Wrócą kaucje?

Wrócą kaucje?

Dyrektywy unijne coraz silniej naciskają na kraje członkowskie, by te przetwarzały ponownie zużyty plastik. W Polsce powraca dyskusja o wprowadzeniu kaucji za opakowania.

Jak pisze Portal Samorządowy, system kaucji miałby obejmować puszki po napojach oraz butelki szklane i plastikowe. Licznych zwolenników ma też wprowadzenie automatów, w których za opłatą będzie można oddać butelki, tzw. skupomatów.

Plastik staje się ogromnym problemem jako „naczelny śmieć”. Nic dziwnego, że cała Europa rozmyśla nad sposobami ograniczenia jego produkcji lub zużycia.

Pierwszy polski skupomat stanął w krakowskim magistracie. Przyjmuje on plastikowe butelki po 10 groszy za sztukę. Co ciekawe, zakup pierwszych 10 tysięcy butelek sfinansuje radny Łukasz Wantuch, pomysłodawca całej idei. Wierzy on, że zamiast do pieca czy lasu, niepotrzebne butelki trafią do odpowiedniego automatu.

Wątpliwości ma Piotr Szewczyk, przewodniczący Krajowej Rady RIPOK, który wskazuje na nieekologiczność transportu butelek ze skupomatów do centrów, gdzie byłyby przetwarzane (benzyna) oraz na nieekologiczność i koszt wyprodukowania samych automatów. Jego zdaniem dużo lepszy jest obowiązujący dawniej w Polsce – i obecnie w wielu krajach unijnych – system kaucyjny.

Takie systemy obowiązują w 10 krajach UE, w części z nich recykling butelek sięga ponad 90 proc. Pomysł nie jest nowy także u nas. Polski rząd już analizował taką możliwość, ale przed rokiem resort środowiska stwierdził, że kaucji nie wprowadzi.

W ostatnich dniach minister środowiska Henryk Kowalczyk przyznał jednak, że kaucja zostanie wprowadzona w ramach przygotowywanego pakietu odpadowego.  „Rozważamy różne systemy kaucyjne, nie tylko dla plastiku, ale i dla szkła” – mówił „Gazecie Wyborczej”. Intensywne prace nad pakietem mają być prowadzone w drugiej połowie roku.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Otwarte nie znaczy dobre

Otwarte nie znaczy dobre

Według najnowszych badań aranżacja układu biur w stylu open space nie sprzyja produktywności pracowników, a wręcz ją obniża.

Wyniki ubiegłorocznych badań Harvard Business School pokazują, że biura typu open space izolowały od siebie pracowników, którzy aż o 73 proc. obniżyli wzajemne interakcje w porównaniu do ludzi pracujących w biurach, gdzie pokoje są zamknięte. To ciekawy i zaskakujący wynik, ponieważ z założenia aranżacja open space ma sprzyjać kontaktom między pracownikami, dawać wrażenie równości wszystkich członków zespołu i poprawiać komunikację między nimi. Jednym z największych mitów otwartego biura jest to, że zachęca ono do współpracy pomiędzy współpracownikami, którzy, omijając ściany, spontanicznie wpadną na siebie i poprowadzą inspirujące rozmowy.

Największą wadą otwartych biur jest hałas. W 2014 roku producent mebli Steelcase przebadał 10 000 pracowników i stwierdził, że ludzie pracujący w systemie open space tracą do 86 minut dziennie z powodu hałasu panującego w tego rodzaju biurach. Inne badanie z 2013 r. wykazało, że prawie połowa badanych pracowników miała problem z akustycznym rozpraszaniem uwagi – w szczególności z podsłuchiwaniem rozmów, co stanowiło największą frustrację dla wielu osób.

W open space wszyscy widzą ponadto, co pracownik robi. Jedno z badań wykazało, że brak prywatności i wszechobecne poczucie bycia obserwowanym ma nieproporcjonalnie duży wpływ na pracowników płci żeńskiej. To właśnie kobiety czują się bardziej pod presją w tego typu otwartej przestrzeni. Przebadane w studium pracownice przyznały, że unikały całych sekcji biura, aby oszczędzić sobie „gapienia się” współpracowników lub całkowicie zmieniły sposób ubierania się, ponieważ przez cały czas czuły, że są oceniane.

Jak pisze serwis pulshr.pl, badania wykazały, że otwarte biura nie tylko wpływają na obniżenie produktywności, komfortu czy poczucia bezpieczeństwa pracowników. Mogą one również nasilać rozprzestrzenianie się zarazków, zwiększając częstotliwość, z jaką pracownicy chorują. Tym samym zmniejszają ogólną wydajność.

Kolejni na bruku

Kolejni na bruku

Likwidacja PKS Mława pociąga za sobą zwolnienie z pracy ponad 130 osób.

To już przesądzone – kolejny PKS zostanie zlikwidowany. Pracownicy znajdą się na bruku, a mieszkańcy powiatu zostaną pozbawieni możliwości niedrogiego przemieszczania się po okolicy.

Jak informuje „Codziennik Mławski”, Zakładowa „Solidarność” jeszcze przed świętami negocjacje prowadziła z zarządem spółki, w celu uzyskania jak najkorzystniejszych warunków odpraw dla zwalnianych pracowników.

O tym, że losy mławskiego PKS-u mogły się potoczyć zgoła inaczej przypomina Waldemar Dubiński – zastępca przewodniczącego Zarząd Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”.

– Przed prywatyzacją spółek PKS Płocku, Mławie, Ciechanowie, Ostrołęce, Mińsku Mazowieckim i Przasnyszu, które w czerwcu 2010 r. sprywatyzował rząd PO-PSL, a zakupił je Mobilis, toczyły się rozmowy z marszałkiem Struzikiem. Solidarność proponowała, żeby samorząd województwa zbudował sieć przewozów na Mazowszu, będącą uzupełnieniem i dopełnieniem przewozów kolejowych. Wówczas PKS-y były w różnej kondycji, ale np. Mława miała wypracowane około 2 mln zysku netto. Marszałek powołał specjalny zespół i ostatecznie uznał, że to nieopłacalne, chociaż myśmy proponowali, żeby przejąć 5 PKS-ów, a zespół analizował przejęcie 11 – wspomina.

W 2010 r., gdy na potęgę prywatyzowano PKS-y w całym kraju, sprawa doczekała się też kontroli NIK oraz CBA, ale obie instytucje „nie dopatrzyły się w niej nieprawidłowości”.

W rękach garstki

W rękach garstki

Połowa ziemi w Anglii jest własnością mniej niż jednego procenta ludności tego kraju – pisze „The Guardian”.

Brytyjski dziennik powołuje się na dane z książki Guy’a Shrubsole’a „Who Owns England?”, która opisuje kwestię własności gruntów w Anglii. Autor zebrał dane, zgodnie z którymi w rękach około 25 tysięcy właścicieli ziemskich znajduje się ponad połowa angielskich gruntów. Są to zazwyczaj przedstawiciele arystokracji i właściciele firm.

Kilka tysięcy osób posiada „znacznie więcej niż cała środkowa Anglia razem wzięta”, jak pisze Shrubsole. Dodaje, że w takim razie własność angielskiej ziemi jest silnie skoncentrowana w rękach wąskiej elity arystokratycznej i finansowej.

„Dramatyczna koncentracja własności ziemi jest przypomnieniem, że nasz kraj jest dla nielicznych, a nie dla wielu – mówi poseł Partii Pracy i minister spraw wewnętrznych w gabinecie cieni Jon Trickett. „To jest po prostu nie w porządku. Arystokratyczne rodziny, które są właścicielami tych samych terenów przez wieki oraz korporacje wywierają większy wpływ na lokalne sąsiedztwa – zarówno jeśli chodzi o obszary miejskie, jak i wiejskie – niż ludzie, którzy tam mieszkają” – dodaje Trickett.