Mamy 20 lat!

Mamy 20 lat!

1 grudnia 2000 roku z drukarni przyjechał pierwszy numer „Obywatela”. Przez 10 lat wydawaliśmy pismo, które następnie, po zmianie formuły, przekształciliśmy w „Nowego Obywatela”. Dzisiaj mija 20 lat od pierwszego wymiernego efektu naszej pracy redakcyjnej i wydawniczej.

W roku 2000 grupka aktywistów i publicystów społeczno-ekologicznych założyła pismo „Obywatel”. Chcieliśmy mieć własny organ, mówić swoim głosem, byliśmy też rozczarowani kształtem ówczesnych mediów, stanem debaty publicznej i jałowością etykietek. Te ostatnie oznaczały na przykład, że nominalna lewica podejmuje liczne działania antysocjalne i antypracownicze, a deklaratywni konserwatyści popierają niszczenie ładu kulturowego, stabilizacji społecznej i przyrody. Poza tym nudził nas przewidywalny i jałowy sposób, w jaki debatowano w Polsce o sprawach publicznych i wyzwaniach życia zbiorowego. Uważaliśmy, że skostniałe media potrzebują pewnego rozruszania, stąd też oprócz tekstów wyrażających nasze poglądy część łamów pisma służyło formule hyde parku – ciekawemu wielogłosowi ponad standardowymi podziałami i sekciarskim okopywaniem się w swoich niszach.

Przez 10 lat wydawaliśmy „Obywatela” – skromne pismo, które czasami wychodziło jako kwartalnik, przez spory okres było dwumiesięcznikiem, później wróciło do formuły kwartalnikowej. Na początku roku 2011 ukazał się pierwszy numer „Nowego Obywatela”.

Zmiana nazwy podkreślała zmianę charakteru pisma. Odeszliśmy od formuły hyde parku, bo trochę się zużyła (ile można publikować tekst „za” obok tekstu „przeciw”, lewaka obok prawaka itd.), trochę przestała mieć sens po upowszechnieniu internetu, a trochę skutkowała nużącymi atakami paranoików (lewacy zarzucali nam, że publikujemy prawaków, i odwrotnie). Przede wszystkim jednak chcieliśmy mocniej zaakcentować, o co w tym wszystkim chodzi. Stąd podtytuł „Pismo na rzecz sprawiedliwości społecznej”.

Choć nasze łamy są otwarte na wielu autorów i środowiska, a pojawia się na nich rzadko spotykana różnorodność, to wspólny mianownik jest w „Nowym Obywatelu” zaakcentowany znacznie mocniej. Bliskie są nam ideały socjalne, staro-lewicowe, propaństwowe, wspólnotowe, polityka w interesie szerokich rzesz społecznych, antyelitaryzm, egalitaryzm, troska o słabszych, dobrze pojęty patriotyzm, ekologia pojmowana jako ochrona dobra wspólnego itp. Natomiast pisma sekciarskiego nigdy nie chcieliśmy robić, zostawiamy to tym, którzy są tak bardzo niepewni własnych poglądów i orientacji, że przeraża ich obecność jakiegokolwiek innego spojrzenia i pespektywy.

Przez te 20 lat na naszych łamach gościły setki osób i tematów. O wielu sprawach pisaliśmy jako pierwsi w Polsce lub wiele lat zanim stały się modne i umożliwiające kariery medialne. O wielu pisaliśmy konsekwentnie przez lata, gdy dla innych były to chwilowe mody i szybko przemijające ciekawostki.

„Obywatel” i „Nowy Obywatel” były i są tworzone w spartańskich warunkach. Nie mamy możnych sponsorów, wpływowych przyjaciół, kumoterskiej promocji w wielkich mediach. Nie robimy, wbrew polskiej normie, pisma wolnorynkowego za pieniądze publiczne ani lewicowego za granty od spekulanta finansowego i milionera. Ogromna część naszej pracy powstawała w modelu społecznikowskim, dzięki wysiłkowi i zaangażowaniu mnóstwa osób. Nie dbaliśmy o mody, poklask, pokupne tematy i o to, żeby „kontrowersyjność” czy „radykalizm” przekuć przy pierwszej lepszej okazji w indywidualne kariery i splendor.

Dziękuję wszystkim, którzy przez lata nas czytali, polecali innym, promowali, zachęcali dobrym słowem, wspierali na różne sposoby. Dziękuję także tej całkiem sporej armii ludzi, którzy współtworzyli nasze pismo na różnych etapach jego istnienia, także tym, z którymi nasze drogi się z różnych powodów rozeszły, choć oczywiście najbardziej tym, którzy wytrwali.

Jak na niszowe, biedne i idące pod prąd pismo doczekaliśmy się całkiem wielu wyrazów uznania, a także sporej, zupełnie nieproporcjonalnej do naszego znaczenia, liczby krytyków i wrogów. Tych ostatnich serdecznie pozdrawiam, motywujecie nas do pracy nie mniej niż przyjaciele i pochwały.

20. rocznica wydania pierwszego numeru „Obywatela” przypadła w samym środku pandemii. Wskutek tego nie można było myśleć o jakichś poważniejszych obchodach. Ale to w sumie dobrze – nasze niewielkie pismo zawsze przedkładało systematyczną „cichą” pracę ponad autolans i celebrowanie rocznic. Robimy swoje, dopóki starczy sił, chęci i możliwości.

A jeśli ktoś chciałby docenić naszą pracę, dać nam prezent na 20. urodziny pisma i realnie wesprzeć nasze niezamożne i wciąż borykające się z problemami finansowymi pismo, to zachęcam do wpłat:

Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”

Bank Spółdzielczy Rzemiosła w Łodzi

nr rachunku 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001

Koniecznie z dopiskiem „Darowizna na cele statutowe”.

No to poświętowaliśmy, a teraz wracamy do codziennej pracy.

Remigiusz Okraska

współzałożyciel „Obywatela” i redaktor naczelny „Nowego Obywatela”

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

PKS-y odchodzą tylnymi drzwiami?

PKS-y odchodzą tylnymi drzwiami?

Małopolska po cichu odstępuje od przywracania PKS-ów. Powstała petycja, by nie ograniczać lokalnych połączeń.

Rok temu wicemarszałek Małopolski z wielką pompą otwierał pierwsze połączenia w ramach programu przywracania PKS-ów i zapowiadał, że to dopiero początek. Dziś urzędnicy podlegli marszałkowi po cichu wycofują się z programu autobusowego, tłumacząc to niską frekwencją spowodowaną koronawirusem. – To nonsens. Pandemia jest stanem przejściowym i normalne jest, że frekwencja podczas lockdownu jest znikoma. Nie odstępujmy od przywracania PKS-ów na podstawie statystyk z lockdownu, bo pandemia się skończy, a my zostaniemy z wykluczeniem komunikacyjnym – apelują mieszkańcy, którzy założyli w tej sprawie petycję skierowaną do marszałka Witolda Kozłowskiego.

Popularny program pekaesowy tak naprawdę polega na tym, że Polska ma dołączyć do krajów Europy Zachodniej, w których to samorządy regionalne dotują lokalne połączenia. Tak jest m.in. w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, na Słowacji  i w Czechach. Komfortowe autobusy lokalne dojeżdżają tam do każdej wioski i miejscowości turystycznej nie dlatego, że są rentowne, ale dzięki dotacjom, dużej częstotliwości połączeń i faktu, że autobusy są komfortowe i tworzą spójną sieć.

W Polsce również zapowiadano dołączenie do grona cywilizowanych państw europejskich w tej dziedzinie. System nie zadziała od razu. Nie wystarczy utworzyć kilkunastu linii, by ludzie masowo przesiedli się na autobus po kilkunastu latach wykluczenia, zwłaszcza podczas trwania epidemii. Odbudowa lokalnego transportu musi się odbywać stopniowo i nonsensem jest ten proces przerywać w momencie, gdy po wielu latach w końcu zaczęto coś robić z tym problemem – mówi Sebastian Kolemba, autor petycji, a prywatnie mieszkaniec jednego z nowohuckich osiedli.

Wśród uruchomionych przed rokiem połączeń były m.in. linia Olkusz – Krzeszowice, Olkusz – Trzyciąż – Kraków oraz pierwsza w Polsce wojewódzka linia transgraniczna: Bukowina Tatrzańska – Dolny Kubin. To obecnie jedyny sposób, by dostać się publicznym transportem zbiorowym z Małopolski na Słowację.

Mieszkańcy proponują, by po 1 stycznia wszystkie już istniejące połączenia pozostawić bez zmian, gdyż nawet w czasie pandemii transport publiczny musi funkcjonować, a obecna oferta i tak jest skromna. Proponują też uruchamianie kolejnych połączeń, m.in. Kłaj – Luborzyca, Kraków Czyżyny – Proszowice, Zakopane – Krynica i Zakopane – Poprad. – Nowe połączenia w górach powinny powstać od 1 czerwca 2021 roku by wesprzeć branżę turystyczną, następne powinny ruszyć jesienią. Aby tak się stało, już teraz urzędnicy muszą zapisać te kwestie w projekcie budżetu Małopolski i ogłosić urzędowy zamiar zawarcia umowy, bo to robi się z dużym wyprzedzeniem. Dlatego z zaniepokojeniem obserwujemy próby porzucania po cichu projektu autobusowego, zrzucając to na pandemię – mówi Sebastian Kolemba.

Petycję można podpisać pod linkiem: https://www.ipetitions.com/petition/chcemy-oddychac-nie-dla-likwidacji-wojewodzkich

Pracownicy stoczni Gryfia na bruku

Pracownicy stoczni Gryfia na bruku

Kilka dni temu bez uprzedzenia otrzymali wypowiedzenia z pracy prawie wszyscy pracownicy stoczni Gryfia ze Świnoujścia. Wiele osób jest kilka lat przed emeryturą. Stoczniowcy czują się zdradzeni przez PiS.

Jak pisze portal GS24.pl, to była prawdziwa rozpacz. W czwartek i piątek pracownicy oddziału Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia w Świnoujściu otrzymali wypowiedzenia z pracy.

Jak się dziwić tym łzom ludziom, którzy na dwa, trzy lata przed emeryturą dostają wypowiedzenia z pracy – mówi Aneta Stawicka przewodnicząca Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników Stoczni. Przecież oni teraz, do tego w dobie pandemii, żadnej pracy już nie dostaną. Jak spojrzeć w oczy człowiekowi, który w tej stoczni przepracował 48 lat? – pyta retorycznie.

Czuliśmy się jak bydło prowadzone na rzeź – mówi Bartłomiej Szmyt, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” przy Morskiej Stoczni Remontowej „Gryfia”. – I to wszystko przez rząd PiS. Tego ani ja, ani moi koledzy nie mogą sobie wybaczyć. Przecież miało być zupełnie inaczej. Co innego nam ten rząd obiecywał. Nie możemy sobie darować, że głosowaliśmy na nich.

Po prostu wyrzucili nas na bruk – mówi Aneta Stawicka. To rząd zrobił. Jesteśmy w końcu spółką rządową. Dziękujemy rządowi PiS, że nam zrobił taki prezent na gwiazdkę.

Nikt nie podziękował stoczniowcom za lata pracy. Po prostu ze Szczecina przyjechała kadrowa, którą po kolei wręczała wypowiedzenia. Prezes Gryfii nie pojawił się.

Znika ostatnia polska fabryka zapałek

Znika ostatnia polska fabryka zapałek

Po stu latach działalności zamknięty zostanie zakład w Czechowicach-Dziedzicach. Decyzja o likwidacji zapałkowni zapadła podczas nadzwyczajnego walnego zgromadzenia akcjonariuszy.

Jak informuje portal money.pl, decyzję podjęto w związku z trudną sytuacją ekonomiczną zakładu spowodowaną malejącym popytem na zapałki oraz trudnościami związanymi z epidemią Covid-19.

Fabryka w Czechowicach została założona w 1919 roku, a jej pierwsze linie produkcyjne ruszyły w 1921 roku. W 2011 r. 85 proc. akcji fabryki odkupiła od skarbu państwa warszawska spółka PCC Consumer Products. Czechowickie zapałki były sprzedawane nie tylko w Polsce, ale również w krajach Unii Europejskiej, Afryki czy Ameryki Południowej. Zakład produkował ok. 70 mln zapałek dziennie.

Tym samym z półek znikną ostatnie polskie zapałki. Wcześniej zostały zamknięte fabryki w Gdańsku, Sianowie, Bystrzycy i Częstochowie.

Pracę straci ok. 200 osób.