Rozwarstwieni

Rozwarstwieni

Według raportu Ministerstwa Finansów 10 procent najlepiej zarabiających Polaków uzyskuje 41 proc. dochodów wszystkich polskich podatników.

Ministerstwo Finansów przeanalizowało nierówności dochodowe w poszczególnych regionach kraju. Najwięcej najbogatszych, ale i najbiedniejszych osób jest na Mazowszu. W stolicy rozlicza podatki najwięcej milionerów (około jednej czwartej z ponad 20 tys. osób). Na drugim biegunie mamy z kolei powiat szydłowiecki z ponad 24-proc. bezrobociem. Najbardziej egalitarny dochodowo jest zaś Śląsk.

10 proc. najlepiej zarabiających Polaków uzyskuje prawie 41 proc. całego dochodu brutto wszystkich rozliczających podatki. Absolutni krezusi – czyli 1 proc. najbogatszych – kontrolują około 14 proc. dochodu.

Resort finansów zbadał dane z połączonych baz PIT i ZUS za 2016 r. Przeanalizował je m.in. pod kątem nierówności dochodowych. Do tej pory głównym źródłem informacji o nierównościach były badania budżetów gospodarstw domowych, które robił GUS. Z badań ministerstwa wynika jednak, że nierówności są większe niż wskazuje współczynnik Giniego dla Polski. GUS opiera się na ankietach, a nie twardych danych z urzędów skarbowych. Eksperci zarzucają jego badaniom, że za słabo reprezentowani są w nich bogaci. Jednocześnie jednak Ministerstwo Finansów nie uwzględnia w swoich badaniach rolników, którzy nie płacą podatku dochodowego.

W listopadzie 2017 r. dwaj ekonomiści, Paweł Bukowski i Filip Novokmet, opublikowali raport, w którym dowodzili, że nierówności po upadku komunizmu wyraźnie się zwiększyły. W 1989 r. 10 proc. najwięcej zarabiających uzyskiwało 23 proc. całkowitego dochodu, a 1 proc. najzamożniejszych ok. 4 proc.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Otwarte nie znaczy dobre

Otwarte nie znaczy dobre

Według najnowszych badań aranżacja układu biur w stylu open space nie sprzyja produktywności pracowników, a wręcz ją obniża.

Wyniki ubiegłorocznych badań Harvard Business School pokazują, że biura typu open space izolowały od siebie pracowników, którzy aż o 73 proc. obniżyli wzajemne interakcje w porównaniu do ludzi pracujących w biurach, gdzie pokoje są zamknięte. To ciekawy i zaskakujący wynik, ponieważ z założenia aranżacja open space ma sprzyjać kontaktom między pracownikami, dawać wrażenie równości wszystkich członków zespołu i poprawiać komunikację między nimi. Jednym z największych mitów otwartego biura jest to, że zachęca ono do współpracy pomiędzy współpracownikami, którzy, omijając ściany, spontanicznie wpadną na siebie i poprowadzą inspirujące rozmowy.

Największą wadą otwartych biur jest hałas. W 2014 roku producent mebli Steelcase przebadał 10 000 pracowników i stwierdził, że ludzie pracujący w systemie open space tracą do 86 minut dziennie z powodu hałasu panującego w tego rodzaju biurach. Inne badanie z 2013 r. wykazało, że prawie połowa badanych pracowników miała problem z akustycznym rozpraszaniem uwagi – w szczególności z podsłuchiwaniem rozmów, co stanowiło największą frustrację dla wielu osób.

W open space wszyscy widzą ponadto, co pracownik robi. Jedno z badań wykazało, że brak prywatności i wszechobecne poczucie bycia obserwowanym ma nieproporcjonalnie duży wpływ na pracowników płci żeńskiej. To właśnie kobiety czują się bardziej pod presją w tego typu otwartej przestrzeni. Przebadane w studium pracownice przyznały, że unikały całych sekcji biura, aby oszczędzić sobie „gapienia się” współpracowników lub całkowicie zmieniły sposób ubierania się, ponieważ przez cały czas czuły, że są oceniane.

Jak pisze serwis pulshr.pl, badania wykazały, że otwarte biura nie tylko wpływają na obniżenie produktywności, komfortu czy poczucia bezpieczeństwa pracowników. Mogą one również nasilać rozprzestrzenianie się zarazków, zwiększając częstotliwość, z jaką pracownicy chorują. Tym samym zmniejszają ogólną wydajność.

Kolejni na bruku

Kolejni na bruku

Likwidacja PKS Mława pociąga za sobą zwolnienie z pracy ponad 130 osób.

To już przesądzone – kolejny PKS zostanie zlikwidowany. Pracownicy znajdą się na bruku, a mieszkańcy powiatu zostaną pozbawieni możliwości niedrogiego przemieszczania się po okolicy.

Jak informuje „Codziennik Mławski”, Zakładowa „Solidarność” jeszcze przed świętami negocjacje prowadziła z zarządem spółki, w celu uzyskania jak najkorzystniejszych warunków odpraw dla zwalnianych pracowników.

O tym, że losy mławskiego PKS-u mogły się potoczyć zgoła inaczej przypomina Waldemar Dubiński – zastępca przewodniczącego Zarząd Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”.

– Przed prywatyzacją spółek PKS Płocku, Mławie, Ciechanowie, Ostrołęce, Mińsku Mazowieckim i Przasnyszu, które w czerwcu 2010 r. sprywatyzował rząd PO-PSL, a zakupił je Mobilis, toczyły się rozmowy z marszałkiem Struzikiem. Solidarność proponowała, żeby samorząd województwa zbudował sieć przewozów na Mazowszu, będącą uzupełnieniem i dopełnieniem przewozów kolejowych. Wówczas PKS-y były w różnej kondycji, ale np. Mława miała wypracowane około 2 mln zysku netto. Marszałek powołał specjalny zespół i ostatecznie uznał, że to nieopłacalne, chociaż myśmy proponowali, żeby przejąć 5 PKS-ów, a zespół analizował przejęcie 11 – wspomina.

W 2010 r., gdy na potęgę prywatyzowano PKS-y w całym kraju, sprawa doczekała się też kontroli NIK oraz CBA, ale obie instytucje „nie dopatrzyły się w niej nieprawidłowości”.

W rękach garstki

W rękach garstki

Połowa ziemi w Anglii jest własnością mniej niż jednego procenta ludności tego kraju – pisze „The Guardian”.

Brytyjski dziennik powołuje się na dane z książki Guy’a Shrubsole’a „Who Owns England?”, która opisuje kwestię własności gruntów w Anglii. Autor zebrał dane, zgodnie z którymi w rękach około 25 tysięcy właścicieli ziemskich znajduje się ponad połowa angielskich gruntów. Są to zazwyczaj przedstawiciele arystokracji i właściciele firm.

Kilka tysięcy osób posiada „znacznie więcej niż cała środkowa Anglia razem wzięta”, jak pisze Shrubsole. Dodaje, że w takim razie własność angielskiej ziemi jest silnie skoncentrowana w rękach wąskiej elity arystokratycznej i finansowej.

„Dramatyczna koncentracja własności ziemi jest przypomnieniem, że nasz kraj jest dla nielicznych, a nie dla wielu – mówi poseł Partii Pracy i minister spraw wewnętrznych w gabinecie cieni Jon Trickett. „To jest po prostu nie w porządku. Arystokratyczne rodziny, które są właścicielami tych samych terenów przez wieki oraz korporacje wywierają większy wpływ na lokalne sąsiedztwa – zarówno jeśli chodzi o obszary miejskie, jak i wiejskie – niż ludzie, którzy tam mieszkają” – dodaje Trickett.