Tesco wraca do walki

Tesco wraca do walki

„Solidarność” w sieci Tesco domaga się podwyżek wynagrodzeń – 350 zł brutto dla pracowników podstawowych i 200 zł brutto dla kierowników i zastępców kierowników sklepów.

5 kwietnia „Solidarność” działająca przy Tesco Polska wysłała do zarządu sieci postulaty dotyczące wzrostu wynagrodzeń dla pracowników sieci w roku finansowym 2019/2020. Związkowcy domagają się, aby pracownicy podstawowi wszystkich formatów sklepów od lipca otrzymali podwyżkę wynagrodzenia zasadniczego w wysokości 350 zł brutto. Natomiast pracownicy na stanowiskach: kierownik sklepu, zastępca kierownika czy kierownik zespołu od lipca powinni otrzymać podwyżkę w wysokości 200 zł brutto.

Jak informuje portal dlahandlu.pl, niedawno sieć Tesco podała wyniki za rok finansowy 2018/19. Przychody sieci w Polsce wyniosły 9,613 mln zł.

Związkowcy żądają, by podwyżki weszły w życie od lipca br.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Chodnik nie dla aut

Chodnik nie dla aut

W zeszłym tygodniu szkocki parlament przyjął założenia ustawy transportowej, która m.in. zakazuje parkowania na chodnikach.

Jak informuje portal transport-publiczny.pl, w czwartek wieczorem deputowani lokalnego parlamentu w Szkocji przyjęli założenia Transport Scotland Bill. To akt prawny, który ma uregulować szereg zagadnień związanych z transportem i przestrzenią miejską. Zakazuje on parkowania na chodnikach, a także parkowania „na drugiego”.

Dotychczasowe przepisy nie zabraniały wprost takiego postępowania. Zawierały jedynie zastrzeżenia co do utrudniania ruchu pieszego, które ani nie były przestrzegane, ani nie były karane. O uwolnienie chodników od samochodów walczyła od dłuższego czasu organizacja Living Streets. – Poza tym, że zapewni to samorządom duże oszczędności związane z dotychczasową koniecznością naprawiania zdewastowanych chodników, zyskają mieszkańcy – tłumaczył lokalnym mediom Stuart Hay, dyrektor Living Streets Scotland. – Swobodę zyskają osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich, rodzice z wózkami dziecięcymi, czy osoby starsze, które dziś są zmuszone wchodzić na jezdnię, by ominąć auta blokujące chodnik.

Wyjątkiem od reguły ma być dopuszczenie dwudziestominutowych postojów dla aut dostawczych. Pomysł ten oprotestowują aktywiści, wskazując, że podważa on cały sens zmian, bo chodniki będą i tak zajęte – jeśli nie autami osobowymi, to dostawczymi.

Trujesz? Płacisz

Trujesz? Płacisz

Władze Londynu wprowadziły w poniedziałek 8 kwietnia nową opłatę, mającą na celu ograniczenie emisji spalin samochodowych. To jedne z najostrzejszych przepisów na świecie.

Jak informuje Portal Samorządowy, Nowa opłata za wjazd do strefy niskich emisji Ultra Low Emission Zone (ULEZ) będzie obowiązywała przez 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, równolegle do już istniejącej opłaty za wjazd do miasta (Congestion Charge), która wynosi 11,5 funta (ale nie obowiązuje w weekendy i święta). Według przedsiębiorstwa komunikacji publicznej Transport for London zmiany dotkną około 40 tys. właścicieli pojazdów, którzy nie spełniają wysokich standardów emisyjnych i będą zmuszeni do ponoszenia nowych opłat: 12,5 funta za dzień dla samochodów, furgonetek i motorów oraz 100 funtów dla ciężarówek, autobusów i autokarów.

Władze miasta argumentowały, że zmiana pozwoli na ograniczenie o nawet 50 proc. szkodliwych emisji tlenków azotu. Początkowo nowe zasady obejmą jedynie dwie centralne dzielnice – Westminster i City of London – ale od października 2021 r. mają zostać znacząco rozszerzone, obejmując teren całego miasta, ograniczony północną i południową obwodnicą.
Mieszkańcy mogą sprawdzić na stronach Transport for London, czy ich samochód jest na liście objętych dodatkowym podatkiem, ale co do zasady zmiany dotkną właścicieli motorów wyprodukowanych przed 2007 r. , samochodów z silnikami benzynowymi sprzed 2006 r. i silnikami diesela sprzed 2015 r.

Tniemy jak leci

Tniemy jak leci

Według raportu Najwyższej Izby Kontroli masowa wycinka drzew w 2017 r. nie była w żaden sposób monitorowana i kontrolowana.

Gminy nie miały dostatecznej kontroli nad wycinką drzew i krzewów, częste zmiany prawa potęgowały chaos, jak informuje „Rzeczpospolita”, opierając się na raporcie NIK. „Na sytuację mogła wpływać pięciokrotna w okresie od 2015 do 2018 r. zmiana przepisów ustawy o ochronie przyrody, regulująca m.in. zasady wycinki drzew i krzewów” – mówi Krzysztof Kwiatkowski, prezes NIK.

Izba wzięła pod lupę 30 organów – marszałków województw, starostów, wójtów, burmistrzów i prezydentów miast – i zbadała, jak się wywiązywali z zadań związanych z usuwaniem drzew i krzewów oraz zagospodarowaniem drewna. Dopatrzyła się długiej listy zaniedbań. Przede wszystkim procedura wydawania zezwoleń na wycinkę była prowadzona zbyt lekką ręką. W blisko połowie urzędów wydawano zezwolenia mimo luk we wnioskach. Skali wycinki nikt nie monitorował.

Od 2015 r. do maja 2018 r. zbadane urzędy wydały 17 tys. zezwoleń na usunięcie 330 tys. drzew i 133 tys. mkw. krzewów. „Lex Szyszko”, czyli słynna liberalizacja prawa o ochronie przyrody, pozwoliła wycinać drzewa na własnej posesji bez zezwolenia i organizować masowe wycinki i karczowanie pojedynczych drzew, a nawet lasów.

Liberalizacja wywołała falę krytyki. Jednak sama skala wycinki była tak wielka, że gminy nie wiedzą, ile drzew konkretnie znikło przez pół roku w 2017 r., gdy każdy Polak mógł szaleć z piłą niemal bez ograniczeń. „Żaden z kontrolowanych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast nie monitorował wycinki i nie znał liczby drzew usuniętych w tym okresie przez osoby fizyczne na cele niezwiązane z działalnością gospodarczą” – alarmuje NIK. Z ankiety Izby wynika, że tylko w 17 z 525 urzędów gmin (3 proc.), oszacowano skalę wycinki w tym czasie.

Krytykowane przepisy zmieniono w czerwcu 2017 r. – odtąd, by usunąć drzewa na cele niezwiązane z działalnością gospodarczą, trzeba (gdy obwód drzewa przekracza określony rozmiar) zgłosić to do gminy. A ta powinna dokonać oględzin i zmierzyć obwody pni. To jednak często było fikcją – wynika z raportu. „Postępowania dotyczące wydania zezwoleń często prowadzone były nierzetelnie i niezgodnie z przepisami” – czytamy w raporcie. W blisko połowie urzędów wydawano zezwolenia mimo niekompletnych wniosków – tak było w co piątej sprawie (70 z 392 zbadanych).

Inne zaniedbanie: odraczano opłaty za wycinkę (można to zrobić na trzy lata) przy zobowiązaniu, że posadzi się nowe drzewo. Taki obowiązek nałożono w 35 proc. zezwoleń. Rzecz w tym, że urzędnicy nie sprawdzali, czy nowe rośliny faktycznie zasadzono. W 14 z 30 urzędów nie badano tego rzetelnie – wskazuje Izba. Urzędnicy często także nie sprawdzali nawet, czy drzewa wycięto zgodnie z warunkami zezwolenia – nie monitorowali tego w blisko 90 proc. badanych jednostek. Efekt: nie wiadomo, czy wycinki dokonano legalnie. Tylko w dwóch gminach z 21 zbadanych szacowano ilość i wartość drewna uzyskanego z wycinki drzew z nieruchomości gminnych.