Deska ratunku dla niewypłacalnych

Deska ratunku dla niewypłacalnych

Kontrowersyjna ustawa kredytowa premiera Morawieckiego pozwoli obywatelom uwolnić się od uciążliwych, niemożliwych do spłacenia kredytów, ale może także oznaczać utratę dachu nad głową.

Jak pisze portal forsal.pl, najdalej idące rozwiązanie, czyli „klucze za dług”, ma obowiązywać dopiero dla niespłacanych kredytów zaciągniętych od momentu wejścia w życie ustawy. Konsument ogłaszający upadłość, gdy odda mieszkanie, nie będzie musiał spłacać reszty kredytu hipotecznego.

– Człowiek, który znajduje się w takiej sytuacji jak konieczność pozbycia się lokum, musi sobie ułożyć życie na nowo. Wiszący na nim niczym pętla dług to utrudnia, a często uniemożliwia – mówi wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł. Takie rozwiązanie sprawi jednak, że banki być może podniosą koszty kredytów, by nie stracić.  – Wszystkich, którzy twierdzą, że kredyty podrożeją albo że banków nie stać na projektowane przez nas zmiany, odsyłam do zapoznania się z wynikami finansowymi sektora bankowego. Banki ponoszą pewne ryzyko biznesowe, a i nie jest niczym nadzwyczajnym, że one także muszą działać zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej – dodaje jednak Warchoł.

Dla obecnych kredytobiorców ważniejszy będzie układ konsumencki. Ma on dotyczyć także już zawartych umów kredytowych. Założenie resortu sprawiedliwości jest takie, by w toku postępowania upadłościowego sąd mógł zdecydować o czasowym (do pięciu lat) obniżeniu wysokości rat. Sędziowie będą też uprawnieni do przewalutowania kredytu. Samodzielnie ocenią, czy przewalutowanie powinno się odbyć po kursie zaciągnięcia kredytu, czy obecnym kursie waluty. Generalną zasadą musi być to, by postępowanie upadłościowe nie prowadziło do pogrążenia upadłego.

[Zdjęcie: pixabay.com]

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Ukraińcy uciekają

Ukraińcy uciekają

Od początku 2019 r. rynek niemiecki otworzy się na pracowników z Ukrainy, którzy już teraz mniej chętnie przyjeżdżają do Polski. W I półroczu 2018 roku zarejestrowano o 13 proc. mniej oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcowi niż w roku ubiegłym.

Według serwisu sadyogrody.pl, Polacy zamiast do Wielkiej Brytanii zaczynają emigrować zarobkowo do Skandynawii, za to Ukraińcy „przerzucili się” z Polski na Niemcy. Z naszego kraju może ich na Zachód wyjechać nawet pół miliona.

Dynamika emigracji zarobkowej ze Wschodu już znacząco spadła, choć przed 2018 r. charakteryzowała ją wyłącznie tendencja wznosząca. Według szacunków Departamentu Statystyki NBP w zeszłym roku średnio przebywało w Polsce około 900 tys. obywateli Ukrainy. Z najnowszych danych ZUS wynika natomiast, że liczba cudzoziemców płacących składki w Polsce wzrosła w Polsce na koniec trzeciego kwartału 2018 roku do 596,1 tysiąca (z czego 425,7 tys. to Ukraińcy).

Według szacunków Narodowej Rady Ludnościowej do 2050 r. Polska powinna przyjąć 5 milionów imigrantów zarobkowych, aby utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju gospodarczego. Wobec braku pracowników w całej UE, również inne państwa członkowskie Wspólnoty są bardzo zainteresowane pozyskaniem licznej grupy „łatwo asymilujących się imigrantów podejmujących pracę zarobkową”.

Przeorane transformacją

Przeorane transformacją

Najwyższa Izba Kontroli poddała badaniom 10 polskich miast, które najdotkliwiej odczuły skutki przemian gospodarczych po 1989 r., między innymi Bytom, Białystok, Chełm, Łódź i Tarnobrzeg.

Przeanalizowano kształtowanie się liczebności populacji, dostępność pracy i mieszkań, procent dzieci objętych opieką pozadomową. Wnioski nie są optymistyczne – miejsca, które prawie trzydzieści lat temu straciły na transformacji, do tej pory nie stanęły całkowicie na nogi. Wyludniają się, nadal jest w nich problem ze znalezieniem pracy.

W poszczególnych miastach skutki negatywnych zmian wywołanych przemianami gospodarczymi w latach 90-tych były na tyle głębokie, że wpływ podejmowanych działań na sytuację społeczeństw lokalnych był zróżnicowany.

Zmiany gospodarcze w Polsce, m. in. restrukturyzacja przemysłu po 1989 r., wywołały istotne konsekwencje na rynku pracy. Upadły liczne zakłady pracy, w tym będące dominującymi pracodawcami. W wyniku reformy administracyjnej, wiele miast utraciło status siedziby władz województwa. Także ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, którego szczyt przypadł na lata 2008-2009, odbił się negatywnie na tempie rozwoju miast w kolejnych latach. Wszystko to spowodowało odpływ najbardziej aktywnych osób do innych regionów kraju czy za granicę. Z powodu trudności z zatrudnieniem, pojawiły się problemy finansowe i społeczne mieszkańców miast, w których te zjawiska nasiliły się najbardziej.

W 2015 r. NIK przeprowadziła kontrolę w Bytomiu. Zbadała jak radziła sobie administracja samorządowa i rządowa w zwalczaniu negatywnych zjawisk społeczno-ekonomicznych towarzyszących restrukturyzacji  przemysłu. Kontrola wykazała, że działania były zgodne z przepisami i oparte o rzetelne rozpoznanie potrzeb. Jednak skala problemu była tak duża, że działania te były nieskuteczne i nie przyniosły spodziewanych efektów. Aktualne pozostawały problemy bezrobocia, występował wysoki odsetek osób trwale korzystających ze wsparcia opieki społecznej, utrwalone były też rażące różnice w rozwoju i sytuacji materialnej mieszkańców poszczególnych dzielnic, które powodowały, że Bytom nie stanowił jednolitego, zintegrowanego organizmu miejskiego. Wiele z problemów zidentyfikowanych w 2015 r. w Bytomiu występuje także w 10 miastach objętych niniejszą kontrolą: Białymstoku, Białej Podlaskiej, Chełmie, Łodzi, Łomży, Siemianowicach Śląskich, Tarnobrzegu, Wałbrzychu, Zgierzu, Żorach, gdzie Najwyższa Izba Kontroli zbadała efekty działań podejmowanych w czterech obszarach:

pomocy na rynku pracy,
pomocy społecznej,
zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych,
zapewnienia opieki dzieciom w wieku do lat 3 i w wieku przedszkolnym.

Kontrolą objęto Ministerstwo Rozwoju, sześć urzędów marszałkowskich, 10 urzędów miast, starostwo powiatowe, 10 powiatowych urzędów pracy, 10 ośrodków pomocy społecznej. Skontrolowano lata 2013 – 2016.

W każdym ze znanych przypadków miejscowości dotkniętych skutkami przekształceń gospodarczych i społecznych powtarzał się następujący ciąg zdarzeń: upadek dominującego lokalnie przemysłu lub utrata statusu stolicy województwa, wzrost bezrobocia i odpływ ludności. Choć w ostatnich trzech latach zjawisko to w miastach objętych kontrolą uległo wyhamowaniu, to tylko w trzech przypadkach (Białystok, Łomża, Żory) nastąpił nieznaczny przyrost liczby mieszkańców.

Pomimo wskazanych wyżej korzystnych uwarunkowań nadal konieczne są działania ukierunkowane w szczególności na pomoc i aktywizację osób długotrwale pozostających bez pracy. Jak ustalono,  podejmowane przez urzędy pracy działania aktywizujące były rutynowe i nieskuteczne wobec średnio 14,5 proc. bezrobotnych (od 5,7 proc. w Siemianowicach Śląskich do 19,1 proc. w Białej Podlaskiej), którzy byli na listach bezrobotnych przez wiele lat.

Wśród najistotniejszych, nierozwiązanych problemów wszystkich miast objętych kontrolą, pozostawało niezaspokojenie potrzeb mieszkaniowych osób o niższych dochodach. W 2016 r. liczba mieszkań w zasobach komunalnych, w przypadku ośmiu miast, była mniejsza niż w roku 2013. Jej wzrost  wystąpił jedynie w Siemianowicach Śląskich i Zgierzu. Łączna liczba mieszkań w zasobach komunalnych, w objętych kontrolą miastach, spadła o 8 741 do poziomu 75 139 w 2016 r., tj. o  ponad 10 proc. (w całej Polsce o 7,1 proc.). W 2017 r. liczba ta była jeszcze niższa i wynosiła 73 242 . W stosunku do roku poprzedniego spadła we wszystkich miastach. Było to skutkiem m.in. postępującej sprzedaży mieszkań komunalnych w poszczególnych gminach na rzecz ich dotychczasowych mieszkańców.

[Zdjęcie: Magdalena Okraska]

Trzydniowy weekend to korzyść dla wszystkich

Trzydniowy weekend to korzyść dla wszystkich

Firmy z Nowej Zelandii i Wielkiej Brytanii testują wprowadzenie czterodniowego tygodnia pracy. Wstępne wyniki wskazują, że takie rozwiązanie jest korzystne dla pracowników, pracodawcy i państwa.

Wiosną 2018 r. nowozelandzka firma Perpetual Guardian, zajmująca się doradztwem majątkowym, przez dwa miesiące testowała, jak na pracowników i wyniki przedsiębiorstwa wpływa czterodniowy tydzień pracy. Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, po trwającej dwa miesiące próbie ogłoszono sukces.

Z ankiet wypełnianych przez pracowników wynika, że spadł odsetek osób, które miały problem z godzeniem życia zawodowego z osobistym: z początkowych 56 proc. do 22 proc. Poczucie przeładowania pracą spadło. Znowu z punktu widzenia pracodawcy zatrudnieni byli bardziej twórczy i pełni energii.

Eksperymentowi w Nowej Zelandii przyglądali się naukowcy. Stwierdzili, że przy 4-dniowym tygodniu pracy pracownicy czują się mniej zestresowani, bardziej zmotywowani i zaangażowani w swoje działania. Jednocześnie w biurze po prostu pracowali, nie robiąc sobie licznych przerw, i byli produktywni.

Wyniki wiosennej próby tak zadowoliły szefostwo Perpetual Guardian, że jesienią 2018 r. postanowiono na stałe wprowadzić regułę 32-godzinnego tygodnia pracy. Testować będą to także kolejne przedsiębiorstwa, m.in. w Wielkiej Brytanii – przeprowadzenie podobnej próby ogłosił zarząd firmy marketingowej Reflect Digital.

Międzynarodowa Organizacja Pracy już w 2015 roku oceniła, że czterodniowy tydzień pracy, z 36 godzinami pracy w tygodniu, byłby korzystny zarówno dla pracowników, jak i gospodarki. W Polsce problem podnosiła Partia Razem oraz Polskie Stronnictwo Ludowe.

[Zdjęcie: Oleksandr Pidvalnyi; pexels.com]