoby na milion mieszkańców. Średnio na polskich drogach ginie więc trzykrotnie więcej Polaków niż Brytyjczyków na ich trasach. Żadnym pocieszeniem nie jest dla nas to, że są jeszcze kraje gorsze od nas w Europie – czyli zamykające stawkę Serbia (92), Bułgaria (96) oraz Rumunia (99).

ETSC zestawiła także dane dotyczące śmiertelności na drogach uwzględniające liczbę ofiar na miliard kilometrów przejechanych przez samochody – to jeden z najbardziej dokładnych wskaźników, bo oddaje też natężenie ruchu na drogach. Okazuje się, że biorąc pod uwagę ostatnie trzy lata (2015-2017), polskie drogi stanowią dla kierowców największe śmiertelne niebezpieczeństwo w Europie.

Z danych ETSC widać wyraźnie, że od 2001 r. w ograniczaniu liczby ofiar wypadków prześcignęli nas nie tylko ci, którzy ten wskaźnik mieli już niewielki (a więc było im trudniej), ale także kraje takie jak Estonia, Litwa, Łotwa czy wreszcie Czechy i Słowacja.

Co czwarta na czarno

Co czwarta na czarno

Według rocznego sprawozdania Państwowej Inspekcji Pracy co czwarta kontrolowana firma zatrudniała na czarno.

PIP przeprowadziła w 2017 roku 24 tys. kontroli legalności zatrudnienia. 14 tys. osób pracowało bez legalnej umowy. Na czarno zatrudniają przede wszystkim małe firmy z branży budowlanej, przemysłowej czy handlowej.

Prawie 2 tys. kontroli dotyczyło przestrzegania czasu pracy, wypłaty wynagrodzeń czy płatności za nadgodziny. Okazało się, że co czwarta kontrola wykazała nieprawidłowości. Pracodawcy nie płacili za pracę po godzinach i spóźniali się z wypłatami wynagrodzeń. Uwagę zwraca także znaczna skala nieprzestrzegania zasady przeciętnie pięciodniowego tygodnia pracy – czytamy w sprawozdaniu PiP.

Dzięki działaniom Państwowej Inspekcji Pracy ponad 17 tys. osób, które pracowały w oparciu o umowę cywilnoprawną lub bez żadnej umowy, otrzymało w 2017 r. umowy o pracę. To dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.