Śląsk nie chce kosić

Śląsk nie chce kosić

Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia apeluje do swoich miast o zaprzestania koszenia trawników w czasie suszy.

Jak pisze portal wnp.pl, o zaniechanie wykaszania traw w trakcie suszy zaapelowała do władz i mieszkańców swoich 41 miast i gmin członkowskich Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia. Niektóre z jej miast członkowskich już zadeklarowały, że stworzą utrzymujące wilgoć łąki.

Organizacja ta na mocy ustawy przygotowanej przez rząd specjalnie dla regionu skupia 41 miast i gmin centralnej części woj. śląskiego, zamieszkanych przez blisko 2,3 mln osób. Jednym z jej ustawowych zadań jest zagospodarowanie przestrzenne. Jej władze wskazały w piątek, że jeśli poszukuje się naturalnych sojuszników „w walce o przetrwanie” podczas suszy, jednym z najłatwiejszych sposobów jest zrezygnowanie z koszenia bądź ograniczenie do minimum koszenia miejskich trawników.

Wysoka trawa utrzymuje wilgoć i zapobiega erozji ziemi i jej przesuszaniu. Skoszony trawnik, aby był intensywnie zielony, musi być regularnie podlewany. To w perspektywie nadchodzących jeszcze większych susz jest działaniem nieracjonalnym. Woda staje się w tym czasie bezcenna i powinniśmy nią rozsądnie gospodarować – napisano w apelu umieszczonym w piątek na facebookowym profilu GZM. Wysoka trawa pomaga także obniżyć temperaturę powietrza. Nie bez znaczenia jest również to, że trawa, zwłaszcza w wybetonowanych miastach, jest fabryką tlenu i pochłaniaczem dwutlenku węgla. Jest też często jedynym rezerwuarem bioróżnorodności. Zadbajmy więc o naszego naturalnego sojusznika i pozwólmy rosnąć trawie! – apelują władze Metropolii.

Zgodne z tą ideą działania podjęły już w ostatnim czasie niektóre miasta GZM. Zakład Zieleni Miejskiej w Katowicach zapowiedział, że zaniecha w tym roku koszenia blisko 50 tys. metrów kwadratowych terenów zielonych, aby dać szansę dziko rosnącym łąkom. Podobne argumenty wziął pod uwagę Tyski Zakład Usług Komunalnych, urządzając łąki i informując o nich mieszkańców specjalnymi tabliczkami. Tabliczki „Dzika łąka”, jakie znalazły się m.in. w Parku Łabędzim, mają być informacją, że miejsce ma służyć owadom i że nie będzie koszone tak często, jak inne przestrzenie w mieście.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pandemia potęguje stres

Pandemia potęguje stres

Ponad połowa pracowników boi się utraty pracy i dochodów. Stres potęguje fakt, że pracodawcy nie robią wiele, by taki lęk ukoić.

O sprawie informuje portal pulshr.pl. Z badań firmy rekrutacyjnej HRK „Stres w pracy. Raport 2020” wynika, że 31 proc. pracowników odczuwa stan stresu kilka razy w tygodniu, a 14 proc. nawet kilka razy w trakcie dnia. Polacy są w europejskiej czołówce zestresowanych.

Niepewność związana z pandemią napędza problem. 52 proc. pracowników boi się nagłej utraty pracy i środków pieniężnych. Wśród innych obaw pracownicy wskazują strach przed popełnieniem błędu (28 proc.), który pociągnie za sobą poważne konsekwencje, a także strach przed szefem (15 proc.) – jego nieuzasadnioną krytyką, brakiem docenienia, dostrzegania zasług, oraz niejasną komunikację w codziennym delegowaniu zadań.

Według cyklicznego raportu „The Workforce View in Europe 2019”, Polacy należą do najbardziej zestresowanych pracowników w UE. Wnioski europejskich badań potwierdza badanie HRK. Wynika bowiem z niego, że 31 proc. pracowników odczuwa stres w pracy kilka razy w tygodniu, a 14 proc. nawet kilka razy w trakcie dnia. Bezstresową pracą może pochwalić się jedynie 7 proc. badanych.

Niewielu pracodawców decyduje się walczyć ze stresem swoich pracowników. 13 proc. firm oferuje tzw. pokoje relaksacyjne, gdzie można obejrzeć tv, pograć w gry, czy zdrzemnąć się. Dodatkowe dni wolne oferuje pracownikom 11 proc. firm. 7 proc. organizuje szkolenia z zakresu radzenia sobie ze stresem.

A przecież walka ze stresem pracowników i niwelowanie negatywnych czynników powinny być wyjątkowo istotne szczególnie w czasach pandemii koronawirusa.

Tarcza albo drzwi?

Tarcza albo drzwi?

Avon Distribution Polska informuje pracowników – albo podpiszą niekorzystne dla siebie postanowienia tarczy antykryzysowej, oznaczające zmiany w czasie pracy i wynagrodzeniach, albo firma może zwalniać.

O sprawie informuje garwoliński portal egarwolin.pl. Pisze on, że kosmetyczny gigant Avon tak jak wiele innych polskich przedsiębiorstw chce skorzystać z tarczy antykryzysowej, ale, zdaniem związku Inicjatywa Pracownicza, który działa w firmie, zasady te są nie do zaakceptowania przez zatrudnionych.

W tym momencie jedyne, na czym zależy firmie, to pieniądze z rządowego wsparcia. Nieważne jest, że kobiety na najniższych stanowiskach zarabiają niewiele więcej niż najniższa krajowa. Argumentacja jest taka: „jeśli nie podpiszecie nam tarczy, to będziemy zwalniać” – skarży się jeden z pracowników.  Chodzi o porozumienie, które związek dostał do podpisania od pracodawcy. – Warunki, jakie są proponowane przez firmę, zawierają: obniżkę pensji/etatu o 20%, wydłużenie okresu rozliczeniowego z 3 do 6 miesięcy, ochronę miejsc pracy na jedyne trzy miesiące, zawieszenie niektórych postanowień regulaminu wynagradzania oraz całkowity brak ochrony przed zwolnieniami w wypadku nieotrzymania dotacji rządowych. Niesprawiedliwe jest również to, że obniżką pensji zostali objęci pracownicy najniższego szczebla, natomiast zmiany nie dotyczą m. in. części pracowników biurowych i przełożonych. Najbardziej bolesne są metody firmy oraz sposób, w jaki obchodzi się z pracownikami w tym trudnym momencie. Przez te metody pracownicy odczuwają strach i brak szacunku oraz czują próbę skłócenia i podzielenia ludzi. Zarząd firmy mówi wprost do załogi językiem pełnym ciepła i smutku: będziemy musieli zwalniać – przekazuje członkini prezydium OZZIP.

Jesteśmy dla nich tylko kosztem. Słyszeliśmy to od nich wprost na jednym z zebrań – skarży się inna z kobiet.

Avon Distribution Polska dysponuje dużym kapitałem zapasowym, wystarczającym na utrzymanie wynagrodzeń całej linii kompletacji zamówień przez 5 lat, który mógłby pokryć obecne straty. Jednak, gdy tylko pojawiła się możliwość sięgnięcia do portfeli tych najuboższych swoich pracowników Avon zapomina o „możliwości pracy na własnych warunkach”. Liczą się jedynie możliwe nowe zyski do osiągnięcia. Odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację spółka próbuje obarczyć związki zawodowe działające na terenie zakładu i panującą wszechobecną epidemię – zaznacza zarząd związku.

Związek zawodowy zaproponował swoją wersje porozumienia, w której zgadza się na przystąpienie do tarczy na nieco innych warunkach. Pensja pracowników w proponowanym przez związek porozumieniu zmniejszona jest jedynie o 10%, gdyż niższa pensja powodowałaby spadek u niektórych pracowników mocno poniżej 2600 brutto. Związek proponuje także firmie wstrzymanie zwolnień na 6 miesięcy, oraz wstrzymanie „dwunastek” przez czas trwania tarczy. Odrzucono próbę wydłużania okresu rozliczeniowego oraz częściowego zawieszenia regulaminu wynagradzania. Związek jest również przeciw jednostronnym zmianom okresu obniżonego wymiaru czasu pracy. – Firma jednak nie chce z nami negocjować – mówią związkowcy.

Update: 8 maja z naszą redakcją skontaktowało się biuro prasowe firmy Avon, które nadesłało swoje stanowisko. Według tych informacji zarząd firmy jako pierwszy obniżył swoje wynagrodzenia o 20% (nie znamy jednak wyjściowych kwot wynagrodzeń). Avon twierdzi także, że podjął dialog ze związkami zawodowymi, a w niedługim czasie ma zamiar zorganizować w zakładzie referendum, które – jeśli frekwencja wyniesie co najmniej 50% – ma być podstawą do wprowadzenia konkretnych zmian. Nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi na pytanie, czy w referendum pracownicy mogą w ogóle odrzucić związane z założeniami tarczy antykryzysowej obniżenie wynagrodzeń i obniżenie czasu pracy, zwłaszcza że te zasady wprowadzone są w niektórych przypadkach już od połowy kwietnia (dotyczy to pracowników biurowych). Ewa Grzech, menadżerka ds komunikacji Avon Polska, mówi, że firmie zależy na utrzymaniu jak największej liczby stanowisk.

 

Dramatyczna luka pokoleniowa na kolei

Dramatyczna luka pokoleniowa na kolei

Ponad 40 proc. pracowników polskich kolei ma więcej niż 50 lat. Tylko 15 proc. pracowników jest poniżej trzydziestki. W ciągu dziesięciu lat trzeba wyszkolić prawie 17 tys. nowych maszynistów.

Jak informuje portal pulshr.pl, rozwój rynku kolejowego wymaga nie tylko inwestycji infrastrukturalnych i taborowych, lecz także kadrowych. Bardzo dużą grupę pracowników kolei stanowią osoby w wieku 50+. Dlatego realne jest zagrożenie problemem luki pokoleniowej. Jest to szczególnie odczuwalne w obszarach związanych bezpośrednio z ruchem pociągów, gdzie pracownicy uzyskują wcześniejsze uprawnienia emerytalne, a nowo zatrudnione osoby potrzebują czasochłonnych, specjalistycznych szkoleń i uprawnień zawodowych.

Kolej już teraz dramatycznie potrzebuje nowych rąk do pracy, a młodzi dopiero zaczynają się uczyć. Na szczęście w szkolnictwie kolejowym przybywa uczniów – w tym roku szkolnym jest ich 3843, o 1326 więcej niż dwa lata temu. Jednak problem jest palący już teraz. Potrzeba maszynistów, dyżurnych ruchu, nastawniczych, manewrowych czy toromistrzów. Ważni są także dróżnicy.

Liczba osób zatrudnionych w sektorze przewozów pasażerskich w latach 2010-2018, mimo że polską koleją jeździ coraz więcej ludzi, zmalała o cztery tysiące, z 26 681 do 22 647. Tu również bardzo dużo pracowników jest powyżej 50. roku życia (42 proc.), podczas gdy młodych, poniżej 30 lat, jest 14 proc.

Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że w roku szkolnym 2019/2020 kształcenie w zawodach z branży transportu kolejowego prowadzi 49 szkół. Pierwszą klasę w tych zawodach uruchomiono w 42 szkołach. Pozostałe 7 szkół realizuje kształcenie w zawodach kolejowych, jednak nie uruchomiono w nich oddziałów pierwszej klasy.