Polska jazda bez trzymanki

Polska jazda bez trzymanki

Polskie drogi są jednymi z najniebezpieczniejszych w Europie. Sytuację mogłyby poprawić wyższe mandaty i obniżenie maksymalnej prędkości.

W ubiegłym roku w Polsce zginęło w wypadkach drogowych 76 osób na milion mieszkańców. Pod tym względem wyprzedzają nas tylko Rumunia (96 zabitych), Bułgaria (88), Łotwa (78) i Chorwacja (77). Poza Łotwą wszystkie te kraje zmniejszyły jednak liczbę ofiar śmiertelnych. Polska zanotowała ich niewielki wzrost.

Koszty wypadków drogowych sięgają u nas nawet 52 mld zł rocznie. Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2018 roku doszło w Polsce do 31,6 tys. wypadków, w których zginęło 2,8 tys. osób.

Jak informuje serwis biznes.interia.pl, w Polsce brak skutecznie odstraszających kar za przewinienia. Mandaty opiewają na kilkaset złotych. W wielu krajach na Zachodzie wysokość mandatów jest uzależniona od stanu portfela. W państwach skandynawskich za niektóre wykroczenia nie ma górnej granicy grzywny dla kierowców, w Polsce można dostać maksymalnie 5 tys. zł.

Dobrym przykładem dla Polski może być Słowacja, której udało się w ostatnich latach znacznie ograniczyć liczbę ofiar wypadków drogowych. Obniżono tam prędkość w miastach i przyjęto nowe przepisy ruchu drogowego. Podniesiono również kary za ich naruszenia. Wprowadzono podwyżki dla policjantów, aby zminimalizować ryzyko korupcji.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Rozwarstwieni

Rozwarstwieni

Według raportu Ministerstwa Finansów 10 procent najlepiej zarabiających Polaków uzyskuje 41 proc. dochodów wszystkich polskich podatników.

Ministerstwo Finansów przeanalizowało nierówności dochodowe w poszczególnych regionach kraju. Najwięcej najbogatszych, ale i najbiedniejszych osób jest na Mazowszu. W stolicy rozlicza podatki najwięcej milionerów (około jednej czwartej z ponad 20 tys. osób). Na drugim biegunie mamy z kolei powiat szydłowiecki z ponad 24-proc. bezrobociem. Najbardziej egalitarny dochodowo jest zaś Śląsk.

10 proc. najlepiej zarabiających Polaków uzyskuje prawie 41 proc. całego dochodu brutto wszystkich rozliczających podatki. Absolutni krezusi – czyli 1 proc. najbogatszych – kontrolują około 14 proc. dochodu.

Resort finansów zbadał dane z połączonych baz PIT i ZUS za 2016 r. Przeanalizował je m.in. pod kątem nierówności dochodowych. Do tej pory głównym źródłem informacji o nierównościach były badania budżetów gospodarstw domowych, które robił GUS. Z badań ministerstwa wynika jednak, że nierówności są większe niż wskazuje współczynnik Giniego dla Polski. GUS opiera się na ankietach, a nie twardych danych z urzędów skarbowych. Eksperci zarzucają jego badaniom, że za słabo reprezentowani są w nich bogaci. Jednocześnie jednak Ministerstwo Finansów nie uwzględnia w swoich badaniach rolników, którzy nie płacą podatku dochodowego.

W listopadzie 2017 r. dwaj ekonomiści, Paweł Bukowski i Filip Novokmet, opublikowali raport, w którym dowodzili, że nierówności po upadku komunizmu wyraźnie się zwiększyły. W 1989 r. 10 proc. najwięcej zarabiających uzyskiwało 23 proc. całkowitego dochodu, a 1 proc. najzamożniejszych ok. 4 proc.

Wrócą kaucje?

Wrócą kaucje?

Dyrektywy unijne coraz silniej naciskają na kraje członkowskie, by te przetwarzały ponownie zużyty plastik. W Polsce powraca dyskusja o wprowadzeniu kaucji za opakowania.

Jak pisze Portal Samorządowy, system kaucji miałby obejmować puszki po napojach oraz butelki szklane i plastikowe. Licznych zwolenników ma też wprowadzenie automatów, w których za opłatą będzie można oddać butelki, tzw. skupomatów.

Plastik staje się ogromnym problemem jako „naczelny śmieć”. Nic dziwnego, że cała Europa rozmyśla nad sposobami ograniczenia jego produkcji lub zużycia.

Pierwszy polski skupomat stanął w krakowskim magistracie. Przyjmuje on plastikowe butelki po 10 groszy za sztukę. Co ciekawe, zakup pierwszych 10 tysięcy butelek sfinansuje radny Łukasz Wantuch, pomysłodawca całej idei. Wierzy on, że zamiast do pieca czy lasu, niepotrzebne butelki trafią do odpowiedniego automatu.

Wątpliwości ma Piotr Szewczyk, przewodniczący Krajowej Rady RIPOK, który wskazuje na nieekologiczność transportu butelek ze skupomatów do centrów, gdzie byłyby przetwarzane (benzyna) oraz na nieekologiczność i koszt wyprodukowania samych automatów. Jego zdaniem dużo lepszy jest obowiązujący dawniej w Polsce – i obecnie w wielu krajach unijnych – system kaucyjny.

Takie systemy obowiązują w 10 krajach UE, w części z nich recykling butelek sięga ponad 90 proc. Pomysł nie jest nowy także u nas. Polski rząd już analizował taką możliwość, ale przed rokiem resort środowiska stwierdził, że kaucji nie wprowadzi.

W ostatnich dniach minister środowiska Henryk Kowalczyk przyznał jednak, że kaucja zostanie wprowadzona w ramach przygotowywanego pakietu odpadowego.  „Rozważamy różne systemy kaucyjne, nie tylko dla plastiku, ale i dla szkła” – mówił „Gazecie Wyborczej”. Intensywne prace nad pakietem mają być prowadzone w drugiej połowie roku.

Otwarte nie znaczy dobre

Otwarte nie znaczy dobre

Według najnowszych badań aranżacja układu biur w stylu open space nie sprzyja produktywności pracowników, a wręcz ją obniża.

Wyniki ubiegłorocznych badań Harvard Business School pokazują, że biura typu open space izolowały od siebie pracowników, którzy aż o 73 proc. obniżyli wzajemne interakcje w porównaniu do ludzi pracujących w biurach, gdzie pokoje są zamknięte. To ciekawy i zaskakujący wynik, ponieważ z założenia aranżacja open space ma sprzyjać kontaktom między pracownikami, dawać wrażenie równości wszystkich członków zespołu i poprawiać komunikację między nimi. Jednym z największych mitów otwartego biura jest to, że zachęca ono do współpracy pomiędzy współpracownikami, którzy, omijając ściany, spontanicznie wpadną na siebie i poprowadzą inspirujące rozmowy.

Największą wadą otwartych biur jest hałas. W 2014 roku producent mebli Steelcase przebadał 10 000 pracowników i stwierdził, że ludzie pracujący w systemie open space tracą do 86 minut dziennie z powodu hałasu panującego w tego rodzaju biurach. Inne badanie z 2013 r. wykazało, że prawie połowa badanych pracowników miała problem z akustycznym rozpraszaniem uwagi – w szczególności z podsłuchiwaniem rozmów, co stanowiło największą frustrację dla wielu osób.

W open space wszyscy widzą ponadto, co pracownik robi. Jedno z badań wykazało, że brak prywatności i wszechobecne poczucie bycia obserwowanym ma nieproporcjonalnie duży wpływ na pracowników płci żeńskiej. To właśnie kobiety czują się bardziej pod presją w tego typu otwartej przestrzeni. Przebadane w studium pracownice przyznały, że unikały całych sekcji biura, aby oszczędzić sobie „gapienia się” współpracowników lub całkowicie zmieniły sposób ubierania się, ponieważ przez cały czas czuły, że są oceniane.

Jak pisze serwis pulshr.pl, badania wykazały, że otwarte biura nie tylko wpływają na obniżenie produktywności, komfortu czy poczucia bezpieczeństwa pracowników. Mogą one również nasilać rozprzestrzenianie się zarazków, zwiększając częstotliwość, z jaką pracownicy chorują. Tym samym zmniejszają ogólną wydajność.