Kara musi być

Kara musi być

1,5 mld zł to bilans kar nałożonych przez UOKiK w 2020 r. na przedsiębiorców. Razem z karą dla Nord Stream 2 to ponad 30 mld zł. To był rekordowy rok.

Jak mówi prezes Urzędu Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny w wywiadzie dla wnp.pl, miniony rok był pod wieloma względami szczególny. W związku z pandemią COVID-19 na rynku pojawiły się m.in. fałszywe produkty czy usługi medyczne, które w rzeczywistości nie mogły być realizowane, a którymi nieuczciwi przedsiębiorcy próbowali zwabiać konsumentów. Wystąpiły też inne „praktyki niedozwolone”, w tym m.in. alternatywne inwestycje finansowe, a także cybernadużycia o charakterze transgranicznym. Dlatego UOKiK częściej niż dotychczas podejmował działania chroniące konsumentów i uczciwych przedsiębiorców, a także wolną konkurencję, ale też włączał się w proces pomocy publicznej kierowanej do przedsiębiorców.

Jeżeli pominiemy to najgłośniejsze, związane z Nord Stream 2, to i tak będziemy mieli postępowanie dotyczące Veolii i PGNiG Termika funkcjonujących na rynku warszawskim, a także kwestie naruszania czy wprowadzania konsumentów w błąd przez banki (np. przez postanowienia aneksowe, spreadowe), czy jeżeli chodzi o zakończenie postępowań dotyczących GetBecku, czy decyzje dotyczące Biedronki, gdzie też mieliśmy z jednej strony wprowadzenie konsumentów w błąd, manipulowanie, ale też działanie na szkodę dostawców – wylicza prezes Chróstny.

Prawie trzykrotnie wzrosła liczba spraw podejmowanych przez UOKiK, ale przede wszystkim kwoty kar. Dla porównania: według ostatniego dostępnego sprawozdania z działalności UOKiK prezes w 2019 r. nałożył prawie 425 mln zł w karach. To kropla w morzu w porównaniu z 30 mld z 2020 r.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Transformacja to tak naprawdę likwidacja?

Transformacja to tak naprawdę likwidacja?

Coraz więcej przesłanek wskazuje na to, że „sprawiedliwa transformacja” sektora górniczo-energetycznego będzie zwykłym procesem likwidacji poszczególnych kopalń. Związkowcy obawiają się, że setki tysięcy pracowników sektora mogą stracić zatrudnienie.

Według słów Arkadiusza Siekańca, wiceprzewodniczącego Związku Zawodowego Górników w Polsce (ZZGwP) opublikowanych przez portal wnp.pl, na tym etapie rozmów o przekształceniach w górnictwie nie można wykluczyć drastycznych skutków w postaci upadłości firm okołogórniczych i wysłaniu tysięcy górników na bezrobocie.

Mimo prób rozszerzenia działań osłonowych, rząd nie przedstawił dotychczas kompleksowych rozwiązań tej kwestii. Nadal brak konkretnych propozycji co do tego, jak odbędzie się zastępowanie miejsc pracy w sektorze górniczym i okołogórniczym pracą w innych branżach. Tajemnicą owiane są  plany na umiejscowienie w regionach górniczych (głównie na Śląsku) innych branż przemysłowych, nie ma woli na wsparcie pracodawców, którzy muszą się przebranżowić, ani dla tych, którzy zatrudnią byłych pracowników szeroko pojętego górnictwa i energetyki – zaznacza Arkadiusz Siekaniec. Wskazuje, ze pracownicy kopalń z niepewnością czekają na ostateczne wyniki rozmów prowadzonych na linii związki zawodowe -rząd.

Pracownicy zatrudnieni pod ziemią i pracownicy przeróbki mechanicznej węgla czekają na urlopy górnicze. Nie wiadomo, jakie zasady będą dotyczyć otrzymania jednorazowej odprawy. Kiedy? Ile? Czy i gdzie dorobię do emerytury? – to najczęściej padające pytania zdezorientowanych pracowników – mówi Siekaniec. Choć wiadomo, że osłony i wsparcie mają być kierowane do pracowników likwidowanych kopalń, to nadal nikt nie zna szczegółów. Jeszcze gorzej zdaniem Siekańca sprawa wygląda dla ogromnej rzeszy pracowników powierzchni oraz tysięcy osób pracujących w firmach okołogórniczych, którym rząd nie zaproponował dotychczas rozwiązań pozwalających znaleźć inne zatrudnienie lub godnie zakończyć aktywność zawodową.

Nie mówmy zatem o sprawiedliwej transformacji, bowiem czekać nas może likwidacja miejsc pracy oraz zapaść gospodarcza i społeczna na Śląsku – dodaje Siekaniec.

Wielkie sieci zapłacą

Wielkie sieci zapłacą

Styczeń był pierwszym miesiącem obowiązywania nowego podatku handlowego. Wiadomo już, że znaczne kwoty zapłacą Biedronka i Lidl. Podatku nie zapłaci za to Żabka.

Jak informują Wiadomości Handlowe, nowy podatek ma dwa progi. Pierwszy próg liczony jest od wartości sprzedaży powyżej 17 mln zł (0,8 proc. przychodów powyżej 17 mln zł), a drugi od 170 mln zł (1,4 proc. od wartości przychodu powyżej 170 mln zł). Sieć Biedronka przekracza pierwszy próg już pierwszego dnia sprzedaży.

Podatek handlowy zapłacą nie tylko zagraniczne koncerny, takie jak Jeronimo Martins (Biedronka), Lidl, Auchan, Carrefour, ale też niektóre regionalne, polskie sieci handlowe. Najwięcej odprowadzą jednak właśnie Biedronka i Lidl. Jeronimo Martins Polska ma największy udział w spożywczym rynku detalicznym w Polsce. Z wyliczeń portalu wiadomoscihandlowe.pl wynika, że sieć Biedronka za sam tylko za styczeń 2021 roku może zapłacić około 70 mln zł. Sklepy Biedronka sprzedały w ubiegłym roku towary za około 62 mld zł. Jeśli założymy, że obroty Biedronki nie spadły na początku 2021 roku, to działająca w naszym kraju spółka Jeronimo Martins Polska wpadła w podatek handlowy już pierwszego dnia sprzedaży w miesiącu. Co więcej, sklepy Biedronki od razu przekraczają przychód 170 mln zł, czyli wpadają w drugi próg podatkowy, tym samym sieć będzie zmuszona do płacenia wyższej stawki (1,4 proc.).

Lidli jest w Polsce znacznie mniej niż Biedronek – niemiecki dyskont ma w naszym kraju około 760 sklepów, a Portugalczycy około 3115, ale Lidle są większe, ponadto Lidl generuje w polskim detalu spożywczym największy przychód z metra kwadratowego. Dziennie sprzedaje towary za około 77 mln zł, a przeciętny sklep Lidla osiąga obrót w wysokości 2,6 mln zł miesięcznie. Lidl wpadnie w drugi próg nowego podatku już trzeciego dnia sprzedaży.

Gdyby spółka Żabka Polska sama prowadziła swoje sklepy, zapłaciłaby około 10 mln zł w samym styczniu, a ponad 120 mln zł w całym roku. Ale sieć jest franczyzodawcą, a tym samym hurtownikiem. Paragony sprzedaży wystawiane są w Żabce przez poszczególnych franczyzobiorców, których Żabka Polska ma około 5 tys. dla niemal 7 tys. sklepów. Przy takim rozproszeniu sieci franczyzowej, przedsiębiorcy prowadzący Żabki nie zapłacą podatku handlowego.

Za sam styczeń 2021 r. Sieci handlowe zapłacą fiskusowi z tego tytułu łącznie około 120 mln zł – tak szacuje Ministerstwo Finansów.

 

Polak nie ma możliwości pracy z domu

Polak nie ma możliwości pracy z domu

Ośmiu na dziecięciu polskich pracowników nie może pracować zdalnie. Przeszkodą jest głównie charakter wykonywanej pracy.

Jak informuje portal money.pl, praca zdalna stała się „modniejsza” podczas pandemii COVID-19. Choć więcej się o niej dyskutowało, wcale nie oznacza to, że pracuje tak wysoki odsetek zatrudnionych. Np. we wrześniu 2020 r. z domu pracowało tylko 6 proc. pracowników.

Chęć wykonywania pracy zdalnej przez pracowników jest jednak wysoka. Taką formę zatrudnienia preferuje aż 45 proc. pracowników, zaś 75 proc. zatrudnionych twierdzi, że w ich firmach patrzy się teraz przychylniej na pracę zdalną. Wskazują na to badania przeprowadzone przez Grafton Recruitment oraz CBRE.

Przejście na pracę zdalną w wielu przedsiębiorstwach nie jest jednak prostą sprawą. Wiąże się ono z przyspieszoną transformacją cyfrową, na którą wiele firm nie jest gotowych.

Sama automatyzacja (np. przyuczenie botów do powtarzalnych czynności) jednak nie wystarczy. Pracodawcom i pracownikom potrzebne są również jasne przepisy prawa, których obecnie brakuje. Już do jesieni 2020 r. trwają dyskusje, w jaki sposób pracę zdalną uregulować.

Pracodawcy wnioskują o zrezygnowanie z obowiązku określania konkretnego miejsca wykonywania pracy w przypadku pracy zdalnej. Jak pokazuje praktyka, duża część pracowników pracujących zdalnie wykonuje swoje obowiązki z różnych miejsc. Nie ma więc potrzeby ustawowego ograniczania miejsca pracy do jednego adresu. Niestety pracodawcy wpadli także na szkodliwy pomysł – postulują ograniczenie w nowym prawie ich odpowiedzialności w obszarze bezpieczeństwa i higieny pracy.