Praca w drodze to też praca

Praca w drodze to też praca

Badania przeprowadzone przez Uniwersytet Zachodniej Anglii wykazały, że 54 proc. pracowników, którzy dojeżdżają do pracy koleją, podczas podróży czyta i pisze służbowe maile, mimo że ich czas pracy jeszcze się nie zaczął. Według badaczy ten czas powinien być wliczany do ogólnego czasu pracy.

Jak pisze portal money.pl, nim uczelnia sformułowała takie wnioski, przebadała ponad pięć tysięcy pracowników i ich przyzwyczajenia. Wniosek badaczy jest prosty – skoro ludzie i tak wykonują zawodowe obowiązki w czasie dojazdów, to powinny być one wliczane do czasu pracy. Naukowcy z Bristolu podkreślili też, że w czasach smartfonów i szybkiego internetu bezprzewodowego, granica pomiędzy pracą a czasem wolnym bardzo się zamazuje. „Dzisiaj musimy od nowa odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę stanowi praca i jak ją powinno się liczyć. To ogromne wyzwanie naszych czasów” – tak w telewizji BBC komentowała wyniki badań dr Juliet Jain z Uniwersytetu Zachodniej Anglii.

Brytyjska organizacja biznesmenów Institute of Directors próbuje storpedować pomysł, sugerując, że doprowadziłby on do „niższej produktywności”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Biedronka nie odpuszcza

Biedronka nie odpuszcza

„Solidarność” z sieci sklepów Biedronka weszła w spór zbiorowy z pracodawcą. Związkowcy domagają się skrócenia godzin pracy w soboty oraz zwiększenia zatrudnienia.

Jak pisze interia.pl, godziny pracy w soboty zostały wydłużone do 23:00 ze względu na zakaz handlu w niedziele. Jednak o tej porze mało kto robi zakupy, utarg jest niewielki, a w dodatku w sklepach pojawiają się osoby pod wpływem alkoholu i innych używek. Nie raz pracownicy wzywali policję. Sieć wydłużyła godziny pracy, ale nie zapewniła pracownikom odpowiedniej ochrony.

Po zakończeniu pracy o jedenastej wieczorem sprzedawcy nie idą od razu do domu, lecz sprzątają i podliczają stan kas – w rezultacie są wolni około północy. Związkowcy domagają się zwiększenia zatrudnienia w sklepach. Argumentują, że pracownicy sieci skarżą się, że są obarczani pracą ponad siły. „Poziom zatrudnienia w poszczególnych sklepach jest taki sam lub mniejszy niż np. 10 lat temu. Tymczasem w tym okresie znacząco wzrósł asortyment. Nie trzeba pracować w Biedronce, żeby zobaczyć, że pracowników jest za mało. Klienci też widzą, jak pracownicy biegają po sklepie, wykładają towar, wypiekają pieczywo, a w międzyczasie obsługują klientów na kasie, gdy zrobi się kolejka” – mówi szef związku w Biedronce Piotr Adamczak.

„Solidarność” domaga się również wprowadzenia regulaminu wynagradzania, nowego regulaminu pracy oraz zmiany systemu premiowego, który w ocenie związkowców jest niesprawiedliwy. „Premie w naszej sieci są oparte na sprecyzowanych kryteriach, a jednocześnie mają charakter uznaniowy, więc koniec końców to, czy pracownik dostanie premię, czy nie, zależy od arbitralnej decyzji przełożonych. W praktyce wygląda to tak, że z jednej strony Biedronka chwali się w mediach podwyżkami wynagrodzeń, a z drugiej pozbawia pracowników premii” – wskazał Adamczak.

Nie róbmy tajemnicy z pensji

Nie róbmy tajemnicy z pensji

Partia Nowoczesna zapowiada złożenie w sejmie projektu nowelizacji Kodeksu pracy. Nakładać ma ona na pracodawców obowiązek informowania o wysokości wynagrodzenia w ofercie zatrudnienia.

Koniec z uznawaniem pensji za temat tabu – sygnalizuje Nowoczesna. Projekt zakłada też, że w przypadku, gdy wskazuje się minimalną i maksymalną wysokość wynagrodzenia, w informacji o możliwości zatrudnienia umieszcza się wzmiankę, że kwota ta podlega negocjacji. Według projektu firmie, która nie będzie podawać tzw. widełek wynagrodzenia, będzie grozić kara grzywny.

„Jasna informacja dotycząca widełek płacowych w ogłoszeniu o pracę jest rzeczą oczekiwaną przez bardzo wielu Polaków” – mówi szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer.

Jak informuje tvn24.bis, w Polsce zdecydowana większość pracodawców nie ujawnia wysokości wynagrodzeń, kiedy szuka pracowników.

Badanie dla HRK Employer Branding wskazuje, że przed rokiem tylko około 19 proc. firm decydowało się ujawnić wysokość wynagrodzenia już w ogłoszeniu. To niewiele, ale i tak wielokrotnie więcej niż jeszcze cztery lata temu, kiedy było to zaledwie 3,5 proc. Zatrudniający nie robią tego, mimo że aż 86 proc. badanych w 2016 roku przez Ibris osób oczekiwało, że w ogłoszeniu znajdzie się taka informacja.

Outsourcing ma krótkie nogi

Outsourcing ma krótkie nogi

Sąd orzekł, że publiczny nadawca nie miał prawa w 2014 r. wyprowadzić swoich pracowników do firmy zewnętrznej, co zrobił, żeby zaoszczędzić na ich płacach.

Jak donosi forsal.pl, Sąd Okręgowy w Warszawie stwierdził, że Telewizja Polska pozostaje pracodawcą osób przeniesionych latem 2014 r. do firmy Leasing Team. To pierwszy wyrok w cyklu ok. 80 spraw między TVP a Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Dotyczy pięciu z ponad 400 osób, które w 2014 r. trafiły do firmy zewnętrznej LeasingTeam. Sąd pogrupował wszystkie te przypadki w sprawy, z których każda obejmuje pięć osób.

Umowa z LT była pomysłem ówczesnego zarządu TVP – kierowanego przez prezesa Juliusza Brauna – na zmniejszenie kosztów zatrudnienia. Do firmy zewnętrznej trafili głównie dziennikarze, a także montażyści, graficy i charakteryzatorzy. Stamtąd pracowali na rzecz telewizji, robiąc to samo, co przed outsourcingiem. Oszczędności szacowano na kilka milionów złotych rocznie. LT zachęcał przeniesione osoby do przejścia z etatów na działalność gospodarczą (były za to bonusy finansowe), przeprowadzał też zwolnienia. Ostatnie 88 osób straciło zatrudnienie w połowie 2016 r., gdy skończył się dwuletni kontrakt na outsourcing, a nowy zarząd TVP – kierowany przez Jacka Kurskiego – nie chciał go przedłużyć. ZUS zajął się outsourcingiem pracowników TVP w 2015 r. Na wniosek związku zawodowego Wizja przeprowadził kontrolę i stwierdził, że osoby przeniesione do LeasingTeam są nadal pracownikami telewizji. I to ona ma płacić za nie składki. Przemawiało za tym m.in. to, że wciąż pracowali na tych samych stanowiskach i z takim samym zakresem obowiązków.

Kolejne wyroki zapadną tej jesieni.