Walka o hutę

Walka o hutę

Związki zawodowe działające w hucie ArcelorMittal żądają od władz koncernu metalurgicznego wycofania decyzji o wstrzymaniu pracy wielkiego pieca. Grożą protestem.

Walka o niewygaszanie pieca w dawnej hucie im. Sendzimira w Krakowie trwa od kilku miesięcy. Ma on zostać wygaszony już we wrześniu. Związkowy z huty podjęli szereg działań w obronie zakładu pracy. Ich efektem było między innymi wprowadzenie ustawy o refundacji części cen energii elektrycznej dla przemysłu energochłonnego. Związkowcy zwracają też uwagę, że dzięki ich naciskom trwają rozmowy przedstawicieli rządu i ArcelorMittal.

Niestety, nie możemy dostrzec żadnych działań ze strony zarządu ArcelorMittal Poland oraz dyrekcji ArcelorMittal, które doprowadziłyby do wycofania się z decyzji o wstrzymaniu pracy wielkiego pieca i stalowni krakowskiej huty” – piszą związkowcy w liście do prezesa Geerta Verbeecka . – „W dalszym ciągu nie otrzymaliśmy żadnych informacji ilu pracowników pozostanie na dotychczasowych miejscach pracy, ilu pracowników będzie zatrudnionych na innych stanowiskach pracy, ile osób i na jak długo będzie musiało skorzystać z postojowego”. Hutnicy twierdzą, że przekazywane im informacje są bardzo ogólne i nie zawierają żadnych konkretnych rozwiązań.

Związkowcy nie kryją, że taka sytuacja powoduje narastanie frustracji wśród pracowników i wzywają do wycofania się z decyzji o wstrzymaniu pracy wielkiego pieca oraz stalowni. Domagają się zorganizowania spotkania, na którym można by wyjaśnić wszystkie wątpliwości. Grożą,że jeśli w ciągu dwóch tygodni nie będzie „satysfakcjonującej pracowników odpowiedzi, organizacje związkowe będą zmuszone do podjęcia bardziej radykalnych rozwiązań w obronie miejsc pracy”. Związkowcy nie precyzują,co zrobią,ale zapowiadają, że w najbliższym czasie zostanie zorganizowana akcja protestacyjna hutników.

O sprawie pisaliśmy w maju tutaj: https://nowyobywatel.pl/2019/05/08/nie-dadza-wygasic/

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Bezdomny nie znaczy gorszy

Bezdomny nie znaczy gorszy

Przed budynkiem krakowskiego magistratu zebrało się w akcie protestu kilkadziesiąt osób bezdomnych oraz działaczy organizacji pozarządowych.

Akcja była pokłosiem skandalicznych wypowiedzi jednego z krakowskich radnych, Łukasza Wantucha. Polityk chciał piętnować osoby w kryzysie bezdomności, zgłaszając poprawki do uchwały o ich dożywianiu, polegające na uzależnieniu zjedzenia przez osobę bezdomną posiłku od pracy na rzecz miasta i odbycia raz w tygodniu kąpieli. Sugerował też, że osoby bezdomne powinny zniknąć z krakowskich Plant, ponieważ szpecą krajobraz turystom.

„Jest Pan potworem, Panie Wantuch”. Takie między innymi hasła padały w środę na sali sesyjnej Rady Miasta Krakowa z widowni. Wykrzykiwało je kilkadziesiąt osób bezdomnych i aktywistów, którzy im pomagają.

Chciałem Panu spojrzeć w oczy. Pan jest bez empatii. Pan nie ma serca, bo Pan po prostu traktuje ludzi jak zwierzęta – mówił podczas sesji Rady Miasta pan Tomasz, który na ulicy spędził 3 lata życia.

Chciałam oddać głos tym, których Pan Radny bardzo skrzywdził swoimi wpisami na Facebooku. Uważam, że to jest niegodne, żeby człowiek z wyższym wykształceniem, reprezentujący miasto, wybrany w wolnych wyborach w ten sposób wypowiadał się o osobach najbardziej pokrzywdzonych, o osobach ubogich – mówi Adrianna Porowska, członkini Rady Społecznej przy Rzeczniku Praw Obywatelskich oraz ​dyrektorka Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.

Po fali krytyki, także ze strony innych radnych, poprawki Łukasza Wantucha zostały ostatecznie odrzucone.

Być pieszym to walczyć o życie?

Być pieszym to walczyć o życie?

Ministerstwo Infrastruktury ujawniło wreszcie ukrywany od kilku miesięcy przed opinią publiczną zatrważający raport. Wynika z niego, że tylko jeden na dziesięciu kierowców nie przekracza dozwolonej prędkości w rejonie przejść dla pieszych.

Dane mówią same za siebie i nie potrzebują nawet komentarza, bo są jednoznaczne: prawie wszyscy kierowcy jeżdżą w pobliżu przejść dla pieszych za szybko. W terenie zabudowanym aż 85 procent, a poza nim nawet 90. Raport pod tytułem „Badanie zachowań pieszych i relacji pieszy-kierowca wrzesień-grudzień 2018” przeprowadzili na zlecenie Ministerstwa Infrastruktury naukowcy z Instytutu Transportu Samochodowego. Wyniki okazały się tak zatrważające, że zostały na jakiś czas utajnione. O publikację raportu walczyli m.in. aktywiści miejscy.

W Polsce od trzech lat rośnie liczba pieszych zabijanych na przejściach. W ubiegłym roku w wypadkach na zebrach zginęło 271 osób. W sumie we wszystkich wypadkach drogowych zginęło 803 pieszych, a całkowita liczba ofiar śmiertelnych to 2862 osób. Prawie osiem osób każdego dnia. W przeliczeniu na milion mieszkańców to jeden z najgorszych wyników w UE. Jeszcze gorzej wypadamy, jeśli przeliczymy liczbę ofiar śmiertelnych na miliard przejechanych kilometrów. Tutaj jesteśmy na ostatnim miejscu ze wskaźnikiem 14,6 przy unijnej średniej 5,8.

Jeździmy zdecydowanie za szybko. – Pomiary terenowe prędkości pojazdów wykazały, że w obszarach o dopuszczalnej prędkości 50 km/h, czyli w obszarach zlokalizowanych w miastach i małych miejscowościach, ok. 85 proc. zbadanych kierowców przekracza dozwoloną prędkość, a poza obszarami zabudowanymi o dopuszczalnej prędkości 70 km/h, aż 90 proc. zbadanych kierowców przekracza dozwolony limit prędkości – czytamy w dokumencie.

A właśnie prędkość jest dla bezpieczeństwa kluczowa. Pieszy, jako niechroniony uczestnik ruchu, ma nawet 50 procent szans na przeżycie starcia z samochodem jadącym nie szybciej niż 50 km/h. Zwiększenie tej prędkości tylko o 20 km/h redukuje te szanse praktycznie do zera. Natomiast przy prędkości 30 km/h przeżyć zderzenie może nawet 90 procent pieszych.

Ciekawe natomiast są wnioski dotyczące zachowań pieszych. Przeczą one powtarzanym od lat stereotypom o „zapatrzonych w smartfony i piszących wiadomości”. Okazało się, że z telefonami w rękach chodzi jedynie 5 procent pieszych. A tylko jeden procent cokolwiek w tym czasie pisze. – Nie stwierdzono znacznych problemów związanych z nieprawidłowymi zachowaniami pieszych. Co prawda 7 proc. zbadanych pieszych przekraczało jezdnię na czerwonym świetle, ale takie zachowanie w większości przypadków wystąpiło przy bardzo niesprzyjających warunkach dla pieszych, np. przy długim czasie oczekiwania na zielone światło przy jednoczesnym braku pojazdów. Nieznaczna grupa pieszych rozmawiała przez telefony komórkowe (5 proc.), pisała wiadomości tekstowe (1 proc.) czy słuchała muzyki (1 proc.). Przechodzenie w miejscach niedozwolonych (8 proc.) występowało przede wszystkim na ulicach osiedlowych o małych natężeniach ruchu pojazdów – czytamy w raporcie.

Odpadowy problem

Odpadowy problem

Gminy zaczynają się dławić śmieciami wielkogabarytowymi, bardzo kosztownymi w recyklingu. Branża odpadowa potwierdza, że Polacy na potęgę wymieniają meble, a stare wyrzucają – jednak nie bardzo wiadomo, co dalej z nimi robić.

Łóżka, fotele, szafy – takich śmieci pojawia się w gminach co roku nawet o 20 proc. Więcej. Włodarze gmin wiążą ten fakt ze wzrostem płac i transferami socjalnymi – mieszkańcy zaczęli wymieniać meble, remontować kuchnie. W gminie Przygodzice (województwo wielkopolskie) liczącej nieco ponad 12 tys. mieszkańców w 2016 r. – gdy weszło świadczenie 500 plus (kwiecień) – zebrano 95 ton odpadów wielkogabarytowych, a rok temu było ich już 147 ton. – Przyrost tego rodzaju odpadów jest dramatyczny. Po ich strukturze widać, że są to meble po roku lub dwóch użytkowania – mówi inspektor do spraw gospodarki odpadami w gminie Przygodzice Andrzej Pichet. W gminie Kamienna Góra liczącej ponad 9 tys. mieszkańców (województwo dolnośląskie) zgromadzono trzy lata temu 58 ton starych mebli, sprzętów elektrycznych i opon, rok później były to już 162 tony, rok temu – 142 tony, w tym tylko podczas jednej wiosennej zbiórki – 70 ton niepotrzebnych gratów.

Sławomir Brzózek, prezes fundacji Nasza Ziemia zaznacza, że wzrost produktu krajowego brutto ma kluczowe znaczenie i w zależności od stopnia zamożności społeczeństwa przekłada się na wzrost ilości odpadów, równy od kilku do kilkudziesięciu procent wzrostu PKB. Według eksperta dla Polski można przyjąć, że wzrost PKB o 3,5 proc. będzie skutkował 1,5-procentowym wzrostem ilości odpadów. Profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu Marek Kośny przeanalizował deklaracje składane przez polskie rodziny w badaniach GUS dotyczących budżetów gospodarstw domowych. Wynikało z nich, że na zakup „urządzeń domowych” korzystający z 500 plus wydali o blisko 90 proc. więcej niż w roku, gdy program jeszcze nie działał.

Żeby szybciej pozbyć się narastającej góry szaf, meblościanek i kredensów, trzeba zatrudnić więcej ekip do ich wywozu i rozbiórki. To jednak koszty, a samorządowcy nie chcą podnosić mieszkańcom opłat za odbiór śmieci,. – Ludzie nie chcą płacić więcej – zaznacza Andrzej Pichet.

Samorządy odnotowują wzrosty wytwarzanych odpadów nie tylko w odniesieniu do wielkich gabarytów. W gminie Kamienna Góra w kwietniu zebrano około 200 ton śmieci (bez mebli, sprzętu elektronicznego i opon), a w tym samym miesiącu rok temu – 169 ton. I chociaż potrzeba szczegółowych danych, by móc odpowiedzieć na pytanie, jaka jest tego przyczyna, to można przypuszczać – biorąc pod uwagę chociażby wskaźniki wzrostu gospodarczego – że śmiecić będziemy coraz więcej. – Dlatego tak ważne jest tworzenie skutecznego systemu zbierania i przetwarzania odpadów – w przeciwnym razie zasypalibyśmy się własnymi odpadami, a gospodarka musiałby ciągle korzystać z surowców naturalnych – zaznacza Sławomir Brzózek.

Samorządowcy podkreślają, że przed nami jeszcze dużo pracy. Z danych z 16 największych miast wynika, że 50-procentowy poziom recyklingu osiągniemy w 2027 r., a nie – do czego obligują nas unijne przepisy – już w przyszłym roku. Na śmietnik trafia nawet do 75 proc. odpadów zmieszanych.

[Zdjęcie: Magdalena Okraska]