Trzydniowy weekend to korzyść dla wszystkich

Trzydniowy weekend to korzyść dla wszystkich

Firmy z Nowej Zelandii i Wielkiej Brytanii testują wprowadzenie czterodniowego tygodnia pracy. Wstępne wyniki wskazują, że takie rozwiązanie jest korzystne dla pracowników, pracodawcy i państwa.

Wiosną 2018 r. nowozelandzka firma Perpetual Guardian, zajmująca się doradztwem majątkowym, przez dwa miesiące testowała, jak na pracowników i wyniki przedsiębiorstwa wpływa czterodniowy tydzień pracy. Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, po trwającej dwa miesiące próbie ogłoszono sukces.

Z ankiet wypełnianych przez pracowników wynika, że spadł odsetek osób, które miały problem z godzeniem życia zawodowego z osobistym: z początkowych 56 proc. do 22 proc. Poczucie przeładowania pracą spadło. Znowu z punktu widzenia pracodawcy zatrudnieni byli bardziej twórczy i pełni energii.

Eksperymentowi w Nowej Zelandii przyglądali się naukowcy. Stwierdzili, że przy 4-dniowym tygodniu pracy pracownicy czują się mniej zestresowani, bardziej zmotywowani i zaangażowani w swoje działania. Jednocześnie w biurze po prostu pracowali, nie robiąc sobie licznych przerw, i byli produktywni.

Wyniki wiosennej próby tak zadowoliły szefostwo Perpetual Guardian, że jesienią 2018 r. postanowiono na stałe wprowadzić regułę 32-godzinnego tygodnia pracy. Testować będą to także kolejne przedsiębiorstwa, m.in. w Wielkiej Brytanii – przeprowadzenie podobnej próby ogłosił zarząd firmy marketingowej Reflect Digital.

Międzynarodowa Organizacja Pracy już w 2015 roku oceniła, że czterodniowy tydzień pracy, z 36 godzinami pracy w tygodniu, byłby korzystny zarówno dla pracowników, jak i gospodarki. W Polsce problem podnosiła Partia Razem oraz Polskie Stronnictwo Ludowe.

[Zdjęcie: Oleksandr Pidvalnyi; pexels.com]

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Koniec łowienia nieszczęść

Koniec łowienia nieszczęść

PiS skierował do Sejmu projekt ustawy, która ma uregulować działalność firm walczących o odszkodowania od ubezpieczycieli.

Z pewnością każdy z nas widuje przyklejone na wiatach przystanków autobusowych czy słupach latarń karteczki z numerem telefonu i zachętą: „Miałeś wypadek? Zadzwoń!”. To kancelarie odszkodowawcze, firmy, które teoretycznie powstały po to, by za niewielkim wynagrodzeniem w imieniu klientów walczyć u ubezpieczycieli o niezaniżanie kwot odszkodowań. W praktyce okazało się, że to dla nich świetny interes. Wiele z nich, by jeszcze więcej zarabiać, zaczęło pozyskiwać dane osobowe poszkodowanych w wypadkach i zgłaszać się do nich, by skorzystali z usług takiej kancelarii. Jak? Przekupując lekarzy, pracowników szpitali oraz zakładów pogrzebowych.

Jak pisze wyborcza.biz.pl, przedstawiciele firm podtykali pacjentom oddziałów ratunkowych,  chirurgii urazowej czy neurologii umowy na usługi i pełnomocnictwa dające pośrednikom nieograniczone uprawnienia. Firmy brały nawet 40-procentowe prowizje, a odszkodowania wpływały na konta pośredników i tylko od nich zależało, ile pieniędzy i kiedy otrzyma ofiara wypadku.

Senacki projekt ustawy regulującej działanie kancelarii „ma chronić przede wszystkim osoby poszkodowane” i, co najważniejsze, zapewnić bezpieczeństwo pieniędzy przeznaczonych na odszkodowania.

Jak? Odszkodowania mają  trafiać bezpośrednio na konta poszkodowanych. Nie tak jak teraz na rachunki kancelarii odszkodowawczych. To poszkodowany zapłaci pośrednikowi zgodnie z umową wynagrodzenie, a nie będzie tygodniami oczekiwał na mocno okrojone odszkodowanie. Doradcy odszkodowawczy nie będą mogli brać prowizji wyższej niż 20 proc.

Senacki projekt zakazuje też reklamy działalności odszkodowawczej i akwizycji  np. w szpitalach i ich pobliżu, na cmentarzach, w domach pogrzebowych, a nawet w mieszkaniach  poszkodowanych. Umowa podpisana w takim miejscu będzie nieważna.

[Zdjęcie: rawpixel.com]

Kopcisz? Nie pojedziesz

Kopcisz? Nie pojedziesz

Koniec z fikcją przeglądów technicznych. Nadzór nad stacjami diagnostycznymi ma być odebrany starostwom i scentralizowany.

To odpowiedź państwa na plagę kopcących w centrach miast diesli. Fikcyjne badania techniczne, podczas których nikt nie sprawdza, ile i jakie spaliny wydobywają się z rur wydechowych, to wielki problem – w wielu miejscach zwyczajowo przegląd można „załatwić”. W efekcie dopuszczone do ruchu są pojazdy, które w ogóle nie powinny wyjechać na ulice. Cierpią na tym mieszkańcy, którzy duszą się m.in. od tlenku węgla i smogu.

Najwyższa Izba Kontroli w zeszłym roku zainteresowała się systemem diagnozowania pojazdów i nie zostawiła na nim suchej nitki. Jak informuje pulshr.pl, po zmianach za organizację i funkcjonowanie systemu badań technicznych pojazdów odpowiedzialny byłby podległy ministrowi infrastruktury Transportowy Dozór Techniczny (TDT). Do tej pory sprawowanie nadzoru nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów należało zaś do 380 starostów. Ci jednak – w ocenie rządzących – nie wywiązywali się dobrze ze swojego zadania. Skupienie władzy w rękach jednego organu ma pozwolić lepiej egzekwować przepisy.

Jakie jeszcze zmiany są planowane w projekcie nowego prawa? Ci, którzy pojawią się na przeglądzie po terminie (a okres prolongaty wyniesie maksymalnie 45 dni), zapłacą za niego o 50 proc. drożej. Z tych środków ma być finansowana działalność TDT i zatrudnienie personelu dozoru.

Ma to położyć kres sytuacjom, gdy zatwierdzenie przeglądu jest formalnością, a stempel w dowodzie rejestracyjnym można zdobyć bez większego problemu, niezależnie od tego, jakim gratem przyjechało się na stację. Sam resort infrastruktury na potwierdzenie tych patologii przywołuje wnioski z raportu NIK. Wynika z niego, że ponad połowa stacji skontrolowanych przez Izbę wykonywała badania samochodów po macoszemu, korzystając z urządzeń, które nie spełniały wymagań.

[Zdjęcie: sciencenordic.com]

Poczta podnosi płace

Poczta podnosi płace

Na mocy porozumienia płacowego nowo zatrudnieni pracownicy Poczty Polskiej będą po okresie próbnym zarabiali co najmniej 2500 zł brutto plus premie.

Wzrost stawek to konsekwencja kolejnego porozumienia płacowego, podpisanego w tym roku pomiędzy pracodawcą a działającymi w firmie związkami zawodowymi. Gwarantuje ono siódmą w ciągu dwóch lat podwyżkę, tym razem dla najmniej zarabiających pracowników Poczty, którzy otrzymają wyrównanie do kwoty minimum 2500 zł brutto. Większość pracowników zatrudniana jest na podstawie umowy o pracę.

Według informacji portalu pulshr.pl, zatrudnienie w Poczcie Polskiej wzrosło w latach 2016-18 o prawie 3500 osób, w tym roku do firmy dołączyło 1250 pracowników. Obecnie w spółce pracuje ponad 80 tys. osób. Stawka rekrutacyjna i stawka po okresie próbnym to wynagrodzenie zasadnicze, do którego należy doliczyć premię – ok. 270 zł brutto miesięcznie. Po roku pracy nabywa się prawo do tzw. łącznościówki, czyli premii rocznej. Jest to średniomiesięczne wynagrodzenie, do którego wlicza się premie, zaś po trzech latach przysługuje tzw. dodatek stażowy. Ten ostatni, w zależności od stażu pracy w firmie, wypłacany jest w wysokości od 3% do 20% wynagrodzenia zasadniczego.

[Zdjęcie: pixabay.com]