Kopcisz? Nie pojedziesz

Kopcisz? Nie pojedziesz

Koniec z fikcją przeglądów technicznych. Nadzór nad stacjami diagnostycznymi ma być odebrany starostwom i scentralizowany.

To odpowiedź państwa na plagę kopcących w centrach miast diesli. Fikcyjne badania techniczne, podczas których nikt nie sprawdza, ile i jakie spaliny wydobywają się z rur wydechowych, to wielki problem – w wielu miejscach zwyczajowo przegląd można „załatwić”. W efekcie dopuszczone do ruchu są pojazdy, które w ogóle nie powinny wyjechać na ulice. Cierpią na tym mieszkańcy, którzy duszą się m.in. od tlenku węgla i smogu.

Najwyższa Izba Kontroli w zeszłym roku zainteresowała się systemem diagnozowania pojazdów i nie zostawiła na nim suchej nitki. Jak informuje pulshr.pl, po zmianach za organizację i funkcjonowanie systemu badań technicznych pojazdów odpowiedzialny byłby podległy ministrowi infrastruktury Transportowy Dozór Techniczny (TDT). Do tej pory sprawowanie nadzoru nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów należało zaś do 380 starostów. Ci jednak – w ocenie rządzących – nie wywiązywali się dobrze ze swojego zadania. Skupienie władzy w rękach jednego organu ma pozwolić lepiej egzekwować przepisy.

Jakie jeszcze zmiany są planowane w projekcie nowego prawa? Ci, którzy pojawią się na przeglądzie po terminie (a okres prolongaty wyniesie maksymalnie 45 dni), zapłacą za niego o 50 proc. drożej. Z tych środków ma być finansowana działalność TDT i zatrudnienie personelu dozoru.

Ma to położyć kres sytuacjom, gdy zatwierdzenie przeglądu jest formalnością, a stempel w dowodzie rejestracyjnym można zdobyć bez większego problemu, niezależnie od tego, jakim gratem przyjechało się na stację. Sam resort infrastruktury na potwierdzenie tych patologii przywołuje wnioski z raportu NIK. Wynika z niego, że ponad połowa stacji skontrolowanych przez Izbę wykonywała badania samochodów po macoszemu, korzystając z urządzeń, które nie spełniały wymagań.

[Zdjęcie: sciencenordic.com]

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Poczta podnosi płace

Poczta podnosi płace

Na mocy porozumienia płacowego nowo zatrudnieni pracownicy Poczty Polskiej będą po okresie próbnym zarabiali co najmniej 2500 zł brutto plus premie.

Wzrost stawek to konsekwencja kolejnego porozumienia płacowego, podpisanego w tym roku pomiędzy pracodawcą a działającymi w firmie związkami zawodowymi. Gwarantuje ono siódmą w ciągu dwóch lat podwyżkę, tym razem dla najmniej zarabiających pracowników Poczty, którzy otrzymają wyrównanie do kwoty minimum 2500 zł brutto. Większość pracowników zatrudniana jest na podstawie umowy o pracę.

Według informacji portalu pulshr.pl, zatrudnienie w Poczcie Polskiej wzrosło w latach 2016-18 o prawie 3500 osób, w tym roku do firmy dołączyło 1250 pracowników. Obecnie w spółce pracuje ponad 80 tys. osób. Stawka rekrutacyjna i stawka po okresie próbnym to wynagrodzenie zasadnicze, do którego należy doliczyć premię – ok. 270 zł brutto miesięcznie. Po roku pracy nabywa się prawo do tzw. łącznościówki, czyli premii rocznej. Jest to średniomiesięczne wynagrodzenie, do którego wlicza się premie, zaś po trzech latach przysługuje tzw. dodatek stażowy. Ten ostatni, w zależności od stażu pracy w firmie, wypłacany jest w wysokości od 3% do 20% wynagrodzenia zasadniczego.

[Zdjęcie: pixabay.com]

Nerwowa atmosfera nie sprzyja pracy

Nerwowa atmosfera nie sprzyja pracy

67 proc. badanych przez Kiwi Jobs pracowników zrezygnowało w życiu z pracy z powodu negatywnej atmosfery.

Jak pisze portal pulshr.pl, to najczęstsza przyczyna zmiany miejsca zatrudnienia. Inne wskazywane powody odejścia w tym badaniu to: brak porozumienia z bezpośrednim przełożonym (59 proc.), nieporozumienia i wewnętrzne rywalizacje wśród załogi (21 proc.), ale również nadgodziny i brak wyrozumiałości pracodawcy dla nieoczekiwanych wydarzeń losowych, w tym chorób, które utrudniły wykonanie obowiązków (17 proc.).

Wysokość wynagrodzenie zajmuje odległe drugie od końca miejsce wśród powodów rozwiązania stosunku pracy (18 proc). Jeszcze mniej respondentów stwierdza, że odeszłoby z pracy ze względu na lokalizacją lub rodzaj umowy, na mocy której wypełniają obowiązki (13 proc).

[Zdjęcie: freppik]

Starsi mają siedzieć w domu?

Starsi mają siedzieć w domu?

Według raportu NIK osoby starsze i niepełnosprawne wciąż mają kłopot z brakiem dostępności przestrzeni publicznej. Nie mogą swobodnie korzystać z muzeów, bibliotek czy ośrodków kultury.

Statystyki pokazują, że wzrasta liczba osób z niepełnosprawnościami oraz w wieku powyżej 60 lat. Dlatego zdaniem Najwyższej Izby Kontroli konieczne jest włączenie do polskiego ustawodawstwa zasady projektowania uniwersalnego. Teraz wygląda to tak, że obowiązujące przepisy są często nieprecyzyjne lub wręcz dopuszczają rozwiązania niezgodne z zasadą dostępności. W konsekwencji obiekty zaprojektowane i wybudowane zgodne z prawem nie zawsze są dostępne dla osób starszych lub z niepełnosprawnościami.

NIK podejmowała temat dostępności dla niepełnosprawnych już kilkakrotnie, np. sprawdzając jakość usług publicznych świadczonych osobom posługującym się językiem migowym (2014), dostępność komunikacji miejskiej (2013-2015), dostępność budynków użyteczności publicznej dla osób z niepełnosprawnościami (2009-2012), czy dostosowanie stron internetowych do potrzeb tych osób (2012-2015). Wspólny wniosek z tych kontroli NIK to – pomimo podejmowanych działań – brak optymalnych rozwiązań, które realnie i na dużą skalę poprawiałyby jakość życia osób niepełnosprawnych w Polsce.

„Chodzi o to, by przestrzeń publiczna była dostępna dla wszystkich. Dzieci, seniorzy, osoby niedowidzące, niedosłyszące, osoby z niepełnosprawnością umysłową czy ruchową powinny móc poruszać się po chodnikach, ulicach, budynkach, a także korzystać z informacji, usług i udogodnień na takich samych zasadach jak osoby pełnosprawne.
NIK zwraca też uwagę, że w bardzo wielu wypadkach usprawnienia dotyczyły głównie osób z niepełnosprawnością ruchową. Pojawiały się pochylnie, podjazdy czy podnośniki. Dużo rzadziej lub praktycznie wcale nie uwzględniano natomiast rozwiązań dla osób z innymi rodzajami niepełnosprawności” – mówi prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski.

Według prognoz GUS, w 2030 r. osoby w wieku powyżej 60 lat będą stanowiły prawie 30 proc. ludności Polski.  Proces starzenia się pociąga za sobą rosnące ryzyko występowania chorób, a w konsekwencji także spadku sprawności. Wraz z wiekiem rośnie liczba osób niepełnosprawnych biologicznie, czyli takich, którym stan zdrowia nie pozwala na wykonywanie różnych czynności. Zjawisko to postępuje po 70 roku życia. Według metodologii Eurostatu, wśród sześćdziesięciolatków ⅓ osób to osoby niepełnosprawne, wśród siedemdziesięciolatków to więcej niż połowa, zaś ponad ¾ osób z grupy 80+ to osoby z niepełnosprawnościami.

Żaden z 94 obiektów w 24 skontrolowanych gminach nie był wolny od barier lub niefunkcjonalnych rozwiązań, które uniemożliwiały osobom niepełnosprawnym swobodne korzystanie z tych obiektów. Co ważne, miejsca te były testowane także przez specjalistów z zakresu dostępności przestrzeni publicznej, w tym osoby z różnymi niepełnosprawnościami. NIK zwróciła uwagę, że już na etapie przygotowania i projektowania części działań i inwestycji brakowało rozwiązań mających poprawić dostępność przestrzeni publicznej. Ponadto w prawie 40 proc. przypadków w 21 gminach dokumentacja projektowa, techniczna czy przetargowa nie uwzględniała rozwiązań dla osób z różnymi niepełnosprawnościami – koncepcje usprawnień dotyczyły głównie osób z niepełnosprawnością ruchową.

[Zdjęcie – Matthias Zomer, pexels.com]