Użyteczna praca i bezużyteczna harówka (1884)

·

Użyteczna praca i bezużyteczna harówka (1884)

·

Tytuł tej rozprawy może wydać się niektórym z czytelników cokolwiek dziwny. Wśród większości ludzi przyjęte jest bowiem dzisiaj sądzić, że każda praca jest pożyteczna, wśród większości ludzi materialnie powyżej średniej zaś – że każda jest pożądana. Większość, czy to zamożnych, czy niezamożnych, powie nam, że nawet jeśli ktoś wykonuje pracę na pierwszy rzut oka bezsensowną, to przecież dzięki niej właśnie może zarobić na życie – jest „zatrudniony”, jak to się mówi; jeśli zaś nasz robotnik okaże się do tego dość „pracowity”, by w imię świętej sprawy zysku zrezygnować ze wszystkich przyjemności istnienia, większość zamożnych spieszy z gratulacjami i wznosi na jego cześć toasty na wieczorkach towarzyskich. Krótko mówiąc, weszło w skład artykułów credo współczesnej moralności, że praca jest dobra sama w sobie – przekonanie, istotnie, wygodne dla tych, którzy utrzymują się z pracy innych ludzi. Tym wszakże, którzy muszą ich utrzymywać, radzę nie brać go na wiarę, ale zastanowić się nad tą kwestią nieco bardziej dogłębnie.

Zacznijmy zatem od tego, że rodzaj ludzki musi pracować albo zginie. Natura nie daje nam życia gratis; musimy zdobywać je ciągle, mniejszym lub większym wysiłkiem. Zapytajmy jednak też, czy nie daje nam ona również jakiejś rekompensaty za ów wysiłek, biorąc pod uwagę, że wszystkie inne czynności konieczne z punktu widzenia podtrzymania życia tak gatunku, jak i jednostki, czyni czymś nie tylko możliwym do zniesienia, ale wprost przyjemnym.

Otóż, bądźcie pewni, że tak się właśnie dzieje – leży to w naturze człowieka, o ile tylko dopisuje mu zdrowie, czerpać z pracy, pod pewnymi warunkami, radość i satysfakcję. A jednak musimy rzucić to prosto w twarz całej owej obłudnej, bezkrytycznej afirmacji ludzkiego wysiłku, o której wspomniałem na początku, że człowiek może również pracować w sposób, który będzie dla niego nie błogosławieństwem, lecz przekleństwem; i że w takim przypadku lepiej byłoby, zarówno dla wspólnoty, jak i dla robotnika, gdyby ten skrzyżował ręce na piersi i powiedział: „dość”, potem zaś umarł z głodu lub dał się odprowadzić odpowiednim organom do „domu dla robotników” – albo więzienia, w zależności od tego, co bardziej państwu odpowiada.

Widzimy zatem, że istnieją dwa rodzaje pracy – dobry i zły; jeden bliski prawdziwemu błogosławieństwu, światło rozjaśniające życie; drugi: zwykłe przekleństwo, ciężar niepozwalający człowiekowi rozwinąć skrzydeł.

Na czym polega różnica między nimi? Otóż na tym, że jeden daje nadzieję, drugi zaś nie. Godne człowieka jest wykonywać pracę, która daje nadzieję – i równie godne odmawiać wykonania takiej, która jej nie daje.

Jaka jest natura owej nadziei, która, obecna w procesie pracy, czyni ją godną wykonania?

W moim przekonaniu trojaka. Jest to nadzieja na odpoczynek, nadzieja na dzieło i nadzieja na czerpanie przyjemności z wysiłku wkładanego w pracę; oczywiście wszystkie trzy odpowiednie pod względem jakości i ilości; odpoczynek dość długi i owocny, by warto było nań poczekać; dzieło dobre dla kogoś, kto nie jest głupcem lub ascetą; przyjemność dość mocna, abyśmy wszyscy mogli zdawać sobie z niej sprawę, kiedy się trudzimy, a nie zwykły nawyk, którego utratę przeżywalibyśmy tak, jak nerwowy człowiek przeżywa utratę sznurka, który miętosił w palcach.

Nadzieję na odpoczynek wymieniłem jako pierwszą, stanowi ona bowiem najprostszy i najbardziej naturalny wymiar naszej nadziei w ogóle. Niezależnie od tego, ile przyjemności dawałyby nam niektóre rodzaje pracy, każda praca z definicji przynosi ból: zwierzęcy ból pobudzania naszych uśpionych energii do ruchu, zwierzęcy strach przed zmianą, zwłaszcza gdy układa nam się względnie dobrze, a kompensacją tego zwierzęcego bólu jest zwierzęcy, fizyczny odpoczynek. Pracując musimy czuć, że przyjdzie czas, gdy pracować nie będziemy. Odpoczynek ten, gdy nastanie, musi też być odpowiednio długi, abyśmy mogli się nim rzeczywiście cieszyć; musi być dłuższy, niż wymagałaby tego prosta regeneracja sił, a także odpowiedni dla zwierzęcia również i pod tym względem, że wolny od niepokoju, inaczej bowiem nie będzie owocny. Jeśli uda nam się kiedyś zapewnić prawo do odpowiedniej ilości tego właśnie typu odpoczynku, istotnie – znajdziemy się w położeniu nie gorszym niż zwierzęta.

Jeśli chodzi o nadzieję na dzieło, to rzekłem, iż sama Natura zmusza nas do takiej pracy, która przynosi konkretny skutek. Od nas zależy, czy upewnimy się, że istotnie coś wytwarzamy, a nie pracujemy po nic, ewentualnie tworzymy rzeczy, których nam nie potrzeba lub którymi nie będziemy mogli dysponować. Jeśli zajmiemy się tą sprawą rzetelnie i wytężymy wolę, staniemy nareszcie wyżej od maszyn.

Wreszcie, nadzieja na czerpanie przyjemności z pracy: jakżeż dziwnie muszą brzmieć te słowa dla niektórych z moich czytelników – ba, dla większości z nich! Sądzę jednak, że wszystkie żywe stworzenia odczuwają przyjemność z użytkowania swych naturalnych energii, i że nawet zwierzęta raduje w jakiś sposób ich fizyczna sprężystość, szybkość i siła. Ale człowiek przy pracy, tworzący coś, o czym czuje, że będzie to istnieć tylko dlatego, że on tego chce i wkłada w to wysiłek, angażuje energię nie tylko swego ciała, ale również umysłu i duszy. Prowadzą go pamięć i wyobraźnia. Ruchami jego rąk kierują myśli – nie tylko jego własne, ale również i tych, którzy już dawno odeszli, ludzi przeszłych epok; i tak – tworzy. Jako realna część całego rodzaju ludzkiego. Jeśli będziemy kiedyś mogli pracować w taki właśnie sposób, staniemy się nareszcie naprawdę ludźmi, istotami wiodącymi życie godne tego miana, szczęśliwe i interesujące.

Tak też godna praca niesie ze sobą nadzieję na przyjemność, jaką daje odpoczynek, przyjemność, jaką odczuwa się mogąc swobodnie dysponować owocami własnego trudu, i wreszcie przyjemność z codziennego wykorzystania własnych zdolności twórczych.

Każdy inny typ pracy poza tym jest bezwartościowy; to ledwie harówka niewolnika, pracującego, aby móc żyć, ale żyjącego tylko po to, aby móc pracować.

Dysponując zatem, by tak rzec, dwiema szalami, przy pomocy których zważyć można różne rodzaje pracy, jakie obecnie wykonuje się na świecie, skorzystajmy z nich. Oceńmy wartość tej, którą wykonujemy dzisiaj, po tysiącach lat trudu, wobec tak wielu zawiedzionych nadziei oraz bezgranicznego zachwytu nad postępem cywilizacyjnym i tryumfalnym marszem wolności.

Otóż pierwszą cechą pracy wykonywanej w cywilizacji, i najłatwiejszą do dostrzeżenia, jest to, że rozkłada się ona między różnymi klasami bardzo nierówno. Istnieją wśród nas ludzie, i to w liczbie wcale niemałej, którzy nic nie robią i nawet się z tym nie kryją. Następnie, istnieją i tacy (ci już naprawdę liczni), którzy pracują dość ciężko, niemniej mogą korzystać z wielu możliwości wypoczynku, na przykład dni wolnych, oficjalnie uznanych przez państwo. Na koniec jest jeszcze klasa ludzi, którzy pracują tak ciężko, że można powiedzieć, iż nie zajmują się w życiu właściwie niczym innym niż pracą, w związku z czym nazywa się ich również „klasą pracującą”, w odróżnieniu od klasy średniej i arystokracji, które opisaliśmy wyżej.

Jasne jest, że rzeczone nierówności uderzają przede wszystkim właśnie w tę „klasę pracującą”, niemalże zupełnie unicestwiając w jej życiu jakąkolwiek nadzieję wytchnienia, niniejszym, przynajmniej pod tym względem, czyniąc owo życie gorszym od życia zwierząt rolnych; nie to wszakże stanowi szczyt i koronę procesu zamiany użytecznej pracy w bezużyteczną harówkę. To ledwie początek.

Bo po pierwsze, jeśli chodzi o klasę bogatych niepracujących, to wszyscy wiemy, że konsumuje ona wiele, niczego nie produkując. Tak też w oczywisty sposób musi się utrzymywać z pracy innych, podobnie jak żebracy, stanowiąc zatem taki sam jak oni ciężar dla społeczeństwa. Dzisiaj wielu już to dostrzega, niemniej jednak nie potrafią oni na ogół wejrzeć głębiej w zło obecnego systemu, w związku z czym nie opracowali żadnego planu zrzucenia z siebie tego ciężkiego jarzma, choć żywią być może jakąś nieśmiałą nadzieję, że zmiany w systemie wybierania posłów do Izby Gmin magicznie popchną nas w tym kierunku. Tego typu nadziejami, czy raczej zabobonami, nie musimy się teraz zajmować. Co więcej, klasa ta, arystokracja, niegdyś uznawana za najważniejszą dla bytu państwowego, jest dziś bardzo nieliczna, i nie ma żadnych mocy własnych, zależąc całkowicie od wsparcia klasy bezpośrednio od niej na drabinie społecznej niższej – klasy średniej. I w istocie, składa się ona niemal wyłącznie właśnie z najbogatszych przedstawicieli tej klasy lub ich potomków.

Jeśli zaś o klasę średnią chodzi, do której to wliczamy kupców, fabrykantów i wolne zawody naszego społeczeństwa, to z reguły pracuje ona całkiem ciężko, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ze względu na co wydawać się może, że raczej ogółowi pomaga niż mu szkodzi. Niemniej jednak większa jej część, choć pracuje, to nie wytwarza, jeśli natomiast wytwarza, jak w przypadku tych zajmujących się (nadzwyczaj rozrzutną w naszym systemie) dystrybucją dóbr, albo lekarzy, albo (prawdziwych) artystów i literatów, to konsumuje nieproporcjonalnie więcej, niż się jej sprawiedliwie należy. Kupcy i fabrykanci zaś, część burżuazji najpotężniejsza i najbardziej wpływowa, trawią życie na wyrywaniu sobie nawzajem majątku, do wytwarzania którego zmuszają rzeczywiście pracujących; reszta pozostaje od nich właściwie zupełnie zależna, pracując nie dla ogółu, lecz dla garstki uprzywilejowanych: pasożyty, jak możemy ich nazwać, „własnościowe”, które niekiedy, jak na przykład prawnicy, nie próbują nawet udawać; niekiedy zaś, jak lekarze, chowają się za parawanem „użyteczności społecznej”, niemniej faktycznie całym życiem służą utrzymaniu systemu głupoty, oszustwa i tyranii, którego są częścią. I niemalże im wszystkim, jak musimy pamiętać, przyświeca jeden cel: nie wytwarzanie rzeczy potrzebnych, ale zdobycie dla siebie lub swoich dzieci takiej pozycji, która pozwoliłaby im nie pracować. O swoją pracę jako taką, mimo wszelką udawaną dumę, jakiej pozorami ją stroją, nie dbają zaś ani za grosz; może z wyjątkiem garstki entuzjastów, ludzi nauki, sztuki i literatury, będących jeśli nie solą ziemi, to przynajmniej chorego systemu, który ich zniewala, który miażdży i dusi ich na każdym kroku, a czasem nawet łamie ich wolę, tak że w końcu i oni stają się jego częścią.

Spotykamy więc kolejną klasę, tym razem bardzo liczną i właściwie wszechpotężną, która produkuje bardzo mało, a konsumuje bardzo dużo, utrzymując się zatem, znów jak żebracy, z wysiłku ludzi realnie produktywnych. Grupa, której musimy się przyjrzeć na koniec, wytwarza zaś w naszym kraju właściwie wszystko, dostarczając tym samym środków do życia tak sobie, jak i dwóm klasom poprzednim, choć stoi na drabinie społecznej nieporównanie niżej od nich; i chodzi tutaj, zrozumcie, o niższość prawdziwą, realną, niższość obejmującą degradację tak fizyczną, jak i psychologiczną. Ale, o – paradoksie!, konieczny skutek naszego systemu tyranii i głupoty stanowi fakt, że wielu z robotników również nic nie wytwarza. Ogromna ich liczba również pasożytuje na własności, niektórzy zupełnie otwarcie, jak żołnierze armii lądowej i marynarki, które to instytucje utrzymuje się wyłącznie celem podtrzymania międzynarodowych konfliktów i antagonizmów, a także w imię narodowych zmagań o udział w owocach nieopłaconej pracy. Ale poza tym ciężarem, dla producentów oczywistym, dla urzędników państwowych trochę mniej, acz również, istnieje jeszcze rzesza kancelistów, sprzedawców i tak dalej, różnych zawodów również zaangażowanych w prywatną wojnę o pieniądze, która to wojna, jak się powiedziało, stanowi prawdziwe zajęcie klasy średniej. Jest ona liczniejsza niż można by przypuszczać, ponieważ należą do niej także i ci wszyscy, którzy zajmują się, jak to określam, „kupiectwem kompetytywnym”, czy, by to ująć brzydziej, lecz bardziej precyzyjnie, reklamiarstwem, które to osiągnęło ostatnimi czasy rozmiary tak gigantyczne, że znajduje się na naszym rynku ogromna liczba produktów, których sprzedaż kosztuje znacznie więcej niż produkcja.

Kolejno, jest masa ludzi zatrudnionych przy wytwórstwie tych artefaktów głupstwa i luksusu, popyt na które wynika z istnienia bogatych klas próżniaczych; rzeczy, których człowiek wiodący życie męskie i szlachetne nigdy by nie chciał, ba – o których ani by mu się nie śniło. Rzeczy tego typu, cokolwiek mi ludzie będą tłumaczyć, nigdy nie nazwę bogactwem; to nie bogactwo, ale marnotrawstwo. Bogactwo to dar Natury i to, co człowiek rozumny może wytworzyć korzystając z tego daru zgodnie z rozumem. Światło słońca, świeże powietrze, krajobraz nienaruszony w swym pierwotnym pięknie, żywność, ubiór, mieszkanie – bez przepychu, ale odpowiednie dla człowieka; gromadzenie wiedzy wszelkiego typu i możliwości jej upowszechniania; środki swobodnej komunikacji między jednostką a jednostką; dzieła sztuki, piękno, które człowiek tworzy, kiedy jest najbardziej człowiekiem, gdy aspiruje najwyżej i myśli najgłębiej – wszystko to, co służy przyjemności istnienia: wolne, męskie, szlachetne. Oto bogactwo. Nie przychodzi mi także do głowy nic, co istotnie warto byłoby mieć, a co nie podpadałoby pod jedną czy inną z tych kategorii. Pomyślcie teraz, proszę was, o produkcji Anglii, „warsztatu całego świata”, czyż zdołacie, inaczej niż ja, bez osłupienia spoglądać na ową niezmierzoną masę rzeczy, których żaden zdrowy człowiek nigdy by dla siebie nie pragnął, ale które w naszym systemie bezużytecznej harówki wytwarza się – i sprzedaje?

Idźmy dalej. Istnieje bowiem jeszcze bardziej ponure zajęcie, do którego zmusza się wielu, bardzo wielu, spośród angielskich robotników, mianowicie: wytwarzanie towarów potrzebnych im i ich ziomkom dlatego, że są klasą niższą. Pewna grupa ludzi żyje nie produkując, więcej: prowadzi życie tak puste i głupie, że zmusza innych do produkcji towarów, których nikt – nawet bogaci – nie potrzebuje, wynika stąd, że znaczna część społeczeństwa musi żyć w biedzie; i, utrzymując się, jak to ma miejsce dzisiaj, z pensji wypłacanych im przez tych, których utrzymują, nie mogą nabyć na swój użytek owych dóbr, których człowiek pragnie z natury, w związku z czym pozostaje im zadowolić się nędznymi substytutami: jedzeniem, które nie syci, łachmanami niedającymi ciepła, domami, wobec których ruiny i brudu mieszkańcy naszych „cywilizowanych” miast byliby w pełni usprawiedliwieni, gdyby z tęsknotą zaczęli spoglądać w przeszłość, ku namiotom nomadów albo nawet jaskiniom prehistorycznych dzikusów. Ależ, przecież robotnicy nasi mogą jeszcze przyłożyć rękę do największego gospodarczego wynalazku współczesnej epoki: podrabiania, i z jego pomocą pokusić się o jakieś parodystyczne naśladownictwo z luksusu bogatych, bo pracownicy muszą zawsze żyć tak, jak chcą tego ich pracodawcy – i sam ich styl bycia jest im narzucony siłą przez ich panów.

To wszakże strata czasu starać się wyrazić słowami pogardę, na jaką zasługuje tak wychwalana często „tania” produkcja naszej epoki. Musimy póki co poprzestać na wskazaniu, że ów istotnie niski poziom cen to skutek wyzysku, na którym cały system się opiera. Innymi słowy, istnieje w naszym społeczeństwie duża klasa niewolników, których trzeba jak niewolników nakarmić, odziać, zapewnić im mieszkanie i rozrywkę, i których codzienne potrzeby zmuszają do wytwarzania towarów dostosowanych do niewolniczego poziomu życia, co samo w sobie utrwala tylko ich niewolę.

Podsumowując zatem: co się tyczy organizacji pracy w krajach cywilizowanych, to to, że społeczeństwa tych krajów składają się z trzech klas: najwyższej, która nawet nie udaje, że pracuje, niższej, która owszem, udaje, ale nic nie wytwarza, i najniższej, która pracuje, ale często – ze względu na presję klas wyższych – w sposób skrajnie nieproduktywny.

Cywilizacja trwoni niniejszym własne zasoby i będzie to czynić tak długo, jak długo będzie trwał obecny system. Istnieją słowa dość zimne, by opisać za ich pomocą tyranię, pod której jarzmem wzdychamy; słuchajcie więc i spróbujcie zrozumieć, co oznaczają.

Jest na świecie określona ilość naturalnych surowców i naturalnych energii, a także pewnej wrodzonej mocy produkcyjnej w ludziach. Rodzaj nasz, przynaglany przez swe braki i pragnienia, tysiące lat trudził się w celu podporządkowania sobie sił Natury i uczynienia dostarczanych przez nią surowców pożytecznymi dla siebie. Dziś widzimy (mówię: dziś, ponieważ nie umiemy zajrzeć w przyszłość), że owo zmaganie niemalże dobiegło końca i zwycięstwo człowieka jest bardzo, bardzo bliskie. I, spoglądając w epoki minione, gdy cała ta historia się rozpoczęła, nie możemy nie zauważyć, że postęp w tej walce w ciągu ostatnich dwustu lat nabrał dynamiki wcześniej niespotykanej. Z pewnością zatem powinniśmy być – my, ludzie współcześni – w znacznie lepszym położeniu niż ci, którzy nas poprzedzili. Wszyscy my, i każdy z nas z osobna, powinniśmy być po prostu bogaci, ciesząc się ową mnogością dóbr, do których dostęp zapewniło nam zwycięstwo nad Naturą.

Jak wszakże wyglądają fakty? Czy znajdzie się ktokolwiek, kto zaprzeczy, że wielkie masy ludzi cywilizowanych żyją w nędzy? Nędzy takiej, że to pospolita dziecinada debatować, czy przypadkiem nie jest im jednak pod pewnym względem trochę lepiej niż ich pradziadkom. Ci ludzie są biedni, i biedy ich nie da się przyrównać nawet do położenia niemającego nic dzikusa, ten bowiem nie zna nic poza swoją nędzą; zimno, głód, bezdomność, brud, ignorancja to dla niego rzeczy tak naturalne, jak to, że ma skórę. Ale w większości z nas cywilizacja obudziła pragnienia, których zaspokojenie sama nam uniemożliwia – to nie tylko dusigrosz, ale i kat!

Tak też owoce triumfu nad Naturą zostały nam przemocą odebrane, tak naturalny przymus pracy w nadziei na odpoczynek, korzyść i przyjemność, zamienił się w przymus pracy w nadziei na przeżycie – by dalej móc pracować!

Cóż zatem zrobimy – czy możemy cokolwiek zrobić?

Owóż pamiętajmy, że to nie nasi dalecy przodkowie zdołali podporządkować sobie Naturę, ale nasi ojcowie, więcej – właściwie my sami. Dlatego też dziwne byłoby w naszym wypadku popadać w beznadzieję, w bezczynność; nabierzcie ducha: możemy zrobić wiele. Co najpierw?

Mogliśmy przekonać się, że społeczeństwo współczesne dzieli się, praktycznie biorąc, na dwie klasy, z których jedna jest uprzywilejowana i utrzymuje się z pracy drugiej, to znaczy: zmusza ją do pracy i bierze z jej owoców wszystko, co może, aby zapewnić swoim członkom przy pomocy tak zdobytych środków pozycję wiodącą, wyższą niż innych ludzi: dłuższe i piękniejsze życie, większą godność i subtelniejszą kulturę. Nie mogąc zaś wykorzystać pełni mocy produkcyjnych tej niższej klasy do wytwarzania prawdziwego bogactwa, masowo marnuje je na wytwarzanie śmieci.

To właśnie ten bandytyzm i marnotrawstwo klas wyższych odpowiadają za nędzę klasy niższej. Gdyby dało się wykazać, że są one konieczne dla zachowania społeczeństwa, niewiele by już można powiedzieć, poza tym, że konieczna w takiej sytuacji rozpacz uciśnionej większości prędzej czy później prawdopodobnie doprowadziłaby owo społeczeństwo do zniszczenia. Niemniej jednak, nawet tak niedoskonałe eksperymenty, jak tzw. kooperatywy (spółdzielnie), jasno dowiodły, że istnienie klasy uprzywilejowanej nie jest bynajmniej niezbędne dla utrzymania produkcji bogactwa, ale raczej, jak można to określić, rządów tych, którzy je produkują, czyli, krótko mówiąc, samego przywileju.

Pierwszą rzeczą zatem, którą trzeba przeprowadzić, jest likwidacja klasy ludzi, którym przywileje pozwalają uchylać się od obowiązków, jakie nakłada na nich sama natura ludzka i w ten sposób zmuszać innych do wykonywania pracy, której oni sami nie chcą wykonywać. Wszyscy muszą pracować stosownie do swoich zdolności i wytwarzać tyle, ile konsumują, to znaczy: każdy człowiek powinien pracować tak dobrze jak umie na swoje utrzymanie i owo utrzymanie otrzymać; utrzymanie, innymi słowy: wszystkie możliwości, jakie społeczeństwo stwarza i gwarantuje swoim członkom.

W takim układzie ustanowione zostałoby nareszcie społeczeństwo prawdziwe, godne tego miana. Nikt nie powinien cierpieć dla korzyści innej osoby, więcej: nawet dla korzyści całej wspólnoty. Nie da się również nazwać wspólnotą tego porządku, który nie funkcjonuje w horyzoncie dobra wszystkich swoich członków.

A skoro dzisiaj potrafimy żyć, nędznie, ale żyć, w warunkach, w których tak znaczna część społeczeństwa nic nie produkuje, i w których tak wiele wysiłku idzie na zmarnowanie, jasne jest, że w sytuacji, w której wszyscy wykonywaliby produktywną pracę i cała ona byłaby dobrze wykorzystana, nie tylko wszyscy pracowaliby w nadziei na sprawiedliwy udział w bogactwie ogółu, ale także nikomu nie zabrakłoby czasu na potrzebny i dobry odpoczynek. Napotykamy więc tutaj dwa z trzech rodzajów nadziei, które wcześniej wyszczególniliśmy jako konieczne dla prawdziwie godnej pracy. Gdy zniesione zostanie klasowe łupiestwo, każdy człowiek będzie mógł cieszyć się owocami swojej pracy i każdy będzie miał pod dostatkiem odpoczynku – czyli czasu wolnego. Niektórzy socjaliści powiedzą zapewne, że nie musimy iść dalej; wystarczy, że robotnik będzie dysponował w pełni tym, co wyprodukuje i że będzie mógł porządnie wypocząć. Ale choć w ten sposób zniesiemy istotnie tyranię człowieka nad człowiekiem, ja domagam się jeszcze zapewnienia wszystkim rekompensaty za samą konieczność Natury. Tak długo, jak długo praca będzie przykra, stanowić ona będzie ciężar, codzienne jarzmo, które trzeba znosić, a zatem truciznę dla życia, nawet gdyby udało się skrócić jej czas w sposób znaczący. To, co chcemy zrobić, to mnożyć bogactwo z przyjemnością. Jak długo praca nie stanie się jedną z przyjemności naszego istnienia, nie uda nam się ujarzmić Natury.

Pierwszy krok, wyzwolenie ludzi od konieczności bezowocnej pracy, będzie początkiem drogi prowadzącej do tego celu, do szczęśliwego zakończenia naszych zmagań, dzięki niemu bowiem zyskamy czas i możliwości, aby istotnie doprowadzić je do końca. Póki co, wobec marnotrawienia sił produkcyjnych z jednej strony przez czystą bezczynność, z drugiej na bezowocną harówkę, jasne jest, że świat utrzymuje się z pracy niewielkiej ledwie liczby swych mieszkańców; gdyby wszyscy pracowali użytecznie, nikt nie musiałby pracować dużo, jeśli chcielibyśmy utrzymać stopę życiową na poziomie uznanym przez obecne klasy bogate za pożądany. Będziemy mieli, krótko mówiąc, dużo sił produkcyjnych w rezerwie i będziemy z nimi mogli zrobić wszystko, co się nam podoba. Żyć się będzie lekko. Gdybyśmy obudzili się pewnego pięknego dnia w obecnym systemie i zorientowali się, że żyje nam się lekko, jego wewnętrzne konieczności natychmiast zmusiłyby nas do pracy – i znów zaczęłoby się nam żyć ciężko; powiedziano by nam, że trzeba „pomnażać zasoby” czy coś podobnie gładkiego. Bezustanna intensyfikacja pracy stała się koniecznością i tak długo, jak nią będzie, nawet najgenialniejsze wynalazki mechaniczne nie przydadzą się na nic. Każda nowa maszyna wykorzystana w produkcji ściągnie nędzę na jakąś część robotników, których pozbawi zatrudnienia; jakaś część z nich przesunięta zostanie na posady pracowników niewykwalifikowanych i z czasem nauczy się funkcjonować w tych wąskich granicach, znowu pracując na pozór „normalnie”; i gdyby wszystkie te procesy nie przygotowywały sekretnie gruntu pod rewolucję, dla większości z nas życie toczyłoby się dokładnie tak samo, jak przed kolejnym „przełomowym” wynalazkiem.

Gdy wszakże rewolucja uczyni życie lekkim, gdy wszyscy pracować będą w harmonii i nikt nie będzie okradał robotników z ich czasu, czyli z ich życia; w tych nadchodzących dniach nie będzie już przymusu wytwarzania rzeczy, których nie chcemy, pracowania po nic, wtedy też zdołamy nareszcie spokojnie i metodycznie zastanowić się, co zrobić z bogactwem naszych energii. Jeśli chodzi o mnie, uważam, że pierwszym, co powinniśmy zrobić, jest uczynienie całej naszej pracy, nawet najzwyklejszej i najpowszedniejszej, przyjemną dla wszystkich. Przemyślawszy ten problem starannie, widzę dziś jasno, że jedyne, co może uczynić życie szczęśliwym, wobec wszystkich jego trudności i kłopotów, to przyjemność, jaką czerpiemy z ogarnięcia myślą i czynem najdrobniejszych nawet jego detali. I jeśli być może wydaje się wam, że to truizm, o którym wstyd nawet wspominać, niech mi będzie wolno tutaj przypomnieć, jak radykalnie cywilizacja współczesna temu przeczy, wokół jak plugawych, przerażających nawet błahostek skupia ona życie i umysły ubogich, do jak pustej, mechanicznej egzystencji zmusza bogatych, i jakże rzadkim świętem jest dla kogokolwiek z nas poczuć się na powrót częścią Natury i spokojnie, rozumnie oraz szczęśliwie przemyśleć bieg swego życia pośród owych subtelnych związków wydarzeń, jakie łączą je z życiem innych ludzi, współtworząc tę wielką całość, którą nazywamy ludzkością.

Ale przecież całe nasze życie mogłoby być takim świętem, gdybyśmy mieli dość determinacji, żeby uczynić naszą pracę rozumną i przyjemną. To determinacji nam właśnie potrzeba, bo nie zdadzą się tutaj na nic żadne półśrodki. Powiedziało się już, że nasza obecna, ponura harówka, życie nasze – pełne strachu i niepokoju życie zaszczutego zwierzęcia – narzucone są nam przemocą przez obecny system produkcji nakierowanej na zyski klas uprzywilejowanych. Musimy jasno powiedzieć, co to oznacza. W obecnym systemie płac i kapitału, właściciele tak zwanych „manufaktur” (tak zwanych i absurdalnie zwanych, bo „manufaktura” z definicji to miejsce, gdzie wytwarza się ręcznie), mając monopol na własność środków, przy pomocy których naturalna energia ludzkiego ciała wykorzystana zostaje w procesie produkcji, są panami tych, którzy nie mają podobnych przywilejów; oni i tylko oni mają możliwość wykorzystywać te siły, które to, z drugiej strony, stanowią jedyny towar mający moc uczynić ich „kapitał”, czyli skumulowane owoce produkcji z przeszłości, istotnie produktywnym. Fabrykant kupuje zatem siłę wytwórczą tych, którzy, sami nie mając kapitału, mogą zarobić na życie wyłącznie handlując z nim w ten sposób; jego celem jest tutaj pomnożenie własnego kapitału, sprawienie, by zaczął rodzić. Oczywiste jest, że gdyby zapłacił tym, z którymi zawiera umowę, stawkę odpowiadającą w pełni wartości ich pracy, to znaczy wszystkiego, co wyprodukowali, ten cel nie zostałby przezeń osiągnięty. Ale jako „monopolista produkcyjny”, może zmusić ich do przyjęcia warunków lepszych dla niego, a gorszych dla nich. Które to warunki przedstawiają się następująco: że gdy robotnicy zarobią na „utrzymanie”, to znaczy tyle, ile według kalkulacji wystarczy, by podporządkowali się bez protestu dominacji fabrykantów, reszta (zazwyczaj znacznie większa część) zysku trafia do jego kieszeni – staje się jego własnością, z którą może robić, co mu się żywnie podoba, używać jej lub nadużywać wedle swego uznania; której to własności, jak wiemy, bronią zazdrośnie armia i flota, policja i służba więzienna; krótko mówiąc, ten ogromny potencjał przemocy fizycznej, który mocą zabobonu, obyczaju, strachu przed śmiercią głodową – IGNORANCJI, królującej wśród pozbawionych wszystkiego mas, pozwala klasie uwłaszczonej korzystać z poddaństwa swych, powiedzmy to wprost: niewolników.

Kiedy indziej będzie można wskazać i inne bolączki obecnego systemu. To, co chcę teraz uczynić, to zwrócić uwagę na niemożliwość zaproponowania ludziom w jego warunkach prawdziwie atrakcyjnej pracy, jak i na fakt, że to jego bandytyzm (nie ma innego słowa) zmusza wielu do bezczynności, a wielu więcej do pracowania po nic; tych zaś, którzy istotnie pracują, do pracowania ponad siły. Zrozumcie bowiem raz a dobrze: fabrykant pragnie wytwarzać mocą energii, które ukradł innym, nie dobra, a przede wszystkim zyski, to znaczy: „bogactwo” nadwyżek uzyskanych po odliczaniu kosztów utrzymania jego robotników i jego maszyn. Czy owo „bogactwo” jest prawdziwe czy fałszywe, nie ma dla niego żadnego znaczenia. Jeśli coś się sprzedaje i daje „zysk”, wszystko jest w porządku. Powiedziałem, że ponieważ istnieje dziś spora grupa ludzi, którzy mają więcej pieniędzy, niż są w stanie rozumnie wydać, to zaczynają oni kupować dobra pozorne, następuje marnotrawstwo; a także, ponieważ istnieje ogromna grupa ludzi tak biednych, że nie stać ich na zakup rzeczy istotnie wartych wytworzenia, następuje marnotrawstwo innego typu. W efekcie „popyt”, który kapitalista „zaspokaja”, jest całkowitą iluzją. Rynek, w ramach którego zachodzi proces handlowy, jest już u źródeł „skręcony” przez wrodzony bandytyzm systemu płac i kapitału.

To zatem ten system musimy z determinacją próbować obalić, jeśli pragniemy kiedykolwiek pracować w sposób sensowny i szczęśliwy. Pierwszy krok na drodze do uczynienia pracy atrakcyjną stanowi zdobycie środków uczynienia jej owocną, przekazanie ziemi, maszyn, fabryk i tak dalej w ręce społeczeństwa, aby dało się ich używać dla dobra wszystkich, abyśmy wszyscy mogli pracować na zaspokojenie realnych potrzeb siebie i drugich, to znaczy: na życie, jego utrzymanie i rozwój, a nie dla rynkowego „popytu” – dla zysku, to jest mocy zmuszania innych do pracy wbrew ich woli.

Gdy ten pierwszy krok zostanie poczyniony i wszyscy zrozumieją, że Natura stawia człowieka przed wyborem „pracuj albo giń”, i gdy już nie będą tak głupi, by pozwalać niektórym po prostu kraść, gdy – powiadam – ów szczęśliwy dzień nadejdzie, zrzucimy z siebie nareszcie jarzmo tego, co nazwać można „podatkiem marnotrawstwa” i nagle przekonamy się w konsekwencji, że dysponujemy, jako się rzekło, ogromnymi rezerwami ludzkiej energii, które to pozwolą nam żyć tak, jak nam się będzie podobało, rzecz jasna w pewnych rozumnych granicach. Nie będzie nas już gnał do pracy bat strachu przed głodem, który obecnie smaga plecy nie mniejszej liczby ludzi cywilizowanych niż dzikich. We wspólnocie, w której praca nie będzie się marnować, pierwsze i podstawowe potrzeby będzie można zaspokajać tak łatwo, że znajdziemy nareszcie czas, by rozejrzeć się dokoła i zastanowić się, czego tak naprawdę chcemy i co możemy osiągnąć bez narażania naszych organizmów na przeciążanie, bo tak często artykułowana dzisiaj obawa przed plagą bezczynności, jaka rzekomo miałaby spaść na społeczeństwo, gdyby zabrakło bodźców dostarczanych przez obecną hierarchię przemocy, również wynika z faktu, że większość z nas sensu stricto nie pracuje, lecz musi znosić harówkę, która nas obrzydza.

Powtórzę: moim zdaniem pierwszą rzeczą, jaką uznamy za dość ważną, by poświęcić dla niej trochę czasu wolnego, będzie uczynienie pracy atrakcyjną. Aby nam się udało, nie będą potrzebne żadne wielkie ofiary – jakieś jednak będą potrzebne. Możemy mieć bowiem nadzieję, że ludzie, którzy dopiero co przeszli przez okres trudności i rewolucji, okażą się ostatnimi, którzy zgodziliby się długo wieść swoje życie stosownie do prawideł filozoficznych pospolitego utylitaryzmu, choć różnej maści ignoranci istotnie bardzo często oskarżają socjalistów o utylitaryzm. Z drugiej strony, dekoratywna strona współczesnego życia jest już przeżarta zgnilizną do samych korzeni i musi zostać zmieciona, by nastał rzeczywiście nowy porządek rzeczy. Nie ma w niej niczego – kompletnie niczego, co mogłoby sprostać aspiracjom człowieka wyzwolonego z tyranii komercjalizmu.

Musimy zatem zacząć tworzyć prawdziwie dekoratywną stronę życia – instytucje pozwalające czerpać z niego przyjemność, tak w wymiarze fizycznym, jak mentalnym, naukowym jak artystycznym – nie unikając wysiłku, chętnie i dobrowolnie, ze świadomością, że niesiemy pożytek zarówno sobie, jak i naszym bliźnim. Ta absolutnie konieczna praca, którą musimy wykonać, zajmowałaby nam zaledwie niewielką część dnia, nie byłaby więc ciężarem; niemniej trzeba by ją wykonywać codziennie, z czasem zatem zmniejszyłaby naszą radość z życia, jeżeli nie udałoby się nam uczynić jej przynajmniej znośną. Innymi słowy: każdy rodzaj pracy, nawet najpowszedniejszy, musi stać się atrakcyjny.

Jak tego dokonać? Oto pytanie, na które spróbujemy odpowiedzieć w dalszej części tego artykułu. Zdaję sobie sprawę, że wielu socjalistom niektóre z sugerowanych przeze mnie rozwiązań wydadzą się dobre, wiele innych jednak – co najmniej dziwne, wręcz fantastyczne. Trzeba pamiętać, że daję je tutaj bez żadnej intencji dogmatyzowania, wyłącznie wyrażając osobistą opinię.

Ze wszystkiego, co się dotychczas powiedziało, wynika, że praca, aby była atrakcyjna, musi zmierzać do jakiegoś jednoznacznie użytecznego celu, poza tymi wypadkami, kiedy wykonuje się ją dobrowolnie dla rozrywki. Ów element uchwytnej dla człowieka użyteczności będzie zresztą prawdopodobnie czynnikiem najskuteczniej umilającym różne zadania same w sobie dokuczliwe, ponieważ w nowym porządku rzeczy moralność społeczna, to znaczy odpowiedzialność człowieka wobec życia, zajmie miejsce moralności teologicznej, opartej na odpowiedzialności wobec idei abstrakcyjnej. Po drugie, codzienna praca będzie krótka. Trzeba to mocno podkreślać. I w oczywisty sposób praca bez marnotrawstwa zasobów i czasu może być krótka. Jasne też, że duża liczba zajęć, dzisiaj przypominających udrękę, stanie się znośna właśnie ze względu na samo skrócenie czasu pracy.

Różnorodność pracy to punkt następny, i bardzo ważny. Zmuszać ludzi do wykonywania dzień w dzień dokładnie tych samych zadań, bez żadnej nadziei na zmianę lub choćby okazjonalny wyjątek, to po prostu zamienić ich życie w więzienie. Nie ma żadnych powodów, aby tak czynić – poza tyranią żądzy zysku. Każdy człowiek może z łatwością nauczyć się przynajmniej trzech różnych rzemiosł, łącząc zatem na przykład pracę siedzącą z pracą na zewnątrz – zajęcia wymagające znacznej energii fizycznej z zajęciami, w których rolę przewodnią gra umysł. Istnieje chyba ledwie kilku ludzi, którzy nie chcieliby spędzić przynajmniej jakiejś części swego życia na najprzyjemniejszej bodaj aktywności na świecie, jaką jest uprawa ziemi. Tym, co uczyni ową różnorodność zajęć możliwą, będzie przede wszystkim nowa forma, jaką w uporządkowanej wspólnocie przyjmie edukacja. Obecnie proces edukacyjny nakierowany jest na przygotowanie ludzi do przyjęcia wyznaczonego im miejsca w hierarchii handlowej: jednym miejsca panów, innym robotników. Edukacja panów jest bogaciej zdobiona, niemniej i tak czysto komercyjna; i nawet na najstarszych uniwersytetach nauka nie ma większego znaczenia, o ile w dłuższej perspektywie się nie „opłaci”. Prawdziwa edukacja to zupełnie inna rzecz, to proces zmierzający do odkrycia uzdolnień konkretnych ludzi i zapewnienia im pomocy na drodze życiowej, którą wybiorą. W porządnie zorganizowanym społeczeństwie zatem młodzi ludzie uczyliby się w ramach kursu szkolnego dyscypliny tak umysłu, jak i ciała – a więc i rękodzieła, takich jego odmian, jakie najbardziej odpowiadałyby ich talentom; osoby dorosłe również mogłyby uczyć się w tych szkołach, ponieważ to właśnie rozwój indywidualnego potencjału stanowiłby naczelny cel całego systemu kształcenia, a nie, jak dzisiaj, podporządkowanie ludzkich uzdolnień jednemu, naczelnemu celowi zarabiania na siebie albo swojego pana. Ogrom talentów, a nawet geniuszu, jakie obecny system miażdży, a jakie nasz system dowartościowałby, niemało przyczyniłby się do uczynienia codziennej ludzkiej pracy łatwą i interesującą.

Skoro mówię o różnorodności, pozwolę sobie także wspomnieć o tej jednej gałęzi wytwórstwa, która ucierpiała w warunkach komercjalistycznych tak bardzo, że właściwie trudno już powiedzieć o niej, że istnieje, a jest także tak obca naszej epoce, iż obawiam się, że wielu trudno będzie zrozumieć to, co mam o niej do powiedzenia, co jednak powiedzieć muszę, bo sprawa jest naprawdę nieprzeciętnej wagi. Chodzi mi o ten rodzaj sztuki, który tworzony jest, lub powinien być, przez zwykłych rzemieślników podczas ich zwykłej roboty, i który nazywa się – bardzo zresztą trafnie – sztuką ludową. Sztuka ta, powtarzam, już nie istnieje, zabił ją komercjalizm. Ale od początku zmagań człowieka z Naturą aż do powstania obecnego systemu kapitalistycznego, żyła – a przeważnie wręcz kwitła. Póki istniała, wszystko, co człowiek wykonał, było piękne, podobnie jak wszystkie dzieła Natury są piękne. Rzemieślnik, tworząc rzeczy własnymi rękoma, zdobił je tak naturalnie, tak kompletnie bez świadomego wysiłku, że trudno niekiedy dostrzec, gdzie kończyła się utylitarna część jego pracy, a zaczynała artystyczna. Otóż źródłem tej sztuki było pragnienie różnorodności, jakie rzemieślnik odczuwał przy swym zajęciu, i choć piękno wynikające z tego pragnienia samo w sobie stanowiło wielki dar dla świata, to osiągnięcie różnorodności i przyjemności w pracy miało jeszcze większe znaczenie – odciskało bowiem swe piętno na całym ludzkim wysiłku. Wszystko to zniknęło zupełnie z procesów cywilizacji. Jeśli chcemy mieć coś ładnego, musimy zapłacić ekstra, robotnik zaś tworzy ozdoby, bo musi, mechanicznie, jak wszystkie inne towary. Musi udawać, że praca ta daje mu szczęście, tak, że piękno wytwarzane ręką ludzką, niegdyś sól naszego wysiłku, stało się nam dodatkowym ciężarem, zdobienie – jednym z tysiąca głupstw bezużytecznej harówki, i być może nie najlżejszym wcale z jej kajdan.

Poza krótkim czasem pracy, widoczną dla pracującego użytecznością oraz różnorodnością, jaka powinna jej towarzyszyć, aby uczynić pracę przyjemną, potrzebujemy jeszcze jednego czynnika, to jest: ładnego otoczenia. Nędza i brzydota, z jakimi my, ludzie żyjący w cywilizacji, tak potulnie godzimy się jako z koniecznymi elementami systemu przemysłowego, są podobnie niezbędne wspólnocie ludzkiej, jak brud domowi bogacza. Gdyby jakikolwiek zamożny człowiek zgodził się, żeby w jego salonie zalegała gruba warstwa popiołu, a w każdym kącie jadalni stał wychodek, gdyby codziennie usypywał w swym niegdyś pięknym ogrodzie sterty gruzu i odpadków, nigdy nie prał pościeli i nie zmieniał obrusów, i kazał swojej rodzinie spać w piątkę w jednym łóżku, z pewnością szybko stanąłby przed obliczem komisji de lunatico. Ale takie akty pożałowania godnej głupoty społeczeństwo nasze popełnia codziennie, tłumacząc się przy tym „koniecznością” – wszak to czyste szaleństwo! Apeluję, by komisja do spraw chorób umysłowych zajęła się cywilizacją – nie ma chwili do stracenia!

Bo wszystkie nasze zatłoczone miasta i okropne fabryki to proste konsekwencje gospodarki nastawionej na zysk. Logika kapitalistycznego przemysłu, rolnictwa i handlu wymusza na ludziach migrację do miast, by łatwiej dało się manipulować nimi w interesie kapitału; ta sama tyrania ścieśnia wnętrza fabryk tak bardzo, że (na przykład) wielki zakład włókienniczy to widowisko tyleż straszne, co groteskowe. Nie cała produkcja póki co odbywa się w fabrykach; a w wielu przypadkach, w których tak jest, nie ma do tego żadnego powodu, poza tyranią zysków. Zaangażowani w wytwórstwo nie muszą wcale tłoczyć się jak w chlewie w jednym pomieszczeniu i miejskiej ciasnocie. Nie ma żadnej przyczyny, dla której nie mogliby oddawać się swemu zajęciu w zaciszu wiejskiego domostwa, w college’ach przemysłowych, w małych miasteczkach, słowem: tam, gdzie żyłoby im się najszczęśliwiej.

Jeśli zaś chodzi o tę część produkcji, którą faktycznie należy koncentrować, to system fabryczny, przy bardziej rozumnych urządzeniach społecznych (choć według mnie nawet i w tych warunkach miałby wiele wad), pozwalałby przynajmniej prowadzić sensowne i dynamiczne życie towarzyskie, pełne różnorodnych przyjemności. Fabryki mogą stanowić również centra aktywności intelektualnej, a pracę w nich można znacząco urozmaicać: obsługa maszyn powinna zajmować ledwie niewielką część dnia robotnika. Inne zajęcia mogą obejmować tak zbieranie prowiantu z pobliskich lasów, jak i studiowanie sztuki i nauki. W naturalny sposób ludzie tak pracujący, jako panowie własnego życia, nigdy nie pozwoliliby, aby pośpiech czy brak przewidywania skazały ich na znoszenie codziennie brudu, nieporządku i ścisku. Umiejętnie zastosowane zdobycze nauki pozwoliłyby nam poradzić sobie z produkcją odpadów, zminimalizować, jeśli nie całkowicie zlikwidować, zagrożenia niesione przez różne produkty uboczne skomplikowanej maszynerii przemysłowej, takie jak dym, smród i hałas, i nigdy nie zgodzilibyśmy się na to, aby budynki, w których mieszkamy czy pracujemy były szkaradnymi klocami, szpecącymi oblicze ziemi. Zacząwszy od uczynienia swych fabryk, pomieszczeń użytkowych i hal równie wygodnymi, jak ich domy, bez wątpienia poszliby dalej, nie zadowalając się jedynie elementem negatywnym, że przestałyby one razić oko, ale dążąc do tego, by stały się autentycznie piękne, tak, że chwalebna sztuka architektury, dawno już temu zamordowana przez kapitalistyczną chciwość, zaczęłaby kwitnąć na nowo.

Tak też właśnie twierdzę, że w sprawiedliwie zorganizowanym społeczeństwie praca stałaby się atrakcyjna dzięki świadomości tego, że i jak jest użyteczna, dzięki temu, że byłaby intelektualnie interesująca, różnorodna, a także dlatego, iż wykonywałoby się ją w przyjemnym otoczeniu. Powiedziałem jednak również, że nie powinna być ona przesadnie długa i przez to wyczerpująca. Zapyta ktoś: „Jak pogodzić ten postulat z poprzednimi? Jeśli praca stanie się tak skomplikowana, czy nie zaowocuje to gwałtownym wzrostem cen wszystkich dóbr?”.

Otóż przyznaję, jak już zresztą uczyniłem, że podobna reforma będzie wymagała pewnych ofiar. To znaczy: gdybyśmy mogli jeszcze pracować w prawdziwie wolnej wspólnocie w sposób równie pośpieszny, nieuporządkowany, brudny i pozbawiony serca, jak obecnie, moglibyśmy skrócić dzień roboczy znacznie bardziej niż spodziewam się, że zdołamy, biorąc pod uwagę wszystkie rodzaje pracy. Gdybyśmy jednak tak zrobili, oznaczałoby to, że w warunkach naszej świeżo zdobytej wolności pozostalibyśmy tak samo bierni i nędzni (choć może już nie aż tak niespokojni), jak obecnie, co uważam za po prostu niemożliwe. Przeciwnie: raczej z chęcią zdobędziemy się na poświęcenia konieczne dla podniesienia naszego życia do poziomu uznanego za odpowiedni przez całą społeczność. I więcej nawet: bo sama osobista duma przynaglać nas będzie, byśmy tym bardziej ograniczali nasz czas wolny na rzecz tego wzniosłego zadania. Indywidualnie lub w grupach, w wolności, z miłości pracy i jej owoców, wynikającej z nadziei na radość czynu i ze świadomości, że wysiłek ich służyć będzie dobru wszystkich, ludzie dobrowolnie tworzyliby wszystkie owe ornamenty życia, które obecnie tworzą (lub udają, że tworzą) za, powiedzmy to sobie wprost, łapówki, dla wąskiej grupy wybranych. Eksperymentalny projekt wspólnoty cywilizowanej żyjącej zupełnie bez sztuki czy literatury nie został póki co jeszcze wypróbowany w praktyce. Być może degeneracja i zepsucie przeszłej cywilizacji wymusi podobną kulturalną ascezę na społeczności, jaka powstanie z jej popiołów. Jeśli tak być musi, wytrzymamy ów przejściowy etap utylitaryzmu w nadziei, że kładziemy fundament dla sztuki przyszłości. Jeśli ulice naszych miast przestaną roić się od kalek i nędzarzy, jeśli ziemia zacznie żywić wszystkich bez wyjątku, jeśli wszystkim bez wyjątku świecić będzie słońce, jeśli pewnego dnia przed wszystkimi odsłonić zdołamy istotę dramatu naszej małej planety: jej dnia i jej nocy, jej lata i jej zimy; istotę piękną, spektakl godny poznania i miłości – cóż, możemy poczekać chwilę, aż zrzucimy z siebie ostatki starego zepsucia, i sztuka narodzi się na nowo w ludzie wyzwolonym nareszcie od strachu niewolników i wstydu złodziei.

Tymczasem, nie da się ukryć, za podniesienie, racjonalizację i organizację pracy trzeba będzie zapłacić – ale nie zmuszając ludzi do spędzania na niej długich godzin. Nasza epoka wynalazła maszyny, o których nawet nie śniły poprzednie pokolenia, póki co jednak wynalazki owe nie przydały się na nic.

Mówi się o nich, że pozwalają „zaoszczędzić czas i siły” – popularna fraza, dobrze oddająca, czego od nich oczekujemy, nie to jednak otrzymujemy. Umaszynowienie produkcji przynosi nam tyle: pracownicy wykwalifikowani zaczynają pracować jako niewykwalifikowani, powiększa się tak zwana „rezerwa robotników”, czyli, po prostu, nędza życia tej klasy – a także intensywność pracy tych, którzy owe maszyny obsługują, niczym niewolnicy swych panów. Wszystko to powoduje produkcja maszynowa niejako przy okazji, bo przede wszystkim naraz generuje ona gigantyczne zyski dla pracodawców i zmusza ich do marnowania ich na bezsensownej wojnie handlowej wszystkich ze wszystkimi. W prawdziwym społeczeństwie te cuda ludzkiej inwencji pierwszy raz zostałyby wykorzystane celem minimalizacji czasu spędzanego na nieatrakcyjnej pracy, która to, dzięki stwarzanym przez nie możliwościom, mogłaby stać się ledwie niewielkim obciążeniem dla jednostki. Szczególnie, że prawdopodobnie one same uległyby zasadniczym udoskonaleniom, gdyby w końcu postęp technologiczny przestał być oceniany z pozycji, czy się „opłaca”, ale raczej czy służy społeczności.

Tyle na temat zwyczajnych sposobów korzystania z maszynerii, które to zresztą prawdopodobnie po pewnym czasie zostanie znacznie ograniczone, gdy już wszyscy posmakują życia bez niepokoju o jutro i zaczną czerpać prawdziwą przyjemność, intelektualną i fizyczną, z pracy ręcznej, która to, jako angażująca wolę i rozum człowieka, jest znacznie bardziej atrakcyjna, niż praca maszynowa.

Kolejno, gdyby ludzie wolni od strachu przed głodem – i od jakiejkolwiek presji innej niż ta, którą odczuwa człowiek ze względu na konieczność zaspokajania swych naturalnych potrzeb – uświadomili sobie nareszcie własne autentyczne dążenia, na pewno nie zgodziliby się wytwarzać tych bezsensownych zabawek, jakie nazywa się dzisiaj „towarami luksusowymi”, ani owych trucizn i śmieci, mianowanych „tanimi substytutami”. Nikt nie wytwarzałby pluszowych bryczesów, gdyby zabrakło lokajów noszących je, i nikt nie marnowałby dnia na produkcję margaryny, gdyby nikt nie musiał rezygnować z prawdziwego masła. Prawa przeciw podrabianiu i obniżaniu jakości towarów potrzebne są wyłącznie w społeczeństwie złodziei – i natychmiast stają się one w nim martwą literą.

Socjaliści często pytają, jak praca trudniejsza i bardziej odpychająca mogłaby być wykonywana w nowych warunkach. Próbować odpowiedzieć na to pytanie w pełni i autorytatywnie, to dążyć do niemożliwego, to usiłować sporządzić obraz nowego społeczeństwa ze starego materiału, zanim będziemy wiedzieć, jakie elementy obecnego stanu rzeczy trzeba będzie wyrzucić, a jakie zachować podczas ewolucji, która doprowadzi nas do owej wielkiej zmiany. Nietrudno wyobrazić sobie rozwiązania, dzięki którym ci, którzy pracują najciężej, pracowaliby także najkrócej. I znów to, co powiedziało się wcześniej na temat różnorodności zajęć, nabiera tutaj szczególnego znaczenia. Powtórzę: życie człowieka polegające na wykonywaniu wciąż jednej, tej samej, obrzydliwej dla niego czynności, to, istotnie, dobry symbol piekła, jakie istnieje w wyobraźni teologów, ale rzecz nie do pomyślenia w jakimkolwiek normalnym społeczeństwie. Na koniec, gdyby ów cięższy rodzaj pracy był szczególnie potrzebny, mogliby wykonywać go ochotnicy, których na pewno by nie zbrakło – chyba że ludzie wolni straciliby męskość, jaką mieli w czasach niewoli.

Gdyby wszakże istniała taka praca, której nie dałoby się uczynić ani trochę znośną, czy to ze względu na jej krótki czas, czy to przerwy i urozmaicenia, czy specjalne i wyjątkowe poczucie celu i użyteczności (a zatem honoru) rozjaśniające myśli człowieka wykonującego ją w wolności – jeśli, słowem, znajdzie się praca, która będzie dla robotnika niczym, jak tylko udręką, co wtedy? Wtedy – cóż, poczekajmy i przekonajmy się, czy niebo runie na nasze głowy, jeśli po prostu jej nie wykonamy, bo i lepiej byłoby, gdyby tak się stało. Owoce takiej pracy nie mogą być warte ceny, jaką trzeba za nie zapłacić.

Mogliśmy się już przekonać, że ów pół-teologiczny dogmat, jakoby każda praca, w każdych warunkach, była błogosławieństwem dla pracującego, to fałsz i obłuda; i że, z drugiej strony, praca jest dobra tylko wtedy, jeśli towarzyszy jej zasadna nadzieja na przyjemność i odpoczynek. Przyjrzeliśmy się z tego punktu widzenia pracy współczesnej i zrozumieliśmy, że jest dalece niedoskonała, bo zazwyczaj kompletnie owej nadziei pozbawiona, a zatem – że cywilizacja ściągnęła na człowieka ciężar i klątwę. Dowiedliśmy jednak również, że ludzkość może wykonywać swą pracę z nadzieją i przyjemnością, jeśli tylko nie będzie się ona marnować pod ciężarem głupoty i tyranii, na wiecznej wojnie wrogich sobie klas.

Pokój zatem jest tym, czego potrzebujemy, aby móc czerpać nadzieję i przyjemność z naszej pracy i życia. Pokój, którego, jeśli możemy ufać temu, co ludzie na ten temat mówią, wszyscy tak bardzo pragną, ale który wszyscy i tak systematycznie i wytrwale odrzucają w praktyce. Dlatego też przylgnijmy sercem do tej sprawy – i wprowadzajmy pokój za wszelką cenę!

Jaką cenę przyjdzie nam zapłacić – któż to wie? Czy uda się wprowadzić pokój środkami pokojowymi? Niestety – jak moglibyśmy na to liczyć? Otaczają nas zewsząd występek i głupota – to jasne zatem, że zawsze musimy w ten lub inny sposób walczyć przeciw nim, a oczy nasze mogą nigdy nie ujrzeć końca tych zmagań, a może nawet jakiejś bardziej konkretnej nadziei na ich koniec. Może być i tak, że jedyna nadzieja, jaka nam została, to patrzeć, jak konflikt ten staje się coraz bardziej brutalny i bardziej zacięty, aż eksploduje – i przejdzie przez świat falą rzezi i mordu, falą wojny niosącej ludziom szybką śmierć, zamiast tego powolnego i bardziej okrutnego umierania, na jakie skazuje ich „pokojowa” praktyka handlu. Jeśli dożyjemy tego czasu, będzie to bardzo dużo; oznaczać to będzie bowiem, że klasy bogate zdały sobie sprawę ze swych występków i złodziejstwa – zacząwszy bronić ich pospolitą, bezprawną przemocą; tak też wiedzieć będziemy, że zbliża się koniec.

W każdym jednak wypadku, i niezależnie od tego, jaką formę przyjmą nasze zmagania o pokój, jeśli tylko będziemy dążyć do niego wytrwale, ożywiani jednym sercem i jednym duchem, mając nasz cel stale przed oczami, przebłyski owego pokoju przyszłości już teraz padną promieniami na nasze życie i rozproszą część jego ciemności, rozjaśnią trud i kłopoty, jakie nas trapią – tak te pozornie błahe, jak i w oczywisty sposób tragiczne, i zaczniemy nareszcie, w nadziei przynajmniej, wieść życie godne człowieka. Nie ma dla nas, współczesnych, nagrody większej niż ta.

Tłum. Maciej Sobiech (vel Wąs)

Powyższy tekst to zapis wykładu wygłoszonego na spotkaniu Hampsted Liberal Club w Londynie w roku 1884, a następnie opublikowanego w postaci broszury.

William Morris (1834–1896) – angielski malarz, rysownik, pisarz, poeta, architekt, projektant, tłumacz. Działacz socjalistyczny i korporacjonistyczny. Spiritus movens odrodzenia zainteresowania w Anglii wiekami średnimi. Jego myśl stała się główną inspiracją dla wpływowego Ruchu Sztuk i Rzemiosł (Arts and Crafts Movement), dążącego do odrodzenia rękodzieła. Przeciwnik industrializmu i urbanizacji. Pod koniec życia, wraz z przyjęciem przez większość socjalistyczną poglądów etatystycznych (tzw. socjalizm państwowy), jego relacje – jako anty-etatysty – z ruchem socjalistycznym stały się bardziej napięte. W Polsce znany głównie z napisanej w roku 1890 powieści „Wieści znikąd”.

komentarzy