Droga jest, transportu brak

Droga jest, transportu brak

Szkolny autobus to w wielu gminach jedyny środek transportu. Nie wolno do niego wsiadać dorosłym, ale kierowcy przymykają oko, bo ponad 20 proc. sołectw nie ma obecnie transportu publicznego.

Do komunikacji publicznej mieszkańcy Polski powiatowej mają bardzo kiepski dostęp, tym bardziej że w 2017 r. miała miejsce fala likwidacji połączeń autobusowych i przedsiębiorstw PKS. Jak informuje wyborcza.pl, dla wielu mieszkańców ostatnim ratunkiem są przewozy szkolne. Samorządy mają obowiązek z własnych pieniędzy organizować dowóz dzieci do szkół, jeśli te są odległe o co najmniej 4 km od domów dzieci.

Pozostałym mieszkańcom nie wolno jeździć tymi autobudami. Kierowcy jednak czasem przymykają na to oko i pozwalają wsiadać wszystkim, choć to wbrew przepisom. Zdarza się, że kierowcy nie mają zastępców i na przykład siadają za kierownicą z ręką w gipsie albo zastępuje ich woźny czy wójt. Gminy nie mają też pieniędzy na wymianę starych gimbusów, kupionych przez państwo 20 lat temu. Sprawność pojazdów kwestionowała Najwyższa Izba Kontroli kilka lat temu: 20 proc. z nich nie powinno było w ogóle jeździć.

W obliczu braku możliwości podróżowania pomiędzy wsiami i miasteczkami niektóre gminy rezygnują ze starego systemu i otwierają szkolne przewozy dla wszystkich. Kontrakty nie dotyczą wtedy wyłącznie dowozów do szkół, ale też całodziennych i weekendowych kursów. Przewozy nadal są darmowe dla dzieci i młodzieży, w autobusie jedzie opiekun, ale inni mieszkańcy też się mogą dosiadać. Wychodzi taniej. Bo, w przeciwieństwie do przewozów zamkniętych, nie trzeba płacić 100 proc. kosztów. Dzieci kupują bowiem bilety miesięczne, za które przysługuje ustawowa zniżka (49 proc.), a ta finansowana jest przez samorządy wojewódzkie. Gminy muszą tylko dopłacić resztę. Poza tym w otwartych przewozach przychody generują też pozostali pasażerowie, którzy płacą za bilety. Gmina oszczędza do 40 proc.

Na dłuższą metę jednak niewiele z tego wynika. Polska cały czas czeka na nową ustawę o transporcie publicznym.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pensja nadal tabu

Pensja nadal tabu

W Polsce nadal w dobrym tonie jest nie rozmawiać o wynagrodzeniach. Tymczasem Finowie co roku 1 listopada mogą zajrzeć do zeznań podatkowych innych obywateli.

Jak donosi pulshr.pl, tego dnia przed urzędami skarbowymi tworzą się kolejki. „New York Times” określił ten zwyczaj „dniem zazdrości”, bo to właśnie wtedy Finowie mogą bezkarnie zajrzeć do zeznania swojego szefa czy sąsiada.

„New York Times” zwraca uwagę, że zwyczaj publikowania zeznań podatkowych wyróżnia Finlandię nawet na tle innych skandynawskich państw, słynących z transparentności. Prawie żadna inna narodowość na świecie nie decyduje się na taką otwartość. Jednak, jak przekonują sami Finowie, „Dzień Narodowej Zazdrości” pozwala śledzić nierówności, kontrolować różnice w wynagrodzeniach między najbogatszymi Finami a szeregowymi pracownikami.

W Polsce zarobki są wciąż jedną z największych tajemnic i to zarówno pracodawców, jak i pracowników. Jak wynika z ubiegłorocznych badań MonsterPolska.pl, firmy chętnie dowiedziałaby się, ile płaci konkurencja. Z drugiej strzegą informacji o siatkach płac we własnej firmie.

W jaki sposób pracodawcy starają się utrzymać wysokość wynagrodzeń w tajemnicy? Po pierwsze, bardzo rzadko informują o wynagrodzeniu w ogłoszeniu o pracę. Po drugie, temat płacy często nie pojawia się na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej. A potem wymagają od pracowników podpisania lojalki o tajemnicy na temat wysokości otrzymywanego wynagrodzenia.

Jednocześnie pracodawcy próbują dowiedzieć się, jakie stawki oferuje konkurencja. Służą temu m.in. analizy raportów płacowych. Chwalenie się wynagrodzeniami jest firmom nie na rękę, gdyż tajemnica płac sprawia, że łatwiej ukryć nierówności płacowe chociażby ze względu na płeć.

[Zdjęcie: rawpixel.com]

Praca jest szkodliwa?

Praca jest szkodliwa?

Najnowsze badania wskazują, że praca jest piątą najczęstszą przyczyną śmierci mieszkańców USA, czyli jest tak samo szkodliwa, jak bierne palenie.

W artykule dla magazynu „Quartz” Cedar P. Carlton i Jeffrey Pfeffer piszą, że praca to czynnik wywołujący wysoki poziom stresu, którego fizycznym skutkiem jest zmiana składu chemicznego krwi, między innymi groźne dla zdrowia podniesienie poziomu cholesterolu.

Metaanaliza setek badań na temat wpływu środowiska pracy na zdrowie i śmiertelność wykazała, że wiele jej aspektów, takich jak nadgodziny, brak kontroli, niepewność zatrudnienia czy zakłócenie równowagi pomiędzy życiem rodzinnym a zawodowym, jest tak samo szkodliwych dla zdrowia, jak bierne palenie.

Jak relacjonuje portal forsal.pl, negatywny wpływ miejsca zatrudnienia na stan zdrowia jest dobrze udokumentowany. Nie doprowadziło to jednak do podjęcia przez odpowiednie agencje ochrony pracy z krajów wysoko rozwiniętych odpowiednich środków, które miałyby na celu walkę z psychologicznymi spustoszeniami w firmach. Przepisy pracy wpłynęły na znaczne zmniejszenie liczby zgonów spowodowanych wypadkami czy kontaktem z chemikaliami, ale zupełnie nie obejmują specyfiki większości nowoczesnych miejsc pracy.

[Zdjęcie: Gerd Altman, pexels.com]

Niebezpieczna robota

Niebezpieczna robota

Według najnowszego raportu GUS w 2017 r. wydarzyło się prawie 90 tysięcy wypadków przy pracy. Zginęło w nich 270 osób.

Jak informuje Główny Urząd Statystyczny, a za nim portal pulshr.pl, 671 osób odniosło ciężkie obrażenia ciała. Najczęściej wypadkom ulegali mężczyźni w wieku 25-34 lata z najkrótszym stażem pracy, ale wypadki śmiertelne zbierały swoje żniwo głównie wśród mężczyzn w wieku 55-64 lata. Poszkodowani w wypadkach przy pracy ze skutkiem śmiertelnym o stażu pracy nieprzekraczającym trzy lata stanowili 57,8 proc. wszystkich osób poszkodowanych w wypadkach śmiertelnych, w tym 40,4 proc. stanowiły osoby ze stażem pracy nieprzekraczającym jeden rok.

W 2017 r. podobnie jak w latach poprzednich, wypadkom najczęściej ulegali mężczyźni, których udział w ogólnej liczbie poszkodowanych pozostał na poziomie z 2016 r. i wyniósł 62,3 proc.

Częstą przyczyną wypadków jest beztroskie podejście pracodawców do kursów BHP, przestarzały sprzęt i brak odpowiedniej odzieży roboczej.