Pracownicy transportu strajkują

Pracownicy transportu strajkują

W piątek w Europie miały miejsce dwa strajki pracowników służb transportowych i komunikacyjnych. Większość portugalskich pociągów nie wyjechała na swoje trasy, a pracownicy naziemni francuskiego lotniska Charles de Gaulle starli się z policją na jego terenie.

Obie grupy pracowników walczą o podwyżki i poprawę warunków pracy. Jak informuje portal pulshr.pl, do piątkowego popołudnia zawieszono niemal wszystkie połączenia na trasach regionalnych i dalekobieżnych w Portugalii. Według informacji organizatorów protestu głównym powodem strajku jest żądanie poprawy warunków pracy, a także kilkuprocentowych podwyżek pensji pracowników spółki IP. Pełnego przywrócenia ruchu na trasach kolejowych należy się spodziewać dopiero w sobotę.

Pracownicy naziemni lotniska Charles de Gaulle w piątek zablokowali jeden z terminali i starli się z policją, powodując opóźnienia lotów i chaos w porcie lotniczym w drugim dniu strajku przeciwko obniżkom płac. Policja użyła gazu pieprzowego, aby rozproszyć protestujących na terminalu 2E, używanym głównie do podróży międzynarodowych. Część pasażerów również ucierpiała. Kilkuset protestujących związkowców z trzech centrali związkowych zablokowało strefę kontroli paszportowej terminalu.

Związki zapowiedziały strajk do 5 lipca, w tym w pierwszy weekend wyjazdów Francuzów na wakacje. Protesty związkowców odbywają się również na lotnisku Orly pod Paryżem. Do strajku związkowców portów lotniczych dołączyły również związki narodowego przewoźnika kolejowego SNCF, co spowodowało opóźnienia na trasach wielu pociągów.
Powodem strajku pracowników lotnisk jest znaczne obniżenie płac pod pretekstem koronawirusa.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pracodawcy lekceważą chorych pracowników

Pracodawcy lekceważą chorych pracowników

Covid trwa tylko kilka tygodni, ale powikłania po nim znacznie dłużej. Pracodawców to jednak nie interesuje. Ponad 20 proc. pracowników groziła utrata pracy, jeśli ich samopoczucie nie ulegnie poprawie. 12 proc. nigdy nie podjęło w miejscu pracy problemu swojego zachorowania.

Jak informuje portal pulshr.pl, badanie „Powrót do pracy ozdrowieńców po COVID-19 i stosunek pracodawców do zgłaszanych przez nich powikłań”, przeprowadzone przy współpracy Instytutu LB Medical i Agencji Badawczej SW Researchonad, wykazało, że 24 proc. pracowników stwierdziło, że pracodawca na wiadomość o koronawirusie zaproponował im pakiet dodatkowych badań lekarskich, a blisko 20 proc. miało skrócony czas pracy. Jednak niepokojący jest fakt, że ponad 20 proc. groziła utrata pracy, jeśli ich samopoczucie nie ulegnie poprawie.

Statystyki mówiące o tym, że jedna piąta ankietowanych wskazała na zagrożenie utratą, pracy, są zatrważające. Wskazują nie tylko na brak zaufania pomiędzy pracownikami a pracodawcami, ale również usprawiedliwiają tę przepaść. Pracownicy nie mając odpowiedniego wsparcia u pracodawcy zmuszeni stawić czoło kolejnym ogromnym problemom. Pierwszym z nich jest oczywiście stan zdrowia, drugim – ryzyko utraty pracy wywołujące stres, który z kolei pogłębia problemy zdrowotne mówi Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) – Stawianie pracownika w sytuacji, w której „albo wyzdrowieje, albo straci pracę” wpływa negatywnie nie tylko na samego pracownika, ale także na morale współpracowników, a co za tym idzie, również na samego pracodawcę i jego firmę.

Z badania wynika, że aż 30,4 proc. Polaków z powodu choroby przerwało pracę na okres 7-14 dni. Niewiele mniejszy odsetek, bo 26,2 proc. osób pracujących zostało wykluczonych zawodowo na 15-21 dni. Aż 17 proc. z nich musiało zawiesić pracę na ponad 21 dni, a jedynie 4 proc. w ogóle nie skorzystało z przerwy w życiu zawodowym.

Choroby wywołane koronawirusem zostawiają po sobie liczne ślady. 63,4 proc. badanych deklaruje osłabienie, a blisko połowa brak energii. Z kolei 29,8 proc. ankietowanych wymienia problemy z koncentracją zaś problemy z pamięcią dotyczą 24,8 proc. 30 proc. ozdrowieńców potwierdziło mniejszą wydajność w pracy, brak chęci do działania (20,5 proc.), obniżenie nastroju (20,5 proc.) oraz stany lękowe (12,6 proc.).
Koronawirus atakujący układ nerwowy wywołuje różne objawy neurologiczne w zależności od fazy infekcji. Mogą to być bóle głowy, nudności, wymioty, a nawet zaburzenia świadomości. Z badań Mental Health Fundation wynika, że 1/3 pracowników zmaga się ze spadkiem motywacji podczas pracy zdalnej. 1 na 6 pracowników potrzebuje wsparcia psychicznego w trakcie pandemii, a 70 proc. z nich odczuwa lęk i ma problemy z koncentracją ze względu na pandemię.

Koniec chowu klatkowego w Unii za kilka lat

Koniec chowu klatkowego w Unii za kilka lat

Kilka miesięcy temu Parlament Europejski wezwał Komisję Europejską do delegalizacji klatek dla zwierząt hodowlanych w całej Unii Europejskiej do 2027 r. Ta data będzie oznaczać koniec chowu klatkowego w UE.

Jak informuje portal Onet, ponad 300 milionów zwierząt hodowlanych w UE nadal spędza całe swoje życie lub jego część w klatkach, kojcach lub zagrodach. Powoduje to ogromne cierpienie. Zwierzęta nie mogą wyrażać w nich swoich podstawowych, naturalnych zachowań, w klatkach nie mogą się często nawet obrócić czy rozpostrzeć skrzydeł. Komisja ogłosiła, że do końca 2023 r. zamierza przedstawić wniosek ustawodawczy mający na celu wycofanie i ostateczny zakaz stosowania klatek.

Komisja zobowiązała się do wycofania klatek w hodowli zwierząt w całej UE. KE planuje wprowadzić zakaz stosowania klatek dla kur, matek świń, cieląt, królików, kaczek, gęsi i innych zwierząt hodowlanych, przewidując datę ich wycofania na rok 2027. Inicjatywa została podpisana przez 1,4 mln obywatelek i obywateli we wszystkich państwach członkowskich UE. Jest to pierwsza tego typu udana inicjatywa na rzecz zwierząt hodowlanych. Rezolucja została przyjęta przytłaczającą większością głosów.

Europa bez zamorskich frykasów?

Europa bez zamorskich frykasów?

Susze powoli pozbawiają nas kawy, czekolady i soi. Naukowcy uważają, że do 2050 r. ilość produktów importowanych do Unii Europejskiej może zmniejszyć się nawet o 44 proc.

Jak informuje portal Wirtualna Polska, badania opublikowane „Nature Communications” wskazują, że niemal połowa produktów importowanych do UE jest zagrożona. Powód to nasilające się susze, które mają miejsce przede wszystkim w Brazylii, Indonezji, Turcji i Indiach. Zagrożone są przede wszystkim uprawy kawy, kakaowca i soi.

Według raportu Worldwide Fund for Nature w samej Etiopii (ojczyźnie ziarna arabiki ) produkcja kawy może zmniejszyć się nawet o 80 proc. do 2080 r. Najnowsze badania wskazują, że do 2050 r. możemy doświadczyć poważnych problemów także z dostawą czekolady i produktów sojowych z całego świata.

Naukowcy wskazują, że w ciągu ostatnich 25 lat tylko 7 proc. importowanych produktów było zagrożonych z powodu nasilających się susz. Jednak w ciągu kolejnych latach odsetek ten może wzrosnąć do 30-44 proc. do 2050 r. Ten scenariusz zakłada, że średnia temperatura na świecie wzrośnie do końca wieku o 3-4 °C.

Eksperci wskazują, że największym zagrożeniem jest ograniczenie importu soi. Większość upraw wykorzystywana jest na paszę dla zwierząt. Ograniczenie dostaw może zmusić przemysł mięsny i mleczarski do ograniczenia produkcji, co będzie się wiązało ze znacznymi podwyżkami cen.