Zamykali zawodówki, nie mają ludzi

Zamykali zawodówki, nie mają ludzi

Minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski ujawnił dokument „Prognoza zapotrzebowania na pracowników w zawodach szkolnictwa branżowego na krajowym i wojewódzkim rynku pracy”. Brakuje m.in. ślusarzy, tokarzy, tynkarzy, murarzy, elektryków i mechaników.

Sporządzona przez MEN „Prognoza…” to wykaz zawodów, dla których jest prognozowane szczególne znaczenie na krajowym rynku pracy ze względu na znaczenie dla rozwoju państwa. Są to: automatyk, elektromechanik, elektronik, elektryk, kierowca mechanik, mechanik-monter maszyn i urządzeń, mechatronik, murarz-tynkarz, operator maszyn i urządzeń do przetwórstwa tworzyw sztucznych, operator maszyn i urządzeń do robót ziemnych i drogowych, operator obrabiarek skrawających, ślusarz, technik automatyk i technik automatyk sterowania ruchem kolejowym. Ponadto znajdują się na niej technik budowy dróg, technik elektroenergetyk transportu szynowego, technik elektronik, technik elektryk, technik energetyk, technik mechanik, technik mechatronik, technik programista, technik spawalnictwa, technik transportu kolejowego. Wśród nich są dwa zupełnie nowe zawody: automatyk i technik programista.

„Prognoza…” obejmuje także listy pożądanych profesji z podziałem na województwa. Np. w mazowieckiem brakuje zbrojarzy, betoniarzy, krawców, techników chemików i metalurgów.

W ramach znowelizowanych przepisów prawa oświatowego, samorządy otrzymają zwiększoną subwencję oświatową na szkoły kształcące w zawodach, na które prognozowane jest szczególne zapotrzebowanie na krajowym rynku pracy. Dotyczy to uczniów rozpoczynających naukę w danym zawodzie. Zwiększone finansowanie będzie kontynuowane przez cały cykl ich kształcenia.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Praca największym źródłem zmęczenia

Praca największym źródłem zmęczenia

Polacy pracują średnio 1895 godzin rocznie. 86 proc. z nas twierdzi, że to właśnie praca jest dla nas najpoważniejszym źródłem zmęczenia.

Jak wynika z danych OECD, jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów na świecie. Pracujemy o 300 godzin więcej niż pracownicy w Wielkiej Brytanii i 400 godzin więcej niż Niemcy. Rekordziści, pracownicy z Meksyku, pracują 2257 godzin rocznie.

Do liczby godzin dochodzi także poziom stresu i zmęczenia, jaki towarzyszy pracownikom. Pracownicy są przemęczeni, zestresowani, a w wielu przypadkach wykonują swe zadania nawet w dniach wolnych od pracy, co powoduje, że ich wypoczynek i aktywność pozazawodowa są niezwykle ograniczone. Obecny wymiar urlopów wypoczynkowych (20 i 26 dni), wprowadzony do Kodeksu pracy w latach 70. XX wieku, nie gwarantuje właściwej regeneracji sił pracownika po okresie wykonywania przez niego pracy, a także nie służy ochronie jego zdrowia oraz przywróceniu mu pełnej zdolności do pracy.

Złota rączka pomoże

Złota rączka pomoże

Białystok będzie kontynuował miejski program, w ramach którego świadczona będzie pomoc techniczna osobom powyżej 60. roku życia oraz długotrwale chorym.

Jak informuje miasto, w ubiegłym roku z bezpłatnej pomocy „złotej rączki” seniorzy skorzystali 290 razy. W tym roku – jak podaje białostocki magistrat – zarezerwowano w budżecie na ten cel 75 tys. zł. Projekt skierowany jest do seniorów w wieku 60+. Przede wszystkim osób mieszkających samotnie, dysponujących niskimi dochodami. Z usług mogą też korzystać osoby niepełnosprawne i długotrwale chore.

Zakres konsultacji technicznych i drobnych napraw obejmuje usługi niewymagające wiedzy specjalistycznej. Chodzi np. o naprawy klamek, zamków, regulację drzwi i okien, wymianę baterii w urządzeniach, przymocowanie luster, obrazów, karniszy i półek. Projekt nie obejmuje napraw, które powinny być wykonane na rzecz mieszkańców na podstawie umów ze wspólnotą lub spółdzielnią mieszkaniową.

Naprawy usterek sprzętów domowych czy instalacji mogą być kłopotliwe dla osób starszych. Trzeba nie tylko mieć odpowiednie narzędzia i umiejętności, ale też siłę do takich prac. Często pozostaje tylko zatrudnienie „złotej rączki”, a przecież nie każdego na to stać. Dlatego z pomocą fachowców chcemy zadbać o potrzeby starszych mieszkańców Białegostoku – mówi Zbigniew Nikitorowicz, zastępca prezydenta Białegostoku.

Nikt nie chce jeździć samochodem elektrycznym

Nikt nie chce jeździć samochodem elektrycznym

Obecna infrastruktura dla ładowania osobowych aut elektrycznych w Polsce znacznie wyprzedza potrzeby rynku. Poziom jej wykorzystania nie przekracza 3-5 proc.

Jak informuje serwis wnp.pl, obecnie istniejące stacje ładowania aut elektrycznych są w stanie pokryć zapotrzebowanie rynku na poziomie nawet kilkudziesięciu tys. aut elektrycznych. Gdybyśmy na koniec 2020 roku wskutek inwestycji OSD osiągnęli zakładaną w ustawie liczbę punktów ładowania, to stałyby one niewykorzystane, tak jak obecnie dzieje się to z większością dotychczas zbudowanych i udostępnionych punktów ładowania. Przyznaje to Rafał Czyżewski, prezes GreenWay Polska.

Do niedawna ładowanie samochodów elektrycznych było darmowe. Obecnie już sześć sieci pobiera opłaty za ładowanie samochodów elektrycznych w Polsce. Tydzień temu znalazł się w tym gronie Tauron, a w tym roku dołączą kolejno: Innogy, PGE, Orlen i Energa. Państwowy koncern energetyczny po wielu tygodniach przygotowań, uruchomił w końcu 30 grudnia 2019 roku płatności na swoich górnośląskich stacjach ładowania aut elektrycznych.

Co z cenami? Tańszy od samochodu elektrycznego jest nawet diesel. Jak informuje portal wysokienapiecie.pl, z półszybkich stacji AC najczęściej korzysta się w mieście, bo dostarczenie większej ilości energii wymaga zwykle nie minut, a pojedynczych godzin. Auta miejskie i kompaktowe zużywają w terenie zabudowanym średnio ok. 18 kWh/100 km. Mieszkając w bloku, i używając auta w mieście, za samą energie będziemy więc musieli zapłacić przynajmniej 18 zł/100 km. Przy dzisiejszych cenach paliw oznacza to więc równowartość zużycia ok. 3,5 l benzyny lub oleju napędowego. Zysk z posiadania „elektryka” nie jest więc oszałamiający. Dużo gorzej e-auta wypadają dziś w trasie. Przy jeździe autostradą zużycie nawet w niedużych samochodach na prąd rośnie do ok. 25 kWh/100 km. Uwzględniając stawki za szybkie ładowanie na poziomie 2,20 zł/kWh, auta na baterię żrą aż 55 zł/100 km. To równowartość spalania 10 litrów paliwa na 100 km. Dieslem w takiej trasie pojedziemy więc o nawet 15-20 zł taniej na każdych 100 kilometrach.