Bez kasy nie ma innowacji

Bez kasy nie ma innowacji

Według Najwyższej Izby Kontroli pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki. Środki finansowe zamiast na projekty o wysokim potencjale innowacyjnym zbyt często przeznaczane są na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla gospodarki. W efekcie Polska wciąż, mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia, jest  na ostatnich pozycjach w europejskich rankingach innowacyjności.

Główna przyczyna słabości polskiej innowacyjności od lat jest taka sama – brak przemyślanej strategii oraz źle skonstruowane programy wsparcia, które nie promują najbardziej innowacyjnych projektów. W efekcie pomoc ze środków publicznych udzielona w ramach skontrolowanych programów nie wpływa na wskaźniki innowacyjności ani w skali kraju, ani w poszczególnych województwach objętych badaniem. Nie uległa zmianie zarówno pozycja Polski, jak i poszczególnych województw w rankingu innowacyjności krajów i regionów prowadzonym przez Komisję Europejską.

W krajach rozwiniętych aż 2/3 wzrostu gospodarczego łączy się z wprowadzaniem innowacji. Wyniki prowadzonego przez Unię Europejskiego Rankingu Innowacyjności (European Innovation Scoreboard – EIS) wskazują, że Polska od  2010 r. znajduje się w grupie „umiarkowanych innowatorów” (25-26 miejsce wśród 28 państw europejskich).  Według danych Ministerstwa Skarbu Państwa działania innowacyjne są prowadzone przede wszystkim w dużych firmach. W latach 2013-2015 udział przedsiębiorstw, które wprowadziły innowacje procesowe i produktowe wyniósł 44 proc., podczas gdy w przypadku małych firm było to dwukrotnie mniej: 21 – 23 proc.

Co się dzieje, gdy nie ktoś nie dostaje wsparcia na swój pomysł? Środki publiczne pełnią ważną rolę w uaktywnianiu innowacyjności: przedsiębiorcy w zdecydowanej większości przypadków (24 na 30) rezygnowali z realizacji innowacyjnych projektów, gdy nie otrzymali publicznego wsparcia.

Kontrola NIK dotyczyła lat 2011-2016. Izba objęła kontrolą 13 programów pomocowych, w tym 4 Regionalne Programy Operacyjne w województwach: mazowieckim, śląskim, warmińsko-mazurskim oraz lubelskim. Kontrolą objęto 34 jednostki, m. in: PARP, NCBR oraz 4 urzędy marszałkowskie oraz 24 przedsiębiorców. Przedsiębiorcy te otrzymali łącznie 15 mld zł pomocy. Sprawdzono realizację kilkudziesięciu  projektów, zarówno od strony dysponentów, jak i beneficjentów pomocy, o wartości odpowiednio: 426 mln i 896 mln PLN.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Powrót pańszczyzny?

Powrót pańszczyzny?

„Solidarność” zaskarży do Komisji Europejskiej wprowadzoną przez PiS regulację dotyczącą umowy pomocy przy zbiorach. Zdaniem związkowców nowe przepisy łamią unijną dyrektywę i są wyjątkowo niekorzystne dla pracowników.

Jak pisze portal businessinsider.com.pl, chodzi o nowelizację ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników, która została przygotowana przez rząd PiS, uchwalona przez parlament i weszła w życie w maju br. W art. 91a wprowadzono do polskiego prawa nowy typ umowy cywilnoprawnej dla pracowników sezonowych, czyli niesławną umowę o pomocy przy zbiorach.

Jej wprowadzenie ma teoretycznie wyeliminować zatrudnianie na czarno pomocników rolnych oraz zawieranie z nimi umów o dzieło, które nie są objęte ubezpieczeniem. Według znowelizowanej ustawy, pomocnik rolnika przy zbiorach podlega ubezpieczeniu wypadkowemu, chorobowemu i macierzyńskiemu.

Związek zawodowy wskazuje wytyka jednak poważne braki w nowym prawie. W komunikacie poinformował, że ten typ umowy nie podlega art. 304 kodeksu pracy, która reguluje kwestie bezpieczeństwa i higieny pracy, a sama ustawa o ubezpieczeniu społecznym rolników nie ma autonomicznych norm dot. BHP. Nie ma więc w niej ograniczeń dotyczących, np. maksymalnego dźwigania ręcznego. Związkowcy uważają, że pomocnik rolnika nie będzie w żaden sposób zabezpieczony przy używaniu środków chemicznych, w tym bardzo groźnych dla życia i zdrowia pestycydów.
Zdaniem „Solidarności” to złamanie Dyrektywy 89/391/EWG mówiącej o obowiązkach państwa wobec bezpieczeństwa i zdrowia pracowników w miejscu pracy.

„Wyczerpaliśmy wszelkie możliwości krajowe przeciwstawienia się tej groźnej i niedopuszczalnej regulacji, która de facto przywraca w Polsce parobków” – tak złożenie skargi do KE tłumaczy Piotr Duda, szef „Solidarności”, cytowany w komunikacie związku.

Danina solidarnościowa to za mało

Danina solidarnościowa to za mało

Związek zawodowy „Solidarność” krytycznie ocenia projekt ustawy o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia osób Niepełnosprawnych. Jego zdaniem nowe przepisy są nieprecyzyjne i mogą obrócić się przeciwko potrzebującym. Lepsza byłaby realna progresja podatkowa.

Jak informuje portal tysol.pl, prezydium Komisji Krajowej zwraca uwagę na brak ścisłego określenia, jakie zadania i programy ma realizować Fundusz. Kształt art. 10 ustawy rodzi obawy, że z tych środków mogą być finansowane podobne lub nawet te same zadania co ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Zdaniem „Solidarności” taka konstrukcja nowych przepisów może spowodować, że podmioty publiczne poczują się zwolnione z poszukiwania środków na wsparcie osób niepełnosprawnych w ramach własnych budżetów, a ograniczą się jedynie do aplikowania o wsparcie z nowego Funduszu, co potwierdzają dotychczasowe doświadczenia z PFRON.

Prezydium KK krytykuje również brak spójności pomiędzy tworzonym Funduszem, a programem „Dostępność+”: „Tworząc Fundusz Solidarnościowy i równolegle uruchamiając program „Dostępność+” warto kompleksowo przemyśleć podział kompetencji pomiędzy podmiotami uczestniczącymi w realizacji i finansowaniu działań składających się na proces rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Warte przeanalizowania są tutaj istotne zmiany w zakresie podziału zadań pomiędzy PFRON a Funduszem Solidarnościowym” – czytamy w opinii.

Związek ma też poważne zastrzeżenia co do finansowania nowego Funduszu, dla którego w budżecie na rok 2019 nie ustalono wysokości składki. „W projekcie znalazły się ogólne propozycje wykorzystani na te cel środków z Funduszu Pracy, co zasługuje na krytykę” – czytamy. Fundusz Pracy będzie po raz kolejny wykorzystywany niezgodnie ze swoim przeznaczeniem, na co „Solidarność” nie wyraża zgody.

Według projektu ustawy przychodem Funduszu jest również danina solidarnościowa, którą mają płacić osoby fizyczne, osiągające w roku podatkowym dochody w wysokości przekraczającej kwotę 1000000 zł. Od nadwyżki powyżej tej kwoty mają odprowadzić 4 proc. składki. Tymczasem z uzasadnienia nie wynika, jak określono pułap dochodu, który zobowiązuje do uiszczenia tej daniny.

„Po co tworzyć taką fikcję, gdzie w praktyce wprowadza się trzeci próg podatkowy nie wprowadzając go. Trzeba mieć cywilną odwagę i wprowadzić większą progresję, o co od lat postuluje Solidarność, a nie tworzyć budzące wątpliwości protezy” – ocenił Piotr Duda, szef Solidarności. „PiS zlikwidował trzeci próg, teraz niech go przywróci”.

Wysypiska nadal płoną

Wysypiska nadal płoną

Temat podpaleń wysypisk śmieci szybko znikł z pierwszych stron gazet i telewizyjnych czołówek. Ale odpady nadal płoną – pożarów jest tyle samo, co wiosną. Składowisk nie podpala wcale mafia. Najczęściej robią to jednostki budżetowe lub prywatni przedsiębiorcy, którzy nie mają możliwości poddania śmieci recyklingowi w ramach prawa.

Jak informuje Portal Samorządowy, ksperci twierdzą, że tylko zmiany w finansowaniu systemu i opłacalność recyklingu mogą zapobiec nielegalnym praktykom. „Nowo uchwalone prawo, mimo optymizmu, jaki prezentuje Ministerstwo Środowiska, da niewiele. To zaszło zbyt daleko i chodzi o zbyt duże pieniądze, żeby ci, którzy czerpią zyski, tak łatwo zrezygnowali – mówi szef jednego z przedsiębiorstw, prosząc o anonimowość. – Tym ludziom po prostu opłaca się ryzykować, bo na takim jednym pożarze można zarobić miliony, a ewentualna kara? Nawet gdyby doszło do wpadki, to proces będzie się toczył latami, w najlepszym – z punktu widzenia sprawiedliwości – razie, skończy się wyrokiem w zawieszeniu i niechby nawet milionową karą. Pewnym ludziom to się po prostu nadal opłaca”.

Po tym, jak w pierwszym kwartale tego roku zanotowano ponad 80 pożarów różnego rodzaju odpadów (od plastików, poprzez opony i odpady wielkogabarytowe), tematem zajęły się wszystkie media. Dokonano kilku zatrzymań (w jednym z przypadków podpalaczami okazali się byli strażacy), przechwycono kilka nielegalnych transportów odpadów z Niemiec. Powstał projekt nowej ustawy o gospodarowaniu odpadami.

Eksperci są jednak zgodni, że przepisy swoje, ale ukrócić przestępczy proceder może dobrze działający rynek. Po prostu recykling musi być opłacalny bardziej niż podpalanie magazynów.

„W 90 proc. płoną odpady zmagazynowane przez jednostki budżetowe lub przedsiębiorców, którzy wygrali przetarg i nie wiedzą, co dalej z tymi odpadami zrobić, ponieważ nie ma możliwości pozbycia się ich poprzez legalne poddanie recyklingowi czy odzyskowi energetycznemu. Palą się magazyny, czyli odpady zebrane, posortowane, ale brakuje końcowego elementu, czyli odzysku energetycznego albo recyklingu, bo na to potrzebne są dodatkowe środki. W krajach UE odpad, który nie nadaje się do recyklingu, jest przekazywany do producentów paliwa alternatywnego. Oni przygotowują paliwo do wykorzystania energetycznego w cementowniach bądź elektrociepłowniach. W Polsce takich przepisów nie ma” – mówi Jerzy Ziaja z jednego z przedsiębiorstw.

Do tego, aby działanie firm recyklingowych stało się opłacalne, zdaniem niemal wszystkich ekspertów potrzebne jest wprowadzenie zmiany, o której w Ministerstwie Środowiska się nie mówi: konieczna jest finansowa odpowiedzialność producentów za wprowadzone na rynek opakowania.