Prywatne boi się epidemii

Prywatne boi się epidemii

Prywatne placówki dezerterują z frontu walki z epidemią. Pacjenci są odsyłani do placówek państwowych.

Jak informuje portal „Rzeczpospolitej”, prywatne placówki medyczne i niepaństwowe szpitale wypisują do domu pacjentów, którzy mogą mieć podejrzenie zakażenia koronawirusem lub u których je stwierdzono. Zalecają im „kwarantannę domową”.

Nie żyje dwóch z czterech pacjentów onkologicznych, którzy trafili do Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM) w Warszawie z jednego z prywatnych stołecznych szpitali. Tydzień wcześniej wypisano ich z tamtejszego oddziału hematoonkologii, który okazał się ogniskiem koronawirusa. Prywatny szpital wypisał ich do domu z zaleceniem „domowej kwarantanny”. Po kilku dniach zaczęli gorączkować, więc, jak miał im doradzić personel prywatnej placówki, pojechali do WIM. Prof. Wiesław W. Jędrzejczak, wieloletni konsultant krajowy hematoonkologii, uważa, że w takiej sytuacji prywatny szpital powinien zapewnić pacjentom opiekę.

Przykładów odsyłania kłopotliwych pacjentów do szpitali publicznych jest więcej. – Od początku epidemii przybyło nam pilnych pacjentów ortopedycznych, bo leczące ich dotychczas kliniki prywatne, które musiały wstrzymać lukratywne zabiegi planowe, zamknęły się, czekając na lepsze czasy – mówi gazecie dyrektor szpitala na Mazowszu.

Lekarze są zdania, że przenoszenie kosztów walki z epidemią z placówek prywatnych na publiczne rzutuje na wydolność systemu ochrony zdrowia w czasie pandemii. Szpitale utrzymywane ze składek i podatku nie powinny działać dla zysku, a wszystkie przychody powinny być przeznaczane na leczenie.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Kobiety stracą na pandemii więcej niż mężczyźni

Kobiety stracą na pandemii więcej niż mężczyźni

Ten kryzys gospodarczy dotknie głównie kobiet. To przede wszystkim one stracą pracę i będą mieć większe problemy z jej odzyskaniem.

„Dziennik Gazeta Prawna” przytacza szacunki amerykańskiego ośrodka badawczego Institute for Women’s Policy Research. Spośród prawie 700 tys. miejsc pracy, które znikły w USA w marcu br., 60 proc. było zajmowanych przez kobiety. Od czasu, gdy epidemia koronawirusa zaczęła się nasilać w Stanach Zjednoczonych, z list płac w sektorze turystyki i rekreacji zniknęło tam 261 tys. pracownic i 181 tys. pracowników.

Kobiety pracują głównie w usługach, a wiele miejsc je świadczących (poza sklepami niektórych branż) jest zamkniętych od pierwszej połowy marca do odwołania. Na fali kryzysu wywołanego pandemią w Polsce przestały całkowicie funkcjonować gabinety kosmetyczne, zakłady fryzjerskie, kluby fitness itp. – miejsca, których pracownicami są prawie wyłącznie kobiety. „Dziennik Gazeta Prawna” rozmawia o sprawie z prof. Joanną Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego, która mówi, że miejsca pracy w usługach będzie trudniej przywrócić niż zatrudnienie w przemyśle.

Przemysł jest w stanie szybko przywrócić do pracy zwolnionych pracowników, jeśli tylko będzie popyt na ich produkty. Tymczasem w usługach odbudowa potencjału może potrwać dłużej. Jeśli salon fryzjerski upadnie, to zanim ktoś nowy wynajmie lokal, wyposaży go, zacznie faktycznie zatrudniać personel itd., może minąć sporo czasu – mówi profesor Tyrowicz. Jeśli oboje z małżonków stracą zatrudnienie, to szybciej nową pracę znajdą mężczyźni, bo przemysł, w którym to oni dominują, szybciej się odbije. Taka też będzie potrzeba gospodarstw domowych, bo zarobki mężczyzn są przeciętnie wyższe.

Franciszek za dochodem podstawowym

Franciszek za dochodem podstawowym

W swoim wielkanocnym liście do liderów ruchów społecznych papież pisze, że „być może nadszedł już czas, by rozważyć wprowadzenie dochodu podstawowego”.

O sprawie informuje portal Business Insider, który pisze, że list papieża wskazuje wyraźnie na sugestię, iż nadchodzi czas uniwersalnego dochodu, który mogłyby zacząć wprowadzać poszczególne kraje. Zdaniem Franciszka taki zastrzyk gotówki miałby pomóc wydźwignąć się im z gospodarczej zapaści związanej z wybuchem epidemii COVID-19 na całym świecie. Dochód podstawowy łagodziłby jego skutki.

Papież Franciszek, który jest znany z silnego poparcia dla najbiedniejszych i najbardziej zmarginalizowanych ludzi na świecie, poświęcił znaczną część zarówno swojego wielkanocnego przemówienia w Watykanie, jak i listu do liderów ruchów społecznych podkreśleniu trudnej sytuacji klasy robotniczej podczas kryzysu. „Wprowadzenie dochodu podstawowego zapewniłoby byt pracownikom pozbawionym praw. Byłby to zarówno gest bardzo ludzki, jak i bardzo chrześcijański” – pisze papież.

W swoim liście papież Franciszek zauważył również, że niektórzy pracownicy o najniższych zarobkach „zostali wykluczeni z korzyści płynących z globalizacji” i nie obejmują ich istniejące środki ochrony świata pracy. Pisze, że „sprzedawcy uliczni, śmieciarze, sklepy mięsne, drobni rolnicy, robotnicy budowlani, krawcowi, różnego rodzaju opiekunowie nie mają stałych dochodów, aby przetrwać ten trudny czas, a blokady gospodarcze stają się nie do zniesienia.”.

Wykorzystują sytuację i obniżają

Wykorzystują sytuację i obniżają

Koronawirus i założenia tarczy antykryzysowej sprzyjają obniżaniu wynagrodzeń pracownikom. Wielu z nich akceptuje takie rozwiązanie ze strachu, że całkowicie stracą pracę.

46 proc. badanych przez Polski Instytut Ekonomiczny firm jest zdecydowana na obniżkę wynagrodzeń w związku z trudnościami finansowymi. Tylko jedna trzecia pracodawców deklaruje utrzymanie dotychczasowych stawek.

Jak informuje portal pulshr.pl, od ponad miesiąca firmy ogłaszają zwolnienia, cięcia wynagrodzeń i rezygnację z premii. Pracownicy decydują się na bezwarunkowe przyjęcie obniżek wynagrodzenia z kilku powodów. Do najbardziej oczywistych należy strach.

Jednak wielu pracodawców nie musi wcale obniżać wypłat ze względów ekonomicznych. Robią to po prostu ze złośliwości i chęci zaoszczędzenia. Część przedsiębiorców – niestety muszę to powiedzieć, choć nie będą oni z tego powodu zadowoleni – chce po prostu wykorzystać sytuację. Wielu menedżerów, których znam, twierdzi, że do tej pory mieliśmy rynek pracownika, co było dla nich bardzo frustrujące. Dziś cieszą się, że sytuacja się odwraca i wszystko „zaczyna wracać do normy”  – wyjaśnia Bruno Żółtowski, psycholog biznesu – Dla niektórych pracodawców to, że muszą prosić o pracę, stało się wcześniej normą. Widzą korzyść w tym, że w sytuacji kryzysu i zagrożenia to oni rozdają karty.

Pracownicy kalkulują, jakie konsekwencje może mieć odmowa zmniejszenia wynagrodzenia, przeciwstawienie się pewnym decyzjom szefa. Ten strach sprawia, że nie podejmują walki w obawie o utratę pracy.