Facebook jednak pozbiera?

Facebook jednak pozbiera?

Niemiecki sąd tymczasowo zawiesił nakaz ograniczenia gromadzenia danych przez portal Facebook. Wydał go niedawno krajowy urząd antymonopolowy. Tym samym koncern nie będzie musiał wprowadzać postanowienia w życie do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia tej sprawy.

Miało być pięknie: Bundeskartellamt, czyli urząd antymonopolowy, orzekł w lutym, że bez świadomie wyrażonej na to zgody Facebook nie może zbierać danych o użytkownikach internetu z użyciem wtyczek społecznościowych poza swoim serwisem. Niemiecki urząd stwierdził także, iż koncern musi ograniczyć łączenie zebranych danych z informacjami w swoich bazach. Facebook został zobligowany do zaproponowania rozwiązań, które będą zgodne z orzeczeniem sądu.

Organ zezwolił wtedy Facebookowi na gromadzenie danych o internautach korzystających z serwisów należących do tego koncernu, takich jak WhatsApp czy Instagram. Bundeskartellamt podkreślił jednak, że przypisywanie zebranych informacji do profilu konkretnej osoby na Facebooku może odbywać się jedynie za jej wyraźną i dobrowolną zgodą. Jeśli nie zostanie ona udzielona, dane muszą pozostać zamknięte wewnątrz systemu usługi, przez którą zostały zgromadzone, i nie mogą być przetwarzane w połączeniu z informacjami z Facebooka.

Niestety Facebook odwołał się od wyroku, a sąd w poniedziałkowej decyzji właśnie uchylił tymczasowo postanowienia urzędu antymonopolowego.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Prywatne jest droższe

Prywatne jest droższe

Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak kształt umów koncesyjnych oraz modele finansowania i utrzymywania autostrad wpływają na ceny za przejechanie danego odcinka. Skontrolowała też, w jaki sposób w takich umowach zabezpieczane są interesy Skarbu Państwa oraz samych użytkowników dróg. Okazało się, że stawki ustalane przez prywatnych koncesjonariuszy są znacznie wyższe od ustalanych przez stronę publiczną.

W 1993 r. rząd polski opracował Program Budowy Autostrad, którego jednym z założeń była budowa kluczowych dróg z wykorzystaniem kapitału prywatnego. Efektem realizacji tego programu było zawarcie z prywatnymi inwestorami czterech umów koncesyjnych dotyczących czterech odcinków autostrad. Zawarcie umów na przestrzeni szesnastu lat (1997-2013), w różnych uwarunkowaniach ekonomicznych, prawnych i organizacyjnych spowodował, że umowy te różnią się od siebie. Różnice polegają m.in. na przyjętych metodach rozliczeń pomiędzy stroną publiczną a koncesjonariuszami, wysokości oraz sposobie ustalania opłat pobieranych od użytkowników, a także podziale przychodów z opłat pomiędzy koncesjonariuszy i Skarb Państwa. Przejechanie kilometra drogi może kosztować 20 gr lub 40 gr, a więc dwukrotnie więcej.

Ustalane przez koncesjonariuszy stawki opłat za przejechanie 1 km autostrady są zatem znacznie wyższe niż te ustalone przez stronę publiczną. Co więcej, porównując wysokość opłat za przejazd koncesyjnymi odcinkami autostrad należy także pamiętać, że na tych odcinkach, na których stawki opłat ustalała strona publiczna, wynagrodzenie koncesjonariusza za udostępnienie autostrady wypłacane jest z budżetu państwa, a opłaty pokrywają jedynie część kosztów utrzymania.

Zdaniem NIK umowy te zawierają szereg postanowień niekorzystnych zarówno dla strony publicznej, jak i użytkowników autostrad, a dotyczących m.in. modelu finansowania utrzymania dróg, kształtowania wysokości opłat, rozkładu ryzyka oraz mechanizmów rozstrzygania sporów. Zawierają ponadto postanowienia w całości wykluczające ich jawność, co nie spełniało przesłanek konstytucyjnej dopuszczalności ograniczania prawa obywateli do uzyskiwania informacji. W konsekwencji, kierowcy korzystający z autostrad nie dysponują nawet podstawowymi informacjami o standardach obsługi, jakich mają prawo oczekiwać od koncesjonariuszy.

Najwyższa Izba Kontroli zaleca dbałość o należyte zabezpieczanie interesów strony publicznej w umowach o partnerstwo publiczno-prawne.

Dach nad głową niezbywalnym prawem

Dach nad głową niezbywalnym prawem

Od marca 2020 r. miasto Lizbona wprowadzi w życie specjalną ustawę, w świetle której prawo do mieszkania zostanie obwołane niezbywalnym.

Jak informuje portal miasto2077.pl, stolica Portugalii będzie zatem musiała zapewnić dach nad głową wszystkim zameldowanym na swoim terenie mieszkańcom. Motywacją dla powstania ustawy w takim kształcie był problem z bezdomnością w mieście oraz rozrastające się slumsy. Ze względu na rozwój turystyki duża część biedniejszych i często młodych mieszkańców Lizbony nie może sobie pozwolić na zakup czy wynajem mieszkania, co prowadzi do powstawania slumsów, bardzo rozrastających się w ciągu ostatnich lat. Lizbonę zamieszkuje jedynie pół miliona ludzi, za to rocznie odwiedza ją aż 4,5 mln turystów.

Turystyka staje się zmorą – lokale mieszkalne są przeznaczane na apartamenty typu Airbnb, a ceny czynszów szybują w górę. Problemem nie jest tylko Airbnb, inną przyczyną było wprowadzenie przez władze Portugalii tak zwanej „złotej wizy” . Polega ona na tym, że zagraniczni inwestorzy mają prawo do stałego pobytu w zamian za dokonanie inwestycji za co najmniej pół miliona euro. Prawie 90% tych inwestycji dotyczy nieruchomości, a ze względu na łagodną politykę podatkową w Portugalii wizy cieszyły się dużą popularnością, tworząc tym samym bańkę mieszkaniową. Tylko w 2017 r. ceny mieszkań wzrosły o 18%.

Zgodnie z lipcową ustawą prawo do mieszkania staje się prawem każdego z obywateli. Należące do miasta budynki będą priorytetowo przeznaczane na potrzeby mieszkaniowe obywateli, a w konsekwencji wprowadzenie ustawy ma zapobiec eksmisjom. Całe sąsiedztwa i grupy mieszkańców będą mogły zgłaszać uwagi co do jakości lokali, budynków powstających wokół i proponowanej zabudowy okolicy.

Polskie wybrzeże zagrożone dewastacją

Polskie wybrzeże zagrożone dewastacją

Najwyższa izba Kontroli alarmuje – organy administracji morskiej nie współpracują z samorządami. Przepisy porządkowe nie są ujednolicane ani egzekwowane, a wydmy i klify ulegają dewastacji.

Coraz więcej inwestycji powstaje przy samych plażach, na krawędziach klifów czy wałach wydm. Gminy prześcigają się w pomysłach zagospodarowania tych terenów. Rozległe zejścia na plażę i tarasy widokowe, utwardzone ścieżki rowerowe na koronie wydmy czy klifu to tylko niektóre przykłady nowych inwestycji. Niestety rozwój turystyki często nie uwzględnia ochrony nadmorskiej przyrody, przez co nieuchronnie prowadzi do jej dewastacji – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli. Nieodpowiedzialne inwestowanie bez badań geotechnicznych na koronach klifów niesie ze sobą ryzyko katastrof budowlanych, co może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi – alarmuje NIK.

Instytucją, która powinna podejmować działania na rzecz ograniczenia negatywnych zjawisk, są urzędy morskie. Ich dyrektorzy mają szerokie kompetencje związane z gospodarowaniem polskim wybrzeżem. W praktyce wygląda to jednak tak, że gminy planują szereg nowych inwestycji i wywierają naciski na urzędy morskie, aby te pozytywnie opiniowały pozwolenia na budowę udzielane przez stosowne organy (np. przez wojewodę). W konsekwencji w pasie technicznym oraz w pasie ochronnym coraz częściej powstają – za zgodą urzędów morskich – nowe, duże, stałe obiekty turystyczne. Inwestycje są często realizowane nawet 2-5 m od brzegu klifu lub na koronach wydm, co nieuchronnie narusza stabilność naturalnie ukształtowanego brzegu.

We wnioskach z kontroli działań ochronnych wybrzeża NIK zwrócił się do ministra o określenie granicznych warunków dopuszczalnego inwestowania w obszarach położonych na koronach klifów, podjęcie działań mających na celu uregulowanie współpracy terenowych organów administracji morskiej z organami samorządów gmin i województw nadmorskich w zakresie zarządzania lądowo-morską strefą przybrzeżną oraz sprawowanie przez ministra skutecznego nadzoru nad jednolitym interpretowaniem przez dyrektorów UM przepisów ustawowych dotyczących pasa technicznego.