Poczta podnosi płace

Poczta podnosi płace

Na mocy porozumienia płacowego nowo zatrudnieni pracownicy Poczty Polskiej będą po okresie próbnym zarabiali co najmniej 2500 zł brutto plus premie.

Wzrost stawek to konsekwencja kolejnego porozumienia płacowego, podpisanego w tym roku pomiędzy pracodawcą a działającymi w firmie związkami zawodowymi. Gwarantuje ono siódmą w ciągu dwóch lat podwyżkę, tym razem dla najmniej zarabiających pracowników Poczty, którzy otrzymają wyrównanie do kwoty minimum 2500 zł brutto. Większość pracowników zatrudniana jest na podstawie umowy o pracę.

Według informacji portalu pulshr.pl, zatrudnienie w Poczcie Polskiej wzrosło w latach 2016-18 o prawie 3500 osób, w tym roku do firmy dołączyło 1250 pracowników. Obecnie w spółce pracuje ponad 80 tys. osób. Stawka rekrutacyjna i stawka po okresie próbnym to wynagrodzenie zasadnicze, do którego należy doliczyć premię – ok. 270 zł brutto miesięcznie. Po roku pracy nabywa się prawo do tzw. łącznościówki, czyli premii rocznej. Jest to średniomiesięczne wynagrodzenie, do którego wlicza się premie, zaś po trzech latach przysługuje tzw. dodatek stażowy. Ten ostatni, w zależności od stażu pracy w firmie, wypłacany jest w wysokości od 3% do 20% wynagrodzenia zasadniczego.

[Zdjęcie: pixabay.com]

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nerwowa atmosfera nie sprzyja pracy

Nerwowa atmosfera nie sprzyja pracy

67 proc. badanych przez Kiwi Jobs pracowników zrezygnowało w życiu z pracy z powodu negatywnej atmosfery.

Jak pisze portal pulshr.pl, to najczęstsza przyczyna zmiany miejsca zatrudnienia. Inne wskazywane powody odejścia w tym badaniu to: brak porozumienia z bezpośrednim przełożonym (59 proc.), nieporozumienia i wewnętrzne rywalizacje wśród załogi (21 proc.), ale również nadgodziny i brak wyrozumiałości pracodawcy dla nieoczekiwanych wydarzeń losowych, w tym chorób, które utrudniły wykonanie obowiązków (17 proc.).

Wysokość wynagrodzenie zajmuje odległe drugie od końca miejsce wśród powodów rozwiązania stosunku pracy (18 proc). Jeszcze mniej respondentów stwierdza, że odeszłoby z pracy ze względu na lokalizacją lub rodzaj umowy, na mocy której wypełniają obowiązki (13 proc).

[Zdjęcie: freppik]

Starsi mają siedzieć w domu?

Starsi mają siedzieć w domu?

Według raportu NIK osoby starsze i niepełnosprawne wciąż mają kłopot z brakiem dostępności przestrzeni publicznej. Nie mogą swobodnie korzystać z muzeów, bibliotek czy ośrodków kultury.

Statystyki pokazują, że wzrasta liczba osób z niepełnosprawnościami oraz w wieku powyżej 60 lat. Dlatego zdaniem Najwyższej Izby Kontroli konieczne jest włączenie do polskiego ustawodawstwa zasady projektowania uniwersalnego. Teraz wygląda to tak, że obowiązujące przepisy są często nieprecyzyjne lub wręcz dopuszczają rozwiązania niezgodne z zasadą dostępności. W konsekwencji obiekty zaprojektowane i wybudowane zgodne z prawem nie zawsze są dostępne dla osób starszych lub z niepełnosprawnościami.

NIK podejmowała temat dostępności dla niepełnosprawnych już kilkakrotnie, np. sprawdzając jakość usług publicznych świadczonych osobom posługującym się językiem migowym (2014), dostępność komunikacji miejskiej (2013-2015), dostępność budynków użyteczności publicznej dla osób z niepełnosprawnościami (2009-2012), czy dostosowanie stron internetowych do potrzeb tych osób (2012-2015). Wspólny wniosek z tych kontroli NIK to – pomimo podejmowanych działań – brak optymalnych rozwiązań, które realnie i na dużą skalę poprawiałyby jakość życia osób niepełnosprawnych w Polsce.

„Chodzi o to, by przestrzeń publiczna była dostępna dla wszystkich. Dzieci, seniorzy, osoby niedowidzące, niedosłyszące, osoby z niepełnosprawnością umysłową czy ruchową powinny móc poruszać się po chodnikach, ulicach, budynkach, a także korzystać z informacji, usług i udogodnień na takich samych zasadach jak osoby pełnosprawne.
NIK zwraca też uwagę, że w bardzo wielu wypadkach usprawnienia dotyczyły głównie osób z niepełnosprawnością ruchową. Pojawiały się pochylnie, podjazdy czy podnośniki. Dużo rzadziej lub praktycznie wcale nie uwzględniano natomiast rozwiązań dla osób z innymi rodzajami niepełnosprawności” – mówi prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski.

Według prognoz GUS, w 2030 r. osoby w wieku powyżej 60 lat będą stanowiły prawie 30 proc. ludności Polski.  Proces starzenia się pociąga za sobą rosnące ryzyko występowania chorób, a w konsekwencji także spadku sprawności. Wraz z wiekiem rośnie liczba osób niepełnosprawnych biologicznie, czyli takich, którym stan zdrowia nie pozwala na wykonywanie różnych czynności. Zjawisko to postępuje po 70 roku życia. Według metodologii Eurostatu, wśród sześćdziesięciolatków ⅓ osób to osoby niepełnosprawne, wśród siedemdziesięciolatków to więcej niż połowa, zaś ponad ¾ osób z grupy 80+ to osoby z niepełnosprawnościami.

Żaden z 94 obiektów w 24 skontrolowanych gminach nie był wolny od barier lub niefunkcjonalnych rozwiązań, które uniemożliwiały osobom niepełnosprawnym swobodne korzystanie z tych obiektów. Co ważne, miejsca te były testowane także przez specjalistów z zakresu dostępności przestrzeni publicznej, w tym osoby z różnymi niepełnosprawnościami. NIK zwróciła uwagę, że już na etapie przygotowania i projektowania części działań i inwestycji brakowało rozwiązań mających poprawić dostępność przestrzeni publicznej. Ponadto w prawie 40 proc. przypadków w 21 gminach dokumentacja projektowa, techniczna czy przetargowa nie uwzględniała rozwiązań dla osób z różnymi niepełnosprawnościami – koncepcje usprawnień dotyczyły głównie osób z niepełnosprawnością ruchową.

[Zdjęcie – Matthias Zomer, pexels.com]

Droga jest, transportu brak

Droga jest, transportu brak

Szkolny autobus to w wielu gminach jedyny środek transportu. Nie wolno do niego wsiadać dorosłym, ale kierowcy przymykają oko, bo ponad 20 proc. sołectw nie ma obecnie transportu publicznego.

Do komunikacji publicznej mieszkańcy Polski powiatowej mają bardzo kiepski dostęp, tym bardziej że w 2017 r. miała miejsce fala likwidacji połączeń autobusowych i przedsiębiorstw PKS. Jak informuje wyborcza.pl, dla wielu mieszkańców ostatnim ratunkiem są przewozy szkolne. Samorządy mają obowiązek z własnych pieniędzy organizować dowóz dzieci do szkół, jeśli te są odległe o co najmniej 4 km od domów dzieci.

Pozostałym mieszkańcom nie wolno jeździć tymi autobudami. Kierowcy jednak czasem przymykają na to oko i pozwalają wsiadać wszystkim, choć to wbrew przepisom. Zdarza się, że kierowcy nie mają zastępców i na przykład siadają za kierownicą z ręką w gipsie albo zastępuje ich woźny czy wójt. Gminy nie mają też pieniędzy na wymianę starych gimbusów, kupionych przez państwo 20 lat temu. Sprawność pojazdów kwestionowała Najwyższa Izba Kontroli kilka lat temu: 20 proc. z nich nie powinno było w ogóle jeździć.

W obliczu braku możliwości podróżowania pomiędzy wsiami i miasteczkami niektóre gminy rezygnują ze starego systemu i otwierają szkolne przewozy dla wszystkich. Kontrakty nie dotyczą wtedy wyłącznie dowozów do szkół, ale też całodziennych i weekendowych kursów. Przewozy nadal są darmowe dla dzieci i młodzieży, w autobusie jedzie opiekun, ale inni mieszkańcy też się mogą dosiadać. Wychodzi taniej. Bo, w przeciwieństwie do przewozów zamkniętych, nie trzeba płacić 100 proc. kosztów. Dzieci kupują bowiem bilety miesięczne, za które przysługuje ustawowa zniżka (49 proc.), a ta finansowana jest przez samorządy wojewódzkie. Gminy muszą tylko dopłacić resztę. Poza tym w otwartych przewozach przychody generują też pozostali pasażerowie, którzy płacą za bilety. Gmina oszczędza do 40 proc.

Na dłuższą metę jednak niewiele z tego wynika. Polska cały czas czeka na nową ustawę o transporcie publicznym.