Reforma nie taka piękna

Reforma nie taka piękna

Pekaesy miały wrócić na wiejskie drogie i do wykluczonych komunikacyjnie miejscowości. Ale subwencja rządowa dla wojewodów, mająca początkowo wynosić 800 mln zł rocznie, stopniała do 245 mln. Skorzystają prawdopodobnie najbogatsze gminy.

W pośpiechu i bez poprawek, na finiszu kampanii do Parlamentu Europejskiego, Senat poparł ustawę o Funduszu rozwoju przewozów autobusowych o charakterze użyteczności publicznej. To jeden z punktów nowej piątki PiS. Rząd chce przykryć białe plamy na komunikacyjnej mapie kraju. Pieniądze trafią na konto prowadzone przez Bank Gospodarstwa Krajowego i zostaną podzielone między województwa. O przyznaniu dofinansowania będzie decydował wojewoda.

Jeszcze na etapie projektu kilka razy zmieniały się pomysły na finansowanie funduszu. Początkowa kwota – 800 mln zł na ten rok – w miarę jak przedłużały się prace nad projektem, stopniała najpierw do maksymalnie 400 mln zł, a potem 300 mln zł. Finalnie w ustawie zapisano, że w tym roku na fundusz wpłynie 245 mln zł. Zmieniły się także źródła finansowania funduszu autobusowego w latach 2020–2028. Miał być zasilany z budżetu państwa w kwocie 800 mln zł, ale w ustawie przyjętej przez Sejm jest już mowa tylko o 200 mln zł na każdy rok (środki w dyspozycji ministra do spraw transportu). Dodatkowe pieniądze mają pochodzić m.in. z opłaty paliwowej (2020 r. – 377,5 mln zł, 2021 r. – 307,5 mln zł) i wpływów z tytułu opłaty emisyjnej (5 proc.).

To reforma z pieniędzmi, ale bez wizji – podkreśla dr Michał Wolański z Instytutu Infrastruktury, Transportu i Mobilności SGH. Wskazuje, że wśród kryteriów, na podstawie których wojewoda ma przyznawać środki, brakuje funkcjonalności i dostępności finansowej. Ekspert zaznacza, że najbardziej wykluczone komunikacyjnie są samorządy najbiedniejsze. – Dla nich dopłata może być niewystarczająca. Obawiam się, że pieniądze trafią do najbogatszych – mówi.

Plusem jest to, że pierwszeństwo będą miały gminy, a dopiero po nich związki gminne, powiaty i województwa. Ale czy najbiedniejsze z gmin będzie stać na dopłatę minimum 10 proc. kosztów? Na etapie prac rządowych doprecyzowano, że środki zasilą jedynie nowe linie, które funkcjonują krócej niż trzy miesiące (od wejścia w życie ustawy). Ten przepis od początku budził wątpliwości. Eksperci zwracali uwagę, że gminy mogą stosować ekwilibrystykę prawną i na przykład dokładać lub likwidować jeden przystanek autobusowy istniejącego połączenia, zmieniać w niedużym stopniu trasę linii tylko po to, by móc otrzymać dofinansowanie. Warunek zaistnienia nowych linii, by otrzymać dofinansowanie sprawi, że wsparcia nie dostaną ci przewoźnicy, którzy już teraz obsługują nierentowne połączenia i którym grozi likwidacja.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Polak – tani pracownik

Polak – tani pracownik

Średnie godzinowe koszty pracy wynosiły w Unii Europejskiej w 2018 r. 27,4 euro i odpowiednio 30,6 euro w krajach unii walutowej. Jednak średnia zaciemnia obraz – koszty te są w Polsce dużo niższe.

Najtaniej w całej Unii Europejskiej jest w Bułgarii, gdzie godzina pracy kosztuje pracodawcę 5,4 EUR. Kolejne państwa z najniższymi kosztami pracy za godzinę w całej gospodarce to Rumunia (6,9 EUR), Litwa (9,0 EUR), Węgry (9,2 EUR) Łotwa (9,3 EUR). Na szóstej pozycji z zestawieniu najtańszych pracowników znalazła się Polska, gdzie godzina pracy to koszt 10,1 EUR. To o 6,8 proc. więcej niż rok w wcześniej, gdy godzinowy koszt pracy wynosił 9,5 euro.

W Polsce najniższe koszty pracy są w budowlance. Godzina pracy pracownika budowy kształtuje się na poziomie 9,6 EUR. W sektorze prywatnym i w przemyśle koszty pracy są na poziomie 9,9 EUR, w usługach 10 EUR. Najbardziej kosztowni są pracownicy sektora publicznego (bez administracji), gdzie koszt godziny pracy wynosi 10,8 EUR. Zatem bajania polskich pracodawców o wysokich kosztach pracy (i płacy) nie znajdują odbicia w rzeczywistości.

Na przeciwległym krańcu skali, z najwyższymi kosztami pracy, znalazła się Dania (43,5 EUR). Kolejne był Luksemburg (40,6 EUR), Belgia (39,7 EUR), Szwecja (36,6 EUR), Holandia (35,9 EUR) i Francja (35,8 EUR). Dopiero na siódmym miejscu znalazła się największa gospodarka Europy – Niemcy.

Fizjoterapeuci głodują

Fizjoterapeuci głodują

Dosłownie i w przenośni – protestują przeciwko niskim płacom i warunkom pracy, a wobec braku zainteresowania protestem ze strony rządu, zapowiadają kontynuację głodówki.

Protest głodowy fizjoterapeutów i diagnostów trwa piąty dzień. W Szpitalu Pediatrycznym przy Żwirki i Wigury w Warszawie głoduje 8 osób,  ale chętnych do podjęcia takiej formy protestu jest więcej. Z okazji Dnia Diagnosty Laboratoryjnego, obchodzonego 27 maja, planujemy akcję solidarnościową z osobami głodującymi, polegającą na nieobecności w pracy na podstawie urlopu na żądanie, lub na oddawaniu krwi tak, żeby pokazać solidarność – powiedziała Agnieszka Gierszon ze Związku Zawodowego Pracowników Medycznych Laboratoriów Diagnostycznych.

Protestujący pracownicy laboratoriów i fizjoterapeuci domagają się nie tylko wyższych płac, ale również dostępu do bezpłatnych szkoleń specjalizacyjnych i adekwatnych wycen świadczeń. Chcą łatwego dostępu pacjentów do badań laboratoryjnych, szybszego dostępu pacjenta do fizjoterapii oraz poprawy warunków wynagrodzeń i pracy dla innych zawodów medycznych i niemedycznych.

W ramach akcji „Maj bez fizjoterapeuty” fizjoterapeuci najpierw oddawali krew, a potem przystąpili to strajku włoskiego polegającego na skrupulatnym wykonywaniu obowiązków i edukowaniu pacjentów o znaczeniu fizjoterapii. W połowie maja, na wspólnej konferencji z diagnostami, poinformowali o akcji wysyłania pism do dyrektorów zatrudniających ich placówek, prosząc o podwyżkę wynagrodzeń, oraz występowania, m.in. do NFZ, z pytaniem, ile jest na to środków. Działania te podjęto w związku z wypowiedzią szefa MZ Łukasza Szumowskiego, który wskazał, że dyrektorzy szpitali dostali dodatkowe 680 mln zł w związku ze wzrostem wyceny świadczeń i mogą te środki przeznaczyć na podwyżki dla grup, które ich nie dostały, m.in. dla diagnostów i fizjoterapeutów.

Związek zawodowy zwraca uwagę, że głodujący w Warszawie fizjoterapeuci są szykanowani. Ściągnięto ich baner informujący o proteście, odłączono prąd, są przenoszeni z sali do sali wbrew swojej woli.

Diagności laboratoryjni od poniedziałku zaostrzają protest. Kolejne organizacje związkowe deklarują wstępowanie w spory zbiorowe z dyrekcjami swoich szpitali.

Dość plastiku w Afryce

Dość plastiku w Afryce

Rząd Tanzanii ma zamiar z początkiem czerwca wprowadzić zakaz wwożenia do kraju plastikowych toreb na zakupy.

Jak informuje serwis Africa News, wiceprezydent Tanzanii wydał 16 maja br. oficjalne oświadczenie na temat zakazu. Zatytułowane jest „Informacja dla podróżnych planujących wizytę w Tanzanii” i odzwierciedla opinię całego rządu. Zgodnie z jego treścią, rząd ma zamiar uruchomić na przejściach granicznych specjalne punkty, gdzie będzie to sprawdzane.

Nie chodzi jednak tylko o wwożenie plastiku. Od 1 czerwca 2019 r. plastikowe torebki, bez względu na grubość, nie będą importowane, eksportowane, wytwarzane ani sprzedawane na terenie Tanzanii. January Makamba, minister środowiska, zapowiedział, że wobec nadal produkujących plastikowe torby zostaną podjęte zdecydowane działania, łącznie z groźbą zamknięcia biznesu. Rząd Tanzanii już w 2016 r. ostrzegał wytwórców, że moment całkowitego zakazu nadejdzie i że powinni zastanowić się nad wdrożeniem innego rodzaju produkcji.