Odwrót od gotówki

Odwrót od gotówki

Pandemia sprawiła, że Polacy coraz częściej wybierają płatności bezgotówkowe. Rok 2020 był pod tym względem absolutnie rekordowy. Przywiązanie do tradycyjnego pieniądza zadeklarowało zaledwie 20 proc. z nas.

Jak informuje portal biznes.interia.pl, według NBP udział płatności gotówkowych w Polsce od 2005 roku spadł z 98 do 57 proc. Natomiast zgodnie z raportem Warszawskiego Instytutu Bankowości „Płatności bezgotówkowe Polaków 2019” płatności bezgotówkowe wybiera aż 79 proc. Polaków – chociaż nie za każdym razem, gdy za coś płaci. Tylko 8 proc. z nas nigdy nie korzysta z bankomatów i konta bankowego.

Odwrotowi od gotówki sprzyjała pandemia COVID-19 – za zmianą przyzwyczajeń Polaków stoi obawa kupujących przed dłuższym kontaktem ze sprzedawcą bądź kurierem, a co za tym idzie – zwiększenie ekspozycji na potencjalne wirusy. Badanie przeprowadzone przez Warszawski Instytut Bankowości pokazuje, że z płatności bezgotówkowych z powodu pandemii częściej zaczęło korzystać 38 proc. Polaków, którzy wcześniej nie mieli tego zwyczaju. Mniej osób płaci także gotówką za dostarczane do domu posiłki.

Płatności kartą wolą nie tylko klienci – o rozliczenia bezdotykowe od początku pandemii apelują także sklepy, zarówno dla bezpieczeństwa klientów, jak i kurierów. Niektóre z nich wręcz wycofały opcję płatności gotówką na czas pandemii (m.in. Carrefour czy home&you).

To część ogólnoświatowego trendu. Pierwszym krajem bez gotówki od 2016 roku stara się być Dania, a jej rząd aktywnie zachęca sklepy, by rezygnowały z transakcji gotówką. Szwedzi również stawiają na obrót bezgotówkowy, dzięki czemu tylko 1 proc. transakcji stanowią u nich te tradycyjne.

Ale płatności bezgotówkowe mają swoje ciemne strony – każda nasza finansowa aktywność zostawia po sobie cyfrowy ślad, pęcznieje także sektor bankowy.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Skrócenie czasu pracy receptą na kryzys

Skrócenie czasu pracy receptą na kryzys

Raport ekonomicznego think-tanku Autonomy wskazuje, że większość brytyjskich firm zatrudniających powyżej 50 osób bez problemu utrzymałoby się w warunkach czterodniowego tygodnia pracy. Mowa tu o 50 tys. przedsiębiorstw.

Według Autonomy skrócenie czasu pracy bez obniżki płacy mogłoby podnieść słabą produktywność brytyjskiej gospodarki, a równocześnie poprawić dobrostan społeczeństwa, tworząc zdrową równowagę między pracą a życiem.

Think tank proponuje rozpoczęcie reform od sektora publicznego, dodając, że zmiany oczekiwań i norm zachowania mogą zostać przyspieszone poprzez zwiększenie liczby dni wolnych od pracy oraz ponownego wprowadzenia regulacji wzmacniających związki zawodowe.

Wprowadzenie 32-godzinnego tygodnia pracy mogłoby stworzyć nawet 500 tys. nowych miejsc pracy w Wielkiej Brytanii.

Will Stronge, kierownik działu badań think tanku uważa, że dla ogromnej większości firm, skrócenie czasu pracy jest całkowicie realistycznym celem już w najbliższej przyszłości. Brytyjska gospodarka przeżywa największy kryzys od 300 lat, ale wciąż większość firm byłoby stać na wprowadzenie czterodniowego tygodnia pracy z dnia na dzień. Wyższe koszty pracy bez problemu pokryje wzrost produktywności lub podniesienie cen.

Wprowadzenie czterodniowego tygodnia pracy wspiera poseł Partii Pracy Peter Dowd: Jeśli rząd na serio mówi o zmniejszaniu nierówności w Wielkiej Brytanii, to powinien rozważyć skrócenie tygodnia pracy – to jedna z najlepszych okazji, żeby równiej podzielić się pracą.

 

Źródła:

https://www.theguardian.com/business/2020/dec/29/four-day-week-would-be-affordable-for-most-uk-firms-says-thinktank#_=_

https://www.theguardian.com/society/2020/aug/30/four-day-working-week-could-create-500k-new-jobs-in-uk-study-says

link do raportu Autonomy: https://autonomy.work/portfolio/timeforchange/

 

Polska bez węgla?

Polska bez węgla?

W Europie co drugie miejsce pracy powiązane z węglem znajduje się w Polsce. Zdaniem naszych górników na Zachodzie zbyt lekko mówi się o dekarbonizacji.

Jak informuje portal wnp.pl, polskie górnictwo generuje ośmiokrotnie więcej miejsc pracy od górnictwa w pozostałych krajach członkowskich UE. Wskaźnik zatrudnienia w górnictwie pokazuje wyraźnie, że w Europie Zachodniej i wielu innych krajach o procesie dekarbonizacji mówi się po prostu łatwo – podkreślił prezes Polskiej Grupy Górniczej Tomasz Rogala.

Polska Grupa Górnicza (PGG) kooperuje z przeszło 3 tys. przedsiębiorstw i placówek naukowo-badawczych oraz wydaje rocznie ok. 1,1 mld zł na zakup maszyn i urządzeń. Zapewnia przy tym około 40 tys. miejsc pracy z wynagrodzeniem przewyższającym o 65 proc. średnią w przemyśle regionu. Każdego roku PGG płaci ok. 3,4 mld zł do budżetów centralnego i samorządowych.

Nawiązując do planowanej przez Unię dekarbonizacji, Rogala powiedział: Gdyby instalacje OZE były efektywniejsze, nie byłoby potrzeby windowania podatków emisyjnych, które zmniejszają opłacalność energetyki konwencjonalnej. Dodał, że przyspieszanie zmian powoduje, iż Polska, chcąc zrealizować stawiane jej cele, będzie w bardzo trudnej sytuacji, a proces wymagał będzie szczególnych nakładów.

Znaczące w kontekście pytania o tempo tej transformacji są dane o liczbie miejsc pracy powiązanych z węglem w naszym kraju i w UE. Na Górnym Śląsku wskaźnik ten wynosi aż 7 tys. pracowników na 100 tys. zatrudnionych, gdy w Polsce 1250, natomiast średnio w UE tylko 150.

Gwałtowne odejście od węgla w Polsce spowodowałoby skokowy wzrost bezrobocia w powiatach górniczych z 3-6 proc. obecnie do nawet 37-39 proc. i więcej, co byłoby ogromnym wyzwaniem dla samorządów i mogłoby oznaczać znaczne skutki społeczne. Na jedno miejsce pracy w kopalni przypadają cztery miejsca pracy w jej otoczeniu.

 

 

Polscy pracodawcy nie tworzą miejsc pracy

Polscy pracodawcy nie tworzą miejsc pracy

Jak wynika z najnowszych danych Eurostatu, polscy pracodawcy nie generują nowych miejsc zatrudnienia.

O sprawie pisze portal pulshr.pl. Zgodnie z jego informacjami Eurostat podał najnowsze informacje na temat wskaźnika wakatów w III kwartale 2020 roku. Pokazuje on, ile jest w gospodarce wolnych miejsc pracy. Współczynnik wolnych miejsc pracy. JVR (z ang. Job Vacancy Rate) obrazuje procentowy udział wolnych miejsc pracy we wszystkich miejscach pracy (zagospodarowanych i wolnych) istniejących w naszej gospodarce. Innymi słowy, pokazuje, ile miejsc pracy w danej gospodarce stanowią te wolne, na które pracodawcy planują rekrutować.

Jak podał Eurostat, spośród krajów członkowskich (dla których są dostępne porównywalne dane), najwyższy wskaźnik wakatów odnotowano w Czechach (5,3 proc.) oraz w Belgii (3,3 proc.). Najniższy – w Grecji (0,5 proc.) oraz w Polsce i Portugalii (po 0,7 proc.).

Co te dane oznaczają dla Polski? Jedynie 0,7 proc. (tyle samo, co w II kwartale; w I kwartale 2020 r. wskaźnik JVR dla Polski wyniósł 0,6 proc.) wszystkich miejsc pracy dostępnych w polskiej gospodarce to stanowiska wolne, na które pracodawcy poszukują ludzi do pracy. Znaleźliśmy się wśród państw członkowskich najsłabiej radzących sobie z przyrostem nowych i nieobsadzonych miejsc pracy. Wiążą się z tym istotne konsekwencje dla rynku pracy – ujmując rzecz skrótowo – gospodarka nie kreuje nowych miejsc, aby osoby, które tracą pracę, mogły odnaleźć się w nowej firmie. Jak wiemy z doświadczeń, problem bezrobocia staje się dotkliwy nie wtedy, gdy następuje redukcja zatrudnienia w jednej firmie (czy szerzej dziale gospodarki), ale wtedy, gdy gospodarka nie potrafi zagospodarować tych osób na nowych stanowiskach pracy (w innych działach) – mówi Bartłomiej J. Gabryś z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.

Sytuacja ta częściowo związana jest z pandemią, jednak nie da się ukryć, że Polska jest w ogonie krajów generujących zatrudnienie.