Ostatnie grosze idą do komornika

Ostatnie grosze idą do komornika

Kwota wolna od zajęcia przez komornika w praktyce często bywa zajmowana, ponieważ banki przerzuciły na dłużnika konieczność informowania komornika, z jakiej puli pochodzą wpływające na konto bankowe środki.

Okazuje się, że ochrona prawna dłużników jest dziurawa. Kwotę wolną od zajęcia – jedną czwartą świadczenia ZUS (emerytury lub renty) lub taką sumę z konta bankowego, by pozostało na nim 1540 zł miesięcznie, czyli kwota równa najniższemu wynagrodzeniu – komornik może także bez problemu zająć. Mimo obowiązującej ochrony dłużnika, która zakłada, że ma on egzekucję komorniczą przeżyć i nie może zostać pozbawiony środków do życia, pieniądze z kont znikają. Dlaczego? Jak pisze portal wyborcza.biz, banki nie informują komorników, z jakiej puli pochodzą środki zdeponowane na koncie. W efekcie komornik nie wie, że są wśród nich takie, których ruszyć nie może.

Podobna sytuacja miała miejsce, gdy w 2016 roku wprowadzono świadczenie wychowawcze 500 plus. Od razu zajmowali je komornicy. Dlaczego? Bo zgodnie z przepisami, kiedy wpływały na konto dłużnika, przestawały być chronionymi świadczeniami, a stawały się zwykłymi oszczędnościami, które komornik może zabrać. Wygląda na to, że ten mechanizm dotyczy także kwot wolnych od zajęć.

Do tego ustawodawca zrzucił na dłużnika obowiązek informowania komornika o tym, że na określony rachunek wpływa emerytura czy renta, i komornik traktuje tę kwotę jako zwykłe wpływy dłużnika. W przypadku 500 plus dopiero zmiana przepisów oraz stworzenie przez banki tzw. kont socjalnych spowodowały, że świadczenie rzeczywiście zaczęło być chronione przed zajęciem. Dziś komornik nie może zabrać: alimentów, wszelkich świadczeń z pomocy społecznej, zasiłków i oczywiście 500 plus. Może jednak emeryturę i rentę.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Życie za zyski

Życie za zyski

Kolumbijski rząd oskarżył właśnie 13 byłych dyrektorów handlującej bananami firmy Chiquita za zamordowanie setek lokalnych mieszkańców w latach 1997-2004.

Portal colombiareports.com informuje, że kolumbijska prokuratura orzekła, że oskarżeni używali szwadronów śmierci i korzystali z pomocy grup paramilitarnych, by zwiększyć zyski firmy. To pierwsze takie zarzuty sądowe od ponad dekady.

Domniemywa się, że Chiquita wspierała darowiznami grupy bojówkarskie, zwłaszcza paramilitarną grupę AUC. Niedaleko plantacji firmy miało miejsce ponad 4 tysiące zabójstw, 1300 osób zniknęło bez wieści, a prawie 1700 zostało zmuszonych do wyprowadzki. Prokuratura twierdzi, że firma miała świadomość tych wydarzeń, a nawet kierowała nimi i podejmowała odnośne decyzje.

W latach 1997-2004 Chiquita wpłaciła bezpośrednio na konta bankowe AUC ponad 1,7 miliona dolarów.

Deweloper więcej nie wyciśnie?

Deweloper więcej nie wyciśnie?

W 2018 r. nastąpił spadek sprzedaży nowych mieszkań, pomimo ich niedoboru na rynku. Chętni do zakupu nie są w stanie płacić szaleńczych stawek za metr kwadratowy.

Jak informuje portal wyborcza.biz, już wiosną 2018 r. rozpoczął się trend wskazujący na spadek zainteresowania zakupem nowych mieszkań deweloperskich. W tamtym okresie metr kwadratowy kosztował odpowiednio: ponad 8 tys. zł w Warszawie, 7 tys. w Krakowie i 6,5 tys. w Gdańsku.

Zdaniem ekspertów branży nieruchomości dopiero bunt kupujących może przyhamować galopujące ceny (wzrost średnio o 8,5 proc. w porównaniu do 2017 r.).

– Ceny po prostu dojdą do granicy, przy której klienci się zbuntują i nie będą skłonni płacić więcej – komentował w lipcu Bartłomiej Baranowski z Domiporty.
Już w II kwartale 2018 r. zaczęto obserwować spadek sprzedaży – według danych firmy doradczej REAS o ponad 15 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem i o ponad 11 proc. z analogicznym okresem 2017 r.

Deweloperzy na razie nie zapowiadają obniżki cen, tłumacząc się „wysokimi kosztami budowy” i cenami działek w miastach. Rozważają za to sprzedaż wiązaną, np. dorzucenie gratis garażu przy wysokiej cenie za samo mieszkanie.

Mniej na pokaz

Mniej na pokaz

Jak wynika z raportu sporządzonego przez doradców ekonomicznych KGM & Associates i Global Efficiency Intelligence, firmy zajmującej się badaniami nad energią i środowiskiem, w 2015 r. prawie 20 proc. emisji gazów cieplarnianych w Indiach było powiązanych z produkcją towarów przeznaczonych na eksport, głównie do Stanów Zjednoczonych. Jednak kraje zachodnie wykazują mniejszą od prawdziwej emisję, by wydać się ekologicznymi.

O sprawie pisze portal forsal.pl, który informuje, że emisje z przywożonych towarów nie są brane pod uwagę przy zgłaszaniu przez odbiorców towarów, w tym przypadku kraje rozwinięte, swojej całkowitej emisji. Gdyby były brane pod uwagę, wiele obiecujących trendów klimatycznych zostałoby zanegowanych lub odwróconych. Na przykład osiągnięcia w zakresie redukcji emisji przez kraje rozwinięte w ramach Protokołu z Kioto faktycznie wystąpiłyby jako sprzedaż zewnętrzna dla krajów rozwijających się – to wnioski z raportu.

„Średnio jedna czwarta globalnego śladu węglowego (sumy emisji gazów cieplarnianych) pochodzi z importowanych towarów. Te ukryte strumienie unikają większości rodzajów polityki dotyczącej emisji dwutlenku węgla” – napisano także w raporcie.
Stany Zjednoczone są największym światowym importerem rzeczywistej emisji CO2, podczas gdy Chiny – zdecydowanie największym eksporterem. Indie należą również do pierwszej piątki eksporterów. Z szacunków wynika, że przeciętny Hindus przez zanieczyszczenie powietrza żyje około 1,5 roku krócej.