Niemców „dogonimy” za 28 lat

Niemców „dogonimy” za 28 lat

Średnie polskie wynagrodzenie to obecnie 26 proc. pensji niemieckiej i 38 proc. pensji francuskiej. Rozdźwięk w dochodach jest wyraźny nawet po wyeliminowaniu różnic cenowych w poszczególnych państwach. Od poziomu zarobków w Niemczech dzieli nas 28 lat.

Jak informuje portal biznes.interia.pl, w całej Unii Europejskiej tylko sześć krajów wypada gorzej od Polski pod względem średniego poziomu zarobków, a w przypadku czterech nasza przewaga jest minimalna. Wynika z badania Grant Thorntom Salary Catch Up Index.

Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w Polsce wyniosło w 2019 roku 1150,67 euro. Jak wskazują autorzy badania, mieszkańcy Polski wciąż zarabiają nominalnie (bez uwzględnienia poziomu cen w danym kraju) niemal trzy razy mniej niż wynosi średnia unijna (3043,15 euro) oraz prawie pięć razy mniej, niż w prowadzącym w zestawieniu Luksemburgu (5064,20 euro).

Różnice w sile nabywczej zmieniają niewiele w strukturze wynagrodzeń. Przeciętny obywatel Polski za swoją miesięczną pensję mógłby kupić 1065 litrów paliwa, 247 zestawów kanapek Big Mac albo 177 biletów do kina. Te wyniki stawiają nas na ósmym miejscu od końca wśród krajów UE. Za średnią miesięczną pensję w Unii można by kupić 2340 litrów paliwa (przy założeniu, że cena jednego litra to około 1,30 euro), 444 zestawy kanapek Big Mac (6,9 euro za jeden zestaw) lub 349 biletów do kina (cena jednego to średnio 8,7 euro).

„Doganianie” sugeruje także, że bogatsze kraje UE będą pod względem płacowym stały w miejscu, a to oczywiście nie nastąpi.

 

 

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Łamanie praw pracowniczych na porządku dziennym

Łamanie praw pracowniczych na porządku dziennym

Pracownicy administracji publicznej, przemysłu i budownictwa oraz handlu najczęściej skarżą na nadużycia ze strony pracodawców. Ponad 38 proc. z nich przyznaje, że doświadczyło łamania swoich praw pracowniczych.

Jak informuje portal pulshr.pl, serwis kariery LiveCareer Polska przeprowadził badanie, w którym zapytano o realne warunki zatrudnienia i przestrzeganie w firmach prawa pracy. Dane wskazują, że łamanie praw pracowniczych jest w naszym kraju niemal powszechne. Więcej niż 1 na 3 ankietowanych przyznało, że doświadczyło na własnej skórze sytuacji, w której miały miejsce działania niezgodne z Kodeksem pracy.

Na nadużycia ze strony pracodawców najczęściej skarżą się pracownicy administracji publicznej (50 proc.), przemysłu i budownictwa (41 proc.) oraz handlu (38 proc.). Wśród najbardziej dotkliwych nadużyć znalazły się m.in. wypłata wynagrodzenia po ustalonym terminie (29 proc.), zawieranie umowy „śmieciowej” zamiast umowy o pracę (29 proc.), dyskryminowanie pracownika ze względu na płeć (21 proc.) oraz brak narzędzi niezbędnych do pracy, np. komputera (21 proc.) czy rzeczy tak podstawowych, jak odzież ochronna (18 proc.).

Jak to wygląda w szczegółach? Prawie 28 proc. badanych przynajmniej raz nie otrzymało wynagrodzenia za wykonaną pracę. I choć większość, bo aż 35 proc. osób w tej grupie, nie zrzuciło odpowiedzialności na pracodawcę i uznało, że doszło do pomyłki, to niemal co czwarty pokrzywdzony przyznał, że pracodawca celowo mu nie zapłacił.

Ponad 29 proc. pracowników w Polsce przynajmniej raz otrzymało wynagrodzenie po terminie, jednak aż 60 proc. badanych, którzy mieli takie przejścia, nadal pracuje u tego samego pracodawcy. Polscy pracodawcy kiepsko wywiązują się również z płacenia za nadgodziny. Z badania LiveCareer wynika, że tylko 29 proc. badanych pracujących w nadgodzinach otrzymało od pracodawcy przysługujący im dodatek za nadgodziny. Co trzeci pracownik otrzymał taką samą stawkę za godzinę pracy jak zwykle.

Autorzy raportu wskazują na kolejny element zawodowej układanki, który jest naruszany przez dużą grupę pracodawców. Okazuje się, że ponad 21 proc. respondentów doświadczyło dyskryminacji w pracy ze względu na płeć, prawie 14 proc. — z uwagi na narodowość, 13 proc. — przez wzgląd na swoje przekonania religijne, 11 proc. — z powodu swojej orientacji seksualnej, a kolejne 11 proc. — ze względu na swoją niepełnosprawność.

Raport pokazał jeszcze jedną smutna prawdę z codzienności zawodowej Polaków. Okazuje się, że łamanie praw zdecydowanej większości pracodawców uchodzi na sucho. Tylko 12 proc. pokrzywdzonych pracowników zdecydowało się powiadomić o tym fakcie odpowiednie służby, a aż 30 proc. nie zrobiło w tej sprawie nic.

Pomogą byłym PGR-om?

Pomogą byłym PGR-om?

Jednym z elementów ogłoszonego dziś Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych będzie wsparcie popegeerowskich wsi. Na ten cel rząd przeznaczy 250 mln zł. Pieniądze pójdą m.in. na modernizację kanalizacji, przyłącza do sieci gazowej, ale także na budowę infrastruktury społecznej, jak świetlice i remizy.

O sprawie pisze portal fakty.interia.pl, który powołuje się na informacje z dziesiejszej konferencji prasowej premiera Mateusza Morawieckiego i szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego. W ramach funduszu wydzielony zostanie specjalny fundusz dla wsi popegeerowskich.

Dla tych biednych miejscowości, które przez lata były zapomniane, które można powiedzieć, że zostały wykluczone infrastrukturalnie, gdzie jeszcze jest duża krzywda społeczna, gdzie przez lata rządzący nie zauważali tego problemu. Nie chcieli rozwiązywać tych problemów – mówił Kamiński. Minister poinformował, że na ten cel zostało wyodrębnione w funduszu 250 mln zł. – Takich miejscowości, takich gmin jest kilkaset w Polsce. Są to z reguły bardzo biedne miejscowości, gdzie fundusze roczne, jakie lokalne społeczności mogą przeznaczyć na inwestycje, są naprawdę skromne. Często brakuje na wkład własny, żeby ubiegać się o finansowanie na rzeczy ważne – mówił.

To będą środki przeznaczone na rozbudowę infrastruktury, rewitalizację, budowę czy rozbudowę, modernizację kanalizacji, przepompowni, wodociągów, na przyłącza do sieci gazowych, na budowę infrastruktury społecznej, w której lokalna społeczność będzie się mogła integrować. Mówię tu o bibliotekach, świetlicach, remizach strażackich, obiektach sportowych. Naprawdę jest to wielkie przedsięwzięcie, symbolicznie bardzo ważne. To byli ci nasi obywatele państwa polskiego, którzy w latach 90. ponieśli ogromne koszty transformacji, gdzie realny majątek tych pegeerów został sprywatyzowany. Nikt nie podał im ręki. Teraz my wyciągamy tę dłoń i symbolicznie chcemy spłacić dług państwa polskiego wobec tych obywateli, o których zapominano – mówił Kamiński.

Walka o dodatek covidowy

Walka o dodatek covidowy

Związki zawodowe trzech sieci handlowych: Biedronki, Carrefoura i Kauflandu, domagają się dodatków płacowych jako rekompensaty za pracę w sytuacji epidemicznej. Zdaniem ich przedstawicieli bezpieczeństwo pracy w sklepach nie jest wystarczające.

Jak pisze portal dlahandlu.pl, trwa walka o specjalny dodatek finansowy za pracę w zagrażającej zdrowiu i życiu sytuacji epidemicznej. Oliwy do ognia dolał fakt, że pracownicy sieci handlowych zostali zmuszeni do pracy w niedzielę 6 grudnia, choć w bieżącym roku miało już nie być niedziel handlowych. Informację o pracującej niedzieli otrzymali z krótkim wyprzedzeniem czasowym, a praca ta nie była dodatkowo płatna.

Postulaty związków działających we wszystkich trzech sieciach w sprawie tzw. dodatku covidowego pojawiły się w październiku i listopadzie. Związkowcy uważają, że pracownicy sklepów narażają swoje zdrowie i życie, świadcząc pracę w trudnym czasie epidemii, zaś ryzyko zarażenia dla osób pracujących w sklepach jest wysokie.

Sieć Biedronka tłumaczy, że zapewniła pracownikom specjalne odsłony z pleksiglasu oraz 3 mln maseczek jednorazowych. O pieniądzach jednak ani słowa.

Międzyzakładowa Organizacja Wolnego Związku Zawodowego „Jedność Pracownicza” informowała, że jest w sporze zbiorowym z zarządem Kauflandu, domagając się podniesienia wynagrodzeń pracowników o 800 zł. Obecnie trwa etap referendum strajkowego, które zostało zawieszone ze względu na trwającą pandemię COVID-19. Związek informuje także, że walczy o stały „dodatek covidowy” na czas trwania pandemii.