Odpadowy problem

Odpadowy problem

Gminy zaczynają się dławić śmieciami wielkogabarytowymi, bardzo kosztownymi w recyklingu. Branża odpadowa potwierdza, że Polacy na potęgę wymieniają meble, a stare wyrzucają – jednak nie bardzo wiadomo, co dalej z nimi robić.

Łóżka, fotele, szafy – takich śmieci pojawia się w gminach co roku nawet o 20 proc. Więcej. Włodarze gmin wiążą ten fakt ze wzrostem płac i transferami socjalnymi – mieszkańcy zaczęli wymieniać meble, remontować kuchnie. W gminie Przygodzice (województwo wielkopolskie) liczącej nieco ponad 12 tys. mieszkańców w 2016 r. – gdy weszło świadczenie 500 plus (kwiecień) – zebrano 95 ton odpadów wielkogabarytowych, a rok temu było ich już 147 ton. – Przyrost tego rodzaju odpadów jest dramatyczny. Po ich strukturze widać, że są to meble po roku lub dwóch użytkowania – mówi inspektor do spraw gospodarki odpadami w gminie Przygodzice Andrzej Pichet. W gminie Kamienna Góra liczącej ponad 9 tys. mieszkańców (województwo dolnośląskie) zgromadzono trzy lata temu 58 ton starych mebli, sprzętów elektrycznych i opon, rok później były to już 162 tony, rok temu – 142 tony, w tym tylko podczas jednej wiosennej zbiórki – 70 ton niepotrzebnych gratów.

Sławomir Brzózek, prezes fundacji Nasza Ziemia zaznacza, że wzrost produktu krajowego brutto ma kluczowe znaczenie i w zależności od stopnia zamożności społeczeństwa przekłada się na wzrost ilości odpadów, równy od kilku do kilkudziesięciu procent wzrostu PKB. Według eksperta dla Polski można przyjąć, że wzrost PKB o 3,5 proc. będzie skutkował 1,5-procentowym wzrostem ilości odpadów. Profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu Marek Kośny przeanalizował deklaracje składane przez polskie rodziny w badaniach GUS dotyczących budżetów gospodarstw domowych. Wynikało z nich, że na zakup „urządzeń domowych” korzystający z 500 plus wydali o blisko 90 proc. więcej niż w roku, gdy program jeszcze nie działał.

Żeby szybciej pozbyć się narastającej góry szaf, meblościanek i kredensów, trzeba zatrudnić więcej ekip do ich wywozu i rozbiórki. To jednak koszty, a samorządowcy nie chcą podnosić mieszkańcom opłat za odbiór śmieci,. – Ludzie nie chcą płacić więcej – zaznacza Andrzej Pichet.

Samorządy odnotowują wzrosty wytwarzanych odpadów nie tylko w odniesieniu do wielkich gabarytów. W gminie Kamienna Góra w kwietniu zebrano około 200 ton śmieci (bez mebli, sprzętu elektronicznego i opon), a w tym samym miesiącu rok temu – 169 ton. I chociaż potrzeba szczegółowych danych, by móc odpowiedzieć na pytanie, jaka jest tego przyczyna, to można przypuszczać – biorąc pod uwagę chociażby wskaźniki wzrostu gospodarczego – że śmiecić będziemy coraz więcej. – Dlatego tak ważne jest tworzenie skutecznego systemu zbierania i przetwarzania odpadów – w przeciwnym razie zasypalibyśmy się własnymi odpadami, a gospodarka musiałby ciągle korzystać z surowców naturalnych – zaznacza Sławomir Brzózek.

Samorządowcy podkreślają, że przed nami jeszcze dużo pracy. Z danych z 16 największych miast wynika, że 50-procentowy poziom recyklingu osiągniemy w 2027 r., a nie – do czego obligują nas unijne przepisy – już w przyszłym roku. Na śmietnik trafia nawet do 75 proc. odpadów zmieszanych.

[Zdjęcie: Magdalena Okraska]

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Zerowy PIT dla młodych

Zerowy PIT dla młodych

Na początku lipcu rząd przyjął zapowiadany od dawna PIT 0 dla podatników poniżej 26. roku życia. Obejmie on pracujących na umowach o pracę i zleceniach. Nadal opodatkowane będą umowy o dzieło i samozatrudnienie.

Jak informuje portal wyborcza.biz, osoby, które mają mniej niż 26 lat już od 1 sierpnia br. będą zwolnione z płacenia podatku PIT. Zwolnienie ma jednak granice: przysługuje do maksymalnej kwoty 85 528 zł rocznie. Kto w ciągu roku zarobi więcej, zapłaci podatek od nadwyżki. W 2019 roku, z racji faktu, że rozwiązanie wejdzie w życie 1 sierpnia br., limit będzie niższy i wyniesie 35 637 zł.

Według szacunków z rozwiązania skorzysta ok. 2 mln osób. Ci, którzy pracują za niskie stawki (a to zdecydowana większość młodych), zaoszczędzą ok. 100 zł netto miesięcznie. Pracującym w dochodowych branżach zostanie w kieszeni nawet 300 zł miesięcznie, czyli 4 tysiące w skali roku.

Zerowy PIT uszczupli za to przychody samorządów – na braku wpływów od młodych osób stracą część środków, które zasilały ich budżet.

Przeciwko nowemu rozwiązaniu głosowała w czwartek tylko czwórka posłów, m.in. Ryszard Petru.

Koniec berlińskich spekulacji

Koniec berlińskich spekulacji

Miasto Berlin zamroziło stawki czynszów, by zapobiec drożyźnie na rynku wynajmu mieszkań.

Sprawę opisuje portal miasto2077.pl, który donosi, że blokada stawek ma obowiązywać przez kolejne pięć lat. Chociaż Berlin jest relatywnie tanim miejscem do życia, to koszty najmu już niekoniecznie – sięgają okolic 900 euro za kawalerkę. To nie są najwyższe ceny w Europie, ale stawki są podbijane przez branżę IT i startuperów. W stolicy Niemiec 85 proc. mieszkańców żyje w wynajętych mieszkaniach, które wcześniej zgromadziły duże fundusze nieruchomościowe, takie jak Deutsche Wohnen (tylko ta jedna instytucja posiada 110 tys. z 1,9 mln wszystkich stołecznych lokali).

Berliński senat już w styczniu zdecydował się wkroczyć na rynek mieszkaniowy. Nie chodzi tylko o budowę nowych domów, ale także o skup mieszkań na rynku, który zaczął się już na początku roku – burmistrz Michael Müller obiecał, że stworzy komunalny pakiet 50 tys. lokali.

Według nowego prawa nie tylko nie będzie można podwyższać wysokich już stawek, ale te, które zostaną uznane za zbyt wyśrubowane, będą musiały zostać zredukowane poniżej poziomu ustalonego przez ratusz.

Zmierzch świetności

Zmierzch świetności

Huta Częstochowa, kiedyś zakład utrzymujący miasto, jest zagrożona upadłością likwidacyjną. Hutnicy są na urlopach lub mają tzw. postojowe. OPZZ apeluje do rządu o nacjonalizację zakładu. Może go też uratować brytyjski inwestor, który jednak ma za sobą marną przeszłość, jeśli chodzi o wyciąganie fabryk z kłopotów.

ISD Huta Częstochowa może upaść. Przedsiębiorstwo jest zadłużone, w maju wstrzymano produkcję. Od 1 do 30 czerwca wprowadzono przerwy w pracy. W lipcu prawdopodobnie będzie podobnie.

W zakładzie jest zatrudnionych 1235 osób. Ich sytuacja jest dramatyczna – tylko 159 z nich pracuje przy bieżących obowiązkach, ponieważ wstrzymano prace walcowni. Reszta hutników jest na postojowym za dużo mniejsze pieniądze. Obawiają się o wysokość wypłaty, którą otrzymają 10 lipca.

Zarząd ISD Polska, (od 2005 roku właścicielem huty jest Związek Przemysłowy Donbasu (ISD) ) prowadzi rozmowy z bankami wierzycielami – PKO SA (większościowy wierzyciel) i PKO BP. Związkowcy napisali list do banków z prośbą o przyspieszenie decyzji, które pozwolą wznowić produkcję i uchronić miejsca pracy. Jest jeden chętny do kupienia częstochowskiej firmy – Greybull Capital LLP. Jak mówią związkowcy, ten potencjalny inwestor jest gotowy na bieżąco wyłożyć 15 mln dolarów na płace hutników. Banki wyraziły na to zgodę. Inwestor ma jednak złą prasę, jeśli chodzi o utrzymanie płynności finansowej zakładów po ich początkowym dokapitalizowaniu.

Walcownia może produkować milion ton blachy rocznie. Ale po upadku przemysłu stoczniowego w Polsce, który był głównym odbiorcą produkcji z częstochowskiej huty, trudno było znaleźć kontrahenta. Związkowcy proponują, aby huta produkowała stal dla przemysłu zbrojeniowego.

Jednym z powodów tragicznej kondycji Huty jest zalew taniej stali spoza Unii Europejskiej, której producenci nie muszą ponosić rosnących opłat emisyjnych.

 Częstochowskie skrzydło Partii Razem popiera starania związków o nacjonalizację. Oto fragment listu do rządu RP: Popieramy apel związków zawodowych oraz Rady Powiatowej OPZZ Częstochowa do Rządu RP o nacjonalizację Huty Częstochowa. Uważamy, że państwo polskie musi wziąć odpowiedzialność za sytuację zakładu. Losu tysięcy ludzi nie możemy zawierzać inwestorowi z Wielkiej Brytanii, któremu nie udało się już kilka inwestycji w przemysł stalowy. Regułą jest, że „ratowane” przez niego przedsiębiorstwa szybko tracą płynność i w następstwie popadają w stan likwidacji.
Huta jest jednym z większych zakładów pracy w mieście i regionie. Zakład zatrudnia 1235 osób, które boją się, że 10 lipca nie dostaną wypłat. To jednak nie wszyscy – łącznie z hutą związanych jest prawie 5 tys. osób, które w różnych firmach świadczą usługi na jej rzecz oraz rodziny pracowników. Są to często ludzie, którzy poświęcili całe swoje życie dla pracy w tym właśnie zakładzie, a teraz zostają pozostawieni sami sobie, bez źródła utrzymania. Taką sytuację mieliśmy już w latach 90-tych na Śląsku i w Wałbrzychu, gdzie przez nieprzemyślaną likwidację tysięcy miejsc pracy w górnictwie, całe społeczności pozostawiono na bruku. Nie pozwólmy, by to samo spotkało Częstochowę.

[Zdjęcie: portal Życie Częstochowy]