Pomogą byłym PGR-om?

Pomogą byłym PGR-om?

Jednym z elementów ogłoszonego dziś Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych będzie wsparcie popegeerowskich wsi. Na ten cel rząd przeznaczy 250 mln zł. Pieniądze pójdą m.in. na modernizację kanalizacji, przyłącza do sieci gazowej, ale także na budowę infrastruktury społecznej, jak świetlice i remizy.

O sprawie pisze portal fakty.interia.pl, który powołuje się na informacje z dziesiejszej konferencji prasowej premiera Mateusza Morawieckiego i szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego. W ramach funduszu wydzielony zostanie specjalny fundusz dla wsi popegeerowskich.

Dla tych biednych miejscowości, które przez lata były zapomniane, które można powiedzieć, że zostały wykluczone infrastrukturalnie, gdzie jeszcze jest duża krzywda społeczna, gdzie przez lata rządzący nie zauważali tego problemu. Nie chcieli rozwiązywać tych problemów – mówił Kamiński. Minister poinformował, że na ten cel zostało wyodrębnione w funduszu 250 mln zł. – Takich miejscowości, takich gmin jest kilkaset w Polsce. Są to z reguły bardzo biedne miejscowości, gdzie fundusze roczne, jakie lokalne społeczności mogą przeznaczyć na inwestycje, są naprawdę skromne. Często brakuje na wkład własny, żeby ubiegać się o finansowanie na rzeczy ważne – mówił.

To będą środki przeznaczone na rozbudowę infrastruktury, rewitalizację, budowę czy rozbudowę, modernizację kanalizacji, przepompowni, wodociągów, na przyłącza do sieci gazowych, na budowę infrastruktury społecznej, w której lokalna społeczność będzie się mogła integrować. Mówię tu o bibliotekach, świetlicach, remizach strażackich, obiektach sportowych. Naprawdę jest to wielkie przedsięwzięcie, symbolicznie bardzo ważne. To byli ci nasi obywatele państwa polskiego, którzy w latach 90. ponieśli ogromne koszty transformacji, gdzie realny majątek tych pegeerów został sprywatyzowany. Nikt nie podał im ręki. Teraz my wyciągamy tę dłoń i symbolicznie chcemy spłacić dług państwa polskiego wobec tych obywateli, o których zapominano – mówił Kamiński.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Walka o dodatek covidowy

Walka o dodatek covidowy

Związki zawodowe trzech sieci handlowych: Biedronki, Carrefoura i Kauflandu, domagają się dodatków płacowych jako rekompensaty za pracę w sytuacji epidemicznej. Zdaniem ich przedstawicieli bezpieczeństwo pracy w sklepach nie jest wystarczające.

Jak pisze portal dlahandlu.pl, trwa walka o specjalny dodatek finansowy za pracę w zagrażającej zdrowiu i życiu sytuacji epidemicznej. Oliwy do ognia dolał fakt, że pracownicy sieci handlowych zostali zmuszeni do pracy w niedzielę 6 grudnia, choć w bieżącym roku miało już nie być niedziel handlowych. Informację o pracującej niedzieli otrzymali z krótkim wyprzedzeniem czasowym, a praca ta nie była dodatkowo płatna.

Postulaty związków działających we wszystkich trzech sieciach w sprawie tzw. dodatku covidowego pojawiły się w październiku i listopadzie. Związkowcy uważają, że pracownicy sklepów narażają swoje zdrowie i życie, świadcząc pracę w trudnym czasie epidemii, zaś ryzyko zarażenia dla osób pracujących w sklepach jest wysokie.

Sieć Biedronka tłumaczy, że zapewniła pracownikom specjalne odsłony z pleksiglasu oraz 3 mln maseczek jednorazowych. O pieniądzach jednak ani słowa.

Międzyzakładowa Organizacja Wolnego Związku Zawodowego „Jedność Pracownicza” informowała, że jest w sporze zbiorowym z zarządem Kauflandu, domagając się podniesienia wynagrodzeń pracowników o 800 zł. Obecnie trwa etap referendum strajkowego, które zostało zawieszone ze względu na trwającą pandemię COVID-19. Związek informuje także, że walczy o stały „dodatek covidowy” na czas trwania pandemii.

Firma zarabia, pracownik bieduje

Firma zarabia, pracownik bieduje

Mimo oszczędności, jakie firmy zyskały po przeniesieniu się pracowników z biur do domów, pracodawcy nie dzielą się z nimi dodatkowymi zyskami. Zaledwie 2,4 proc. pracowników otrzymuje ekwiwalent finansowy za pracę z domu.

Jak informuje portal pulshr.pl, firma audytorsko-doradcza Grant Thornton opublikowała raport „Zmobilizowani, zorganizowani, zdeterminowani”, opisujący sytuację pracowników podczas drugiej fali pandemii. Według danych z badania 80 proc. pracowników twierdzi, że ich firma nie partycypuje w żaden sposób w kosztach home office.

Jak wynika z danych GUS, w II kwartale 2020 r. wskutek związku z pandemią pracę zdalną wykonywał co dziesiąty pracownik. Z danych GT wynika, że po ośmiu miesiącach od wybuchu epidemii COVID-19 zdalna forma świadczenia pracy w firmach, gdzie jest to możliwe, stała się modelem dominującym.

Zdecydowana większość pracowników, która ma możliwość pracować zdalnie, korzysta z tego rozwiązania – tj. 70,7 proc.. Pozostali, którzy wybierają pracę w biurze, robią to głównie z następujących powodów: obawy przed konsekwencjami ze strony pracodawcy (5,4 proc.), poczucia izolacji (5,3 proc.) oraz braku możliwości lokalowych (4,1 proc.).

Przeniesienie się pracowników z biur do domów spowodowało, że koszty funkcjonowania firm stały się niższe. Mowa tu o obszarze utrzymania infrastruktury biurowej (wynajem powierzchni, media etc.), gdzie część kosztów została przeniesiona na pracowników. Jednak niewiele firm dzieli się tymi oszczędnościami ze swoimi podwładnymi. 

Aż 79,9 proc. badanych przyznało, że nie otrzymuje żadnej pomocy finansowej ze strony swojej firmy w związku z wyższymi kosztami ponoszonymi podczas pracy z domu. W firmach, które to robią – ekwiwalent pieniężny otrzymuje 2,4 proc. badanych – jest to wyraz dobrej woli ze strony szefostwa.

W projekcie nowelizacji kodeksu pracy dotyczącym pracy zdalnej znalazły się zapisy nakładające na pracodawców nowe obowiązki związane z partycypowaniem w kosztach po stronie pracownika. Jeśli projekt wejdzie w życie, wówczas firma będzie musiała dostarczyć pracownikowi odpowiednie narzędzia i materiały niezbędne do wykonywania pracy. Po stronie spółki będzie leżała również pomoc techniczna i szkolenia w zakresie obsługi narzędzi. Pracodawca będzie musiał też pokryć koszty związane z instalacją, serwisem, eksploatacją i konserwacją narzędzi.

Polscy bogacze płacą najniższe podatki

Polscy bogacze płacą najniższe podatki

Dane fiskusa pokazują, że najwięcej zarabiający płacą najmniej, a polski system podatkowo-składkowy bardziej obciąża najbiedniejszych niż najbogatszych.

Jak informuje portal businessinsider.pl, jeśli podsumować PIT i składki ZUS, to dane Ministerstwa Finansów wskazują, że najniższe podatki płacą w Polsce najbogatsi. Wynika to nie tylko ze stawek podatkowych, ale i z różnych form zatrudnienia. Wielu bogatszych świadczy usługi jako firma, przez co płaci państwu mniej.

Trzy lata temu Ministerstwo Finansów połączyło bazy danych PIT i ZUS, dzięki czemu uzyskało pełniejszy niż dotychczas obraz polskiego klina podatkowego. Co się okazało? Bogatsi płacą podatków i składek łącznie mniejszy procent niż biedni. W 2017 r. skorygowane obciążenie podatkowo-składkowe brutto Polaków zarabiających mniej niż 30 tys. zł rocznie wyniosło 24 proc., dla zarabiających między 30 a 50 tys. wskaźnik ten wyniósł 29,9 proc., osoby o dochodach między 50 a 100 tys. zł musiały oddać państwu 32,9 proc. zarobionych pieniędzy. Zarabiający między 100 tys. a pół mln zł rocznie rozliczyli z fiskusem 31,7 proc., natomiast najbogatsi, którzy zainkasowali więcej niż pół mln zł rocznie, oddali w podatkach i składkach jedynie 21,7 proc.

Tak niskie oskładkowanie najbogatszych wynika z dwóch głównych powodów. Pierwszym z nich jest relatywnie płaski podatek dochodowy, mający aktualnie jedynie dwa progi – 17 proc. i 32 proc. Drugą przyczyną jest mnogość dostępnych form zatrudnienia o różnym poziomie oskładkowania i opodatkowania, które dla lepiej zarabiających są furtką do optymalizacji podatkowej – tłumaczy Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Insytutu Ekonomicznego. Podatnicy zatrudnieni w oparciu o standardową umowę o pracę obciążeni są klinem podatkowym w wysokości 36,6 proc. W tym samym czasie pracownicy zatrudnieni na umowy cywilnoprawne płacą jedynie 23,5 proc. danin publicznych, podobnie jak osoby prowadzące działalność gospodarczą, wśród których większość to jednoosobowe działalności oferujące swoje usługi na zasadach B2B.

44 proc. Polaków uznaje, że zarobki poniżej płacy minimalnej nie powinny w ogóle być opodatkowane, a 42 proc. uważa, że powinny być opodatkowane stawką 10 proc. Łącznie więc 86 proc. twierdzi, że zarobki nieprzekraczające płacy minimalnej powinny być opodatkowane stawką niższą niż obecna, wynosząca 17 proc. – wynika z badania zleconego przez PIE.

Równocześnie 61 proc. Polaków uważa, że zarobki odpowiadające średniej płacy powinny być niżej opodatkowane niż obecnie, z czego niemal połowa Polaków (49 proc.) uznaje, że optymalna stawka przy takich zarobkach wyniosłaby 10 proc. Respondenci PIE opowiadają się także za wyższymi podatkami w odniesieniu do osób najlepiej zarabiających.
W przypadku zarobków w wysokości czterokrotności średniego wynagrodzenia (21 200 zł) 59 proc. Polaków uważa, że stawka podatku dochodowego powinna przekraczać 17 proc., z czego 26 proc. uznaje, że powinna ona wynosić 32 proc. lub więcej.