Szczepienia w pracy dla wszystkich?

Szczepienia w pracy dla wszystkich?

W miejscu pracy mają być szczepieni nie tylko pracownicy etatowi, ale także zleceniobiorcy, samozatrudnieni, podwykonawcy. Nie będą obowiązywać limity wieku. Taki program może ruszyć w połowie maja.

Jak informuje portal biznes.interia.pl, podawanie szczepionek w zakładach może ruszyć od połowy maja. Firmy będą musiały zebrać co najmniej 500 chętnych, ale mogą zgłaszać też zatrudnionych z sąsiednich przedsiębiorstw (jeśli się porozumieją).  Takie łączenie ma ułatwić logistycznie cały proces i zapewnić możliwość zgłoszeń także tym podmiotom, które miałyby problem z samodzielnym zebraniem większej grupy chętnych do przyjęcia preparatów.

Preparat mogą otrzymać nie tylko zatrudnieni (bez względu na rodzaj umowy), ale też współpracownicy związani z działalnością przedsiębiorstwa. Nie jest jeszcze przesądzone, czy możliwe będzie zgłaszanie i zaszczepienie członków rodzin pracowników.

W praktyce oznacza to, że do szczepienia w zakładzie będzie można się zgłaszać bez względu na wiek (nie będą tu obowiązywać zasady z powszechnego systemu, czyli dopuszczania według rocznika) i bez względu na rodzaj umowy/współpracy z firmą, która przeprowadzi cały proces (nie będzie wymogu formalnego zatrudnienia w tej konkretnej jednostce, spółce, osobie prawnej, która wystąpi o szczepionki).

Pracodawca, który chciałby uruchomić punkt szczepień, będzie musiał zawrzeć umowę z podmiotem medycznym uprawnionym do prowadzenia takiej działalności. Strona rządowa doprecyzowała, że może być to firma medyczna, ale też np. ratownik medyczny, bo pojedyncza osoba, która ma odpowiednie uprawnienia, będzie miała dostęp do systemu dotyczącego szczepień. Firmy będą zajmować się wyłącznie logistyką i dostępem pracowników.

 

 

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Coraz mniej medyków w Europie

Coraz mniej medyków w Europie

Do 2030 r. w Europie może brakować ponad 4 mln pracowników medycznych. Już dziś w Polsce te braki wynoszą nawet 50 tys. lekarzy.

Według informacji portalu pulshr.pl, w całej Europie rośnie rozbieżność pomiędzy zapotrzebowaniem na opiekę zdrowotną a dostępnością personelu i innych zasobów .

Firma doradcza Deloitte opublikowała wyniki raportu „Digital transformation: Shaping the future of European healthcare”, w którym analizuje przyszłość branży medycznej. W 2019 r. w Europie żyło ponad 200 mln osób w wieku 65 lat i więcej. Wraz z wydłużeniem się trwania życia Europejczyków wydłuża się też okres, w którym doświadczają problemów zdrowotnych i wymagają intensywniejszej opieki medycznej. Dzieje się to po osiągnięciu mniej więcej 64. roku życia i trwa średnio przez kolejnych 17 lat. Ponad 50 mln ludzi w UE cierpi na więcej niż jedną przewlekłą chorobę.

Według szacunków ekspertów Deloitte większość europejskich państw doświadcza spadku liczby łóżek szpitalnych w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Dodatkowo około jedna trzecia pracowników systemu ochrony zdrowia rozważa rezygnację i odejście z pracy, a już teraz 19 krajów boryka się z problemem niedostatków siły roboczej w swoich systemach opieki zdrowotnej. Jak wynika z raportu, do 2030 r. zabraknie nawet 4,1 mln specjalistów z zakresu medycyny w Europie.

Polska od lat znajduje się na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby lekarzy w stosunku do liczby ludności. Jak wynika z najnowszych danych OECD („Healthcare personnel statistics – physicians”), na 1 tys. mieszkańców przypada u nas statystycznie 2,4 lekarza. Dla porównania średnia unijna to 3,8 proc., w Niemczech – 4,3 lekarza, w Grecji – 6,1.

Problemem jest także luka kadrowa wśród pielęgniarek. Od lat mówi się o niedoborach w tym zawodzie, jednak z danych GUS wynika, że niemal 30 tys. pielęgniarek i położnych w wieku przedemerytalnym nie jest nigdzie zatrudnionych. Również dane OECD nie napawają optymizmem. Pokazują, że w Polsce na 1 tys. mieszkańców przypada nieco ponad 5 pielęgniarek. Średnia unijna to 8,2, w Niemczech ten wskaźnik to 13,2 pielęgniarek, w Finlandii – 14,2.

Dajmy drzewom rosnąć

Dajmy drzewom rosnąć

Praca drzew w Warszawie warta jest przynajmniej 170 mln zł rocznie, jak ocenia zespół badaczy z SGGW. Po co zatem je wycinać?

Jak informuje Portal Samorządowy, w stolicy Polski rośnie ok. 9 mln drzew. Wedle informacji stołecznego ratusza, w ubiegłym roku zasadzono ponad 210 tysięcy nowych. Ich obecność poprawia jakość powietrza i przyczynia się do retencji wody.

Oczyszczanie powietrza z dwutlenku azotu, dwutlenku siarki, pyłów zawieszonych, a także magazynowanie dwutlenku węgla i produkcja tlenu – to tylko niektóre z korzyści, jakie przynosi miastu i jego mieszkańcom obecność drzew (do tego można dodać jeszcze redukcję miejskich wysp ciepła i wkład w retencję wody). Im więcej drzew, tym więcej korzyści.

Na złotówki ich obecność spróbował przeliczyć zespół badawczy SGGW, wykorzystując w tym celu specjalistyczne oprogramowanie i szczegółowe pomiary wskaźników biofizycznych. Analiza powstała we współpracy ze stołecznymi urzędnikami samorządowymi. I choć dokładna wycena „pracy” drzew w mieście nie jest możliwa, to orientacyjne szacunki mówią o co najmniej 170 mln zł rocznie.

Tylko 1300 przebadanych drzew na warszawskiej Woli w ciągu jednego roku przyczynia się do oczyszczenia powietrza z ok. 440 kg szkodliwych substancji, produkując ponad 50 ton tlenu i pochłaniając oraz magazynując 20 ton dwutlenku węgla z powietrza. Bilans jednej topoli białej w średnim wieku, która rośnie na jednym z wolskich osiedli, to 190 kilogramów produkowanego niemal każdego roku tlenu.

Polityka wycinki jest zatem antyzdrowotna i antyludzka.

Fotowoltaika zwyżkuje

Fotowoltaika zwyżkuje

Pod koniec 2021 r. moc wszystkich zainstalowanych źródeł fotowoltaicznych może wynieść 6,1 GW, a w 2025 r. sięgnąć nawet 15 GW.

Jak pisze portal wnp.pl, według Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO) w najbliższych latach rynek fotowoltaiczny w Polsce utrzyma dynamikę rozwoju. W 2023 r. rynek prosumenckich instalacji PV zrówna się pod względem całkowitej zainstalowanej mocy  z rynkiem farm słonecznych.

IEO wskazał, że pewne symptomy spowolnienia spektakularnego boomu PV pojawiły się jednocześnie ze szczytem drugiej fali pandemii i z wyczerpaniem środków z programu „Mój prąd”. Zarazem zaznacza, że mniejsza aktywność na rynku prosumenckim kompensowana jest przez realizację inwestycji w wielkoskalowe farmy słoneczne. W bieżącym roku wyraźnie wzrośnie rola prosumentów biznesowych, których przyrost mocy PV  IEO prognozuje na co najmniej 200 MW.